wtorek, 3 października 2017

Zastrzyk Botoksu Prosto w Mózg

...czyli jak okaleczyć się psychicznie na całe życie.


Jak łatwo i (nie)przyjemnie zniszczyć sobie mózg? Cóż, można dużo chlać. Można wpaść w dragi. Można bardzo mocno przywalić głową w twardą powierzchnię. Można go przemielić mikserem przez oczodół. Opcji jest sporo. Można też, ostatecznie, wybrać się na "Botoks". Później tak czy siak mikser pójdzie w ruch w desperackiej próbie zniszczenia ośrodków pamięci.
Witajcie, jestem Rektorem Uniwersytetu Guggla. Ja obejrzałam „Botoks”, więc wy już nie musicie! Zgadza się, teraz na blogasku będę m.in recenzować filmy. Ale tylko te horrendalnie złe i durne. Kto wie, może pojawi się i słynny „Vaxxed”, antyszczepionkowa Biblia. Ale w tym celu będę musiała wytrzeźwieć i przepracować traumę, co prawdopodobnie potrwa kolejne pół roku. Poważnie, wychodząc z kina czułam się dosłownie brudna i zapewne nawet ług z papierem ściernym sobie z tym nie poradzi. Ale można próbować.

Ostrzegam, recenzja zawiera lekkie spojlery, o ile da się zaspoilować coś bez fabuły czy choćby ładu i składu. I nie zamierzam punktować i prostować KAŻDEJ bzdury, kłamstwa lub rzeczy, która mnie wku*wiła w tym wiekopomnym arcydziele kinematografii, gdyż istnieje realne ryzyko, że po drodze umarłabym ze starości. Dlatego wybiorę zaledwie kilka punktów, które najbardziej podniosły mi ciśnienie (tak, to będzie długa notka).

Film, przynajmniej w teorii, opowiada o losach czterech kobiet związanych w jakiś sposób z pewnym Szpitalem z Piekła Rodem - Danieli (Olga Bołądź), Beaty (Agnieszka Dygant), Magdy (Katarzyna Warnke) i Patrycji (Marieta Żukowska). Pierwsza zostaje ratowniczką – ot tak, z marszu – chleje w karetce, a następnie stara się zaciągnąć na smycz Big Pharmy metodą "dej, mam horom curke". Druga wciąga opioidy po wypadku na motocyklu i zostaje dawczynią komórek jajowych. Trzecia robi w tym wesołym szpitalu aborcję za aborcją, co jej się nie podoba. Czwartą zdradza mąż z powodu „brzydkiej cipy” więc postanawia ona (bohaterka, nie cipa) poświęcić swe życie labioplastyce i odkrywa patent na wielokrotne orgazmy.

(Jest to jedno z dzieł, które wystarczy streścić, ale nie po to cierpiałam psychicznie i fizycznie przez dwie i pół godziny...)

Czemu „w teorii”? Bo w praktyce panuje tu jeden wielki CHAOS. Film cierpi na ostre zaburzenia koncentracji uwagi i nie jest w stanie zatrzymać się przy jednej postaci na dłużej niż dwie sekundy. Dzięki temu zabiegowi nie tylko bardzo szybko przestaniemy ogarniać kto jest kim, ale i co się w ogóle dzieje. Wątki wyskakują nagle z dalekich czeluści rzyci żeby równie szybko w tejże zginąć. Wszystko to jest przeplatane przypalonymi sucharami na poziomie św. pamięci gimnazjum, typu „flakon perfum w odbycie”, haha-haha, jakże zabawne. Tak bardzo zabawne, że ten gag pojawia się dwukrotnie. A gdy scena powinna po tych dwóch sekundach się zakończyć, to jak na złość trwa w nieskończoność. Jakbym chciała oglądać gościa gniotącego morświna przez parę minut, odpaliłabym serwis internetowy o stosownej tematyce*. Może celem Vegi było trollowanie widzów ponad granice wytrzymałości.

Jestem dziwnie przekonana, że scenariusz powstawał drogą losowania na czymś takim:


 - Szefie, to co w tej scenie będzie?

- Nie wiem, ku*wa, pie*dolony pedale, zakręć tym je*anym kółkiem i się ku*wa        dowiesz.

- Hm, "poród"... Ale już mamy dwa!

- To będzie ku*wa jeszcze jeden i ch*j.

Tak było, przysięgam na czeki od Big Pharmy #TAKBYŁO. 

Co do gry aktorskiej, wygląda jakby obsada uczyła się w Akademii im. Tommy'ego Wisseau. Jedynie Tomasz Oświeciński daje radę – przynajmniej jest zabawny – ale za mało się pojawia. Choć ta cała słaba gra pewnie nie jest to do końca winą aktorów, w końcu i w Paryżu nie zrobią z gówna ryżu. Postacie delikatnie mówiąc, mogłyby zostać napisane lepiej. Weźmy choćby pracowników szpitala albo koncernu farmaceutycznego. To karykatury karykatur złych bohaterów Disneya, brakuje im tylko czarnych pelerynek i złowieszczego podkręcania wąsa z głośnym „muahahaha”. Ciężko ich określić nawet jako jednowymiarowych, są zaledwie punktami w geometrii Euklidesowej. Olewają pacjentów albo są dla nich wybitnie chamscy, chowają ich po szafach, czasem gwałcą, mylą nogi przy amputacji, w gabinecie piją kawkę z koleżankami, wprost żądają łapówek, wprost mówią o mordowaniu, fałszują dokumentacje medyczne i co tylko chcecie.

Ktoś mógłby rzec: „Ale Rektorze, może ty nie rozumiesz, może to ma być taka czarna komedia, wiesz, satyra w krzywym zwierciadle o szpitalu rodem z horroru”. No właśnie... Film nie tylko nie może się zdecydować czyje losy śledzić, nie może się też zdecydować czym właściwie chce być. Komedie oparte wyłącznie na niewysokich lotów świńskich dowcipach mają szansę się udać, przypomnijmy sobie choćby „Straszne Filmy”. Ale „Botoks” pomiędzy tymi wszystkimi żarcikami o ciałach obcych w rzyci serwuje nam sceny które mają być poważne. Już pomijam fakt, że ciężko jest je traktować poważnie po „prześmiesznym” sucharze #1205567, to akurat chyba w jakimś sensie zaleta. Zauważmy, nie reklamują tego jako komedii roku, za to na wstępie i w trailerach widnieje napis: „Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami” - żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. I tu dochodzimy do głównego problemu...

Ja wiem, że są lekarze kiepscy, nawet źli. Zdarza się olewanie pacjentów i przyjmowanie łapówek. Wiem, że w szpitalach dochodzi czasem do karygodnych zaniedbań. Było kilka skandali z pijanymi ratownikami, ale nawet one nie są wystarczającym usprawiedliwieniem istnienia „Botoksu”. Bo to są wyjątki, chociaż film udaje, że norma i ogólnie przyjęty standard. Zwietrzono tu łatwy zysk. Zaufanie do medycyny przeżywa kryzys. Jak się lekarz nie spodoba pacjentowi (zasłużenie czy nie) ten zamiast skonsultować wątpliwości z innym, leci do internetów i znachorów. Jasne, system w tym kraju też odgrywa niepiękną rolę, do specjalistów są horrendalne kolejki i nie każdego stać na leczenie prywatne. To są problemy. Należałoby coś zrobić. Ale po co, najlepiej wszystkim wmówić, że doktory to tylko by zabijały (tylko po co? Wszak to nie znachor) - najważniejsze, żeby hajs się zgadzał. Nie, Vega, jakieś brednie o pojedynku światła z ciemnością mnie nie przekonują. 

Nawet nie wiecie jakie wyrzuty sumienia mam z racji dorzucenia mu kilku srebrników do kieszeni... Ale nie jarałabym się tak tymi liczbami; na "50 Twarzy Greya" w jeden weekend poszło podobno 830 tys. Polaków. Chill the fuck out, dude.
Ten foszek jest żałosny. Sztuka powinna umieć obronić się sama. Choć tak pompatyczna obrona filmu składającego się w 80% z suchara jest dość zabawna, przyznaję. 

Ups, miałam krytykować dzieło, a nie jego twórcę. Przepraszam, ale przecież nie mogłam nie zwrócić uwagi na taki brylant.

Swoją drogą, zaiste, sala prawie pełna... Do dziś zastanawiam się, ilu z tych ludzi przyszło dla jaj, ilu z ciekawości o co tyle szumu, ilu chciało obsmarować ten wytwór kultury na jakimś blogasku, a ilu, o zgrozo, przyszło na serio i potraktuje to wszystko na serio. Oby jak najmniej. Dlatego wróćmy do filmu.

"Botoks" zdążył już zasłynąć sceną aborcji, która ma tyle wspólnego z prawdą ile kambo z medycyną. Prolajfy piszą już peany na ten temat więc tak jakby nie jest dobrze. Do Magdy przychodzi stereotyp nr.30948, czyli „Down do mnie nie pasuje, usuńcie to”. Tak, potencjalni rodzice dziecka z Downem nie mają poważniejszych dylematów ani obaw niż to, czy dziecko pasuje do kiecki, ależ skąd. Dopiszemy ich do długiej** listy obrażonych w tym filmie grup społecznych... Piąty miesiąc, trochę późno, ale spoko, lekarka zmienia datę ostatniej miesiączki i jedziemy z tym koksem. Po wszystkim na tacce leży... noworodek. Zdrowy, donoszony. Serio. Ok, mam pytanie: nie udało się znaleźć żadnego grafika, który by stworzył płód cyfrowo bo wszyscy się wymówili klauzulą sumienia czy to miała być jakaś metafora? I czy ten szpital się specjalizuje w późnych aborcjach czy co, skoro na tej tacce co chwila jakieś dzieci umierają?

Inne pytanie: w jakiej rzeczywistości żyją prolajfy? Z pewnością nie w tej samej co reszta ludzkości. W ich świecie doktory nic, tylko by skrobali dzień i noc. Tymczasem Alicja Tysiąc bujała się od lekarza do lekarza aż było za późno; inna „za bardzo zajmowała się tyłkiem” w którym to radośnie rozwijało się jakieś paskudztwo i się zmarło dziewczynie, bo płód ważniejszy... Właśnie klauzula sumienia jest jednym z poważniejszych raków w służbie zdrowia. Już chwilami ciężko nawet o antykoncepcję - zarówno przed jak i po, bez różnicy. W takich okolicznościach naprawdę mam popierać Magdę? Wolne żarty. Może Zły Ordynator grywa w golfa z Hitlerem i zjada pieczone szczeniaczki na śniadanie, ale gdy jej mówi „jak się nie podoba, to wypie*dalaj” - sorry, ale ma rację. Piękne samozaoranie, filmie, moje gratulacje.

Ciąże, aborcje i porody to w ogóle jakby lejtmotyw „Botoksu” (obok sucharów). Co jest dziwne, bo nie tego się spodziewałam po filmie o takim tytule. Enyłej, 2/4 głównych bohaterek w którymś momencie rodzi w tym filmie, kolejna próbuje zajść. Tylko jedna się ostała, choć wyjęła „wczesnoporonną spiralę śmierci”... (Ok, teraz poważnie: Vega, naprawdę w wierzysz w te bzdury czy po prostu bezczelnie kłamiesz? Nawet nie wiem, co gorsze). Być może czepiam się na siłę, lecz dość powiedzieć, iż przy ostatniej scenie (nie powiem jakiej, miejcie tę homeopatyczną ilość suspensu) darłam się w duchu: „Tak, filmie, łapię, dzieci to sens życia kobiety, załapałam już, naprawdę, czy możemy przejść do kolejnej durnej... o, już koniec. Hurra!”. Ale jak mówię, jestem ciut w tym temacie przewrażliwiona, więc może akurat ten zarzut nie ma sensu. Zwłaszcza, że mam wiele innych:

O, na przykład bodaj najbardziej kuriozalna postać w filmie robi coś niesamowicie śmiesznego - zgadniecie, co? Taki eko-ziom z tych co biegają nago po lesie zbierając pokrzywy, wyobraźcie sobie, ten frajer bada się w kierunku chorób wenerycznych zanim zaczyna współżycie z nową partnerką! Hahahaha, jakie to przezabawne, łapiecie, ŁAPIECIE? Ja też nie. Dzieło najwyraźniej chce w ten sposób nam powiedzieć: Nie badajcie się, drogie dzieci, tak robią tylko lamusy i lewaki. Super przekaz, gdy coraz więcej młodzieży zaraża się kiłą i rzeżączką. Ten film zasługuje po prostu na wszystkie Oskary świata.

Powinnam chyba pochylić się jeszcze nad wątkiem Złej Big Pharmy. Standardowo, jest sobie koncern co finansuje lekarzom wycieczki na Hawaje żeby ci przepisywali leki, które nie działają. Diluje też tabletkami z cukru pudru, więc może to nieporozumienie i tak naprawdę jest to koncern homeopatyczny? Nieważne. Za to ten oto koncern wymyślił... depresję (zakamuflowaną jako AH37 czy coś równie durnego). No za*ebiście. Tyle ludzi walczy, żeby skończyć ze stygmatyzacją chorych na depresję i inne schorzenia psychiczne; próbują uświadomić społeczeństwu, że to prawdziwe choroby powodujące realne cierpienie a nie „fanaberie, bo wystarczy wziąć się w garść”... a film sobie lekką ręką stwierdza, że to wszystko jest wymysłem koncernów. Ten motyw również trwa zaledwie parę sekund i nikt potem już o nim nie wspomina. I bardzo dobrze, w przeciwnym wypadku pewnie zostałabym obciążona grubą karą finansową za dewastację kina. 

Wystarczająco złe jest przedstawianie chorych psychicznie jako nieobliczalnych, groźnych szaleńców (co popełniła kiedyś Katarzyna Michalak w "Bezdomnej" - "Botoks" stoi leży na bardzo podobnym poziomie) ale wmawianie, że wcale nie chorują, a tym samym bagatelizowanie ich stanu i dolegliwości jest równie złe, jak nie gorsze. Już zresztą coś o tym pisałam, nie ma sensu się powtarzać. Tak czy siak, mamy kolejną grupę społeczną obrażoną przez "Botoks". Może film próbuje pobić jakiś rekord czy coś...?

Jeśli dotarliście do tego momentu, pewnie macie wiele pytań w stylu: co, do cholery, cały ten cyrk właściwie ma wspólnego z tytułowym botoksem? Odpowiedź brzmi: niewiele. Wątek operacji plastycznych owszem jest, aczkolwiek film chyba sam nie wie co o nich myśli, więc skąd ja mam wiedzieć? Ogólnie wychodzi chyba, że przemysł medyczny jest zły i mroczny, ale te operacje fajne, bo można se zrobić fajowe cycki i podbić nimi świat, jak to ma miejsce w przypadku jednej z bohaterek. W sumie - kto jej broni, ale czy ze strony dzieła nie jest to pewna hipokryzja? Ale mętne jest to wszystko jak surowiczy płyn wysiękowy, może w tym momencie akurat film szydzi sam z siebie; naprawdę nie wiem i nie chcę wiedzieć, mam dość analizowania bzdur bez sensu.

Nie, naprawdę, mam dość. Pora na konkluzję. Komu polecam "Botoks"? Hmm... Fanatycznym prolajfom, którym nie przeszkadza, że coś jest totalnym syfem dopóki podziela ich punkt widzenia. Jesli chodzi o resztę rasy ludzkiej – nie, nie, do diabła, nie! Nie oglądajcie, nie zbliżajcie się, nawet o tym nie myślcie za bardzo. Poczytajcie sobie „50 kawałów o lekarzach” z grającym pornosem w tle jednocześnie waląc głową w ścianę - da to mniejwięcej podobny efekt. A jeśli naprawdę bardzo, ale to bardzo musicie naocznie się przekonać o potworności tej abominacji, zaopatrzcie się przynajmniej w odpowiednią ilość środków odurzających - przydadzą się.

TL;DR Jak ci się nie chce przedzierać przez te wypociny, możesz posłuchać Nostalgia Critica, którego bezczelnie kalkuję na początku wpisu.


Nie mam nic więcej do dodania. Dziękuję, dobranoc, czekam na przelew. 

*Nie chodzi o to, że jestem jakaś pruderyjna i seksy/masturbacje mnie rażą; razi mnie wciskanie seksów i pochodnych na siłę, gdy nie są do niczego potrzebne i tylko wydłużają i tak zbyt długi film.

** Kompletna lista(?): kobiety(poza rozegzaltowaną Magdą, są to głównie karykaturalne zimne suki), mężczyźni (poza nielicznymi wyjątkami, męska część ekipy zdradza, gwałci albo przynajmniej kopie małe kotki), lekarze, ratownicy, pielęgniarki, homoseksualiści, uchodźcy, (potencjalni) rodzice dzieci upośledzonych, chorzy na depresję, pracownicy koncernów farmaceutycznych, aptekarze, transseksualiści, wierzący...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podobnie jak wszelkiej innej nauki alternatywnej, nie toleruję ortografii alternatywnej. Literówka czy zabłąkany przecinek - spoko, ale komcie wypalające oczy nie będą tolerowane.