niedziela, 19 lutego 2017

Anecdata o pigułce śmierci

Która uratowała mi życie.


Od jakiegoś czasu media huczą o genialnej decyzji rządu w temacie przywrócenia "pigułek po" na receptę. Podobno kobiety wsuwają je jak cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Podobno są plany, aby dosłownie je zdelegalizować (pigułki, nie kobiety, chociaż kto wie). Tak, peron najwyraźniej odjechał komuś już tak bardzo, że nawet plemnikowi w kobiecie nie wolno przeszkadzać w dotarciu do przeznaczenia i zrujnowaniu kobiecie życia. I oczywiście, nie ma żadnych ważniejszych spraw w tym kraju. 

Opowiem Wam anegdotę. Ludzie kochają anegdoty. Oto, przez co musi przejść człowiek w czasach „pigułki po” na receptę...

Miejsce akcji: duże miasto nad morzem. 
 
Czas akcji: sobota wieczór (około 20), przeddzień jakiegoś święta. Czyli najlepszy moment z możliwych.

Stało się, zabezpieczenie się popsuło, że tak to ujmę. 

Ożeżkurwajapierdolęobożecoterazniechmniektośzabijebłagam. W moim życiu ogólnie nie ma miejsca na żadne dzieci, ale wtedy było go jakby jeszcze mniej. I nie mówię o metrach kwadratowych, choć i z tym ciężko. Trzeba działać. Pierwszy obrany kierunek: internista w nocnym punkcie opieki medycznej. Pani bardzo mi współczuła, ale nie mogła nic zrobić, nie miała uprawnień. Wypisała jakiś kwitek (zabijcie mnie, ale nie wiem dokładnie jaki, w panice nie rejestrowałam takich szczegółów) i poradziła udać się do szpitala. No to jadę, a zegar tyka.

W szpitalu mówię szeptem pani rejestratorce z czym przychodzę, dostaję krzywe spojrzenie. I słusznie, bo wstyd jak ch...olera zawracać w szpitalu głowę czymś takim, ale prawo jest prawem, co miałam robić?! Iść prywatnie w poniedziałek? Za późno... Mam iść do pokoju takiego a takiego, w dół i na prawo. Przed owym pokojem spotykam pielęgniarkę, jak mi się wydaje. Pyta, czego tu szukam. To mówię, po raz trzeci. O nie, pani doktor czegoś takiego nie wypisze. Dlaczego?!

 „Bo to szpital przyjazny dziecku!” 


Mam ochotę wrzeszczeć, jakie dziecko, co ty pie*dolisz kobieto?! Dawajcie tę cholerną receptę na tę cholerną pigułkę albo za parę tygodni będziecie mi wyciągać rurę od odkurzacza z c*py! (jeśli kogoś oburzył ten niesmaczny żart, bardzo mi przykro, to nie jest żart). Zamiast tego podaję kwitek od pani internistki. Pielęgniarka robi wielkie oczy, też nie wie co to, ale idzie z tym do lekarki. W tym momencie jestem przekonana, że za chwilę dosłownie padnę na zawał i nawet się z tego cieszę, bo to oznacza koniec kłopotów. Nagle staje się cud, lekarka zgadza się mnie przyjąć. Zbadała, trochę marudziła, ale chyba udało mi się wzbudzić na tyle dużo litości, że wypisała receptę. Hurra! Normalnie mam Złoty Bilet!



Teraz wystarczy tylko znaleźć dyżurną aptekę (w tym momencie jest grubo po północy), odstać w kolejce licząc, że farmaceuta nie ma sumienia – na szczęście nie miał, los postanowił się wreszcie zlitować – i można połknąć tę nieszczęsną pigułkę i odetchnąć ze względną ulgą. Gdy jakiś czas potem pojawił się okres, otworzyłam szampana.

Pół strony. Ta emocjonująca, pełna przygód historia zajęła pół strony. W czasie rzeczywistym kilka ładnych godzin. A mieszkam w dużym mieście! Nawet trzech! Wolę nie myśleć w jak czarnej rzyci mogłabym się znaleźć mieszkając na jakimś, za przeproszeniem, zadupiu.

I nawet nie wiem do końca jak skomentować fakt, że zostałam potraktowana jakbym przyszła z żądaniem aborcji w co najmniej siódmym miesiącu ciąży. Chodziło przecież głównie o niedopuszczenie do zapłodnienia komórki jajowej. Albo niezagnieżdżenia zapłodnionej (ciąża zgodnie z definicją zaczyna się właśnie od zagnieżdżenia). Jak widać, nie trzeba nawet faktycznego płodu, żeby zdegradować kobietę do roli inkubatora. Wystarczy płód czysto potencjalny i już masz przej*bane. Czy ja mieszkam w jakimś kraju trzeciego świata? O przepraszam, myślałam, że to środek Europy w XXI wieku.

A gdyby podobna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy później, wszystko zamknęłoby się w jednym zdaniu i zeżarło o wiele mniej czasu, nerwów i wypalonych fajek. Przez te niecałe dwa lata akurat już więcej nie było takiej konieczności, ale o ile człowiek czuł się bezpieczniej.

A teraz mądrale jeden z drugim udają wielce zatroskanych o los głupiutkich kobiet, co EllaŁony łykają codziennie jak tik-taki i usiłują wmówić, że te recepty są dla naszego dobra. Skąd mają takie dane? Nikt nie wie (znaczy, ja wiem. Z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę). 

Interakcje z innymi lekami? Działania niepożądane? Nadużycia? W takim razie należałoby wprowadzić recepty dosłownie na wszystko, łącznie z paracetamolem. Wróć, przede wszystkim na paracetamol. Tylu ludziom musiałam tłumaczyć dlaczego leczenie kaca Apapem to nie najlepszy pomysł... W tym przypadku szanowne Ministerstwo (haha) Zdrowia wątpliwości nie ma? A co z lekami typu viagra? I czemu jakoś w innych krajach nikt nie ma z tymi pigułkami po takich problemów?

Btw: Działania niepożądane w przypadku tej konkretnej tabletki nie są wcale nie wiadomo jakie straszne... 


 Przywołajmy jeszcze perełkę – co ja mówię, istny brylant! - jaką była wypowiedź o „pigułce śmierci, która niczego nie leczy”. Najwyraźniej termin „leczenie profilaktyczne” jest panu posłowi Suskiemu obcy. Chociaż teraz pewnie się dowiem, że ciąża to nie choroba. Okej, a „niekorzystne zjawisko” może być?

profilaktyka «działania mające na celu zapobieganie niekorzystnym zjawiskom, zwłaszcza chorobom»
• profilaktyczny • profilaktycznie 
 
W innych postach stricte o aborcjach podawałam dość sporo argumentów na to, dlaczego ciąża czasami może być wybitnie niekorzystnym zjawiskiem. Na przykład gdy ktoś nie chce dzieci. I to powinno wystarczyć.

Tyle pytań. A najważniejsze brzmi: kogo oni chcą nabrać? Subtelność ich działań dorównuje pociągowi towarowemu. Spadającemu z urwiska. 

Nie, PiSie, wbrew temu co prawdopodobnie myślicie(?), nie pogodziłabym się z ewentualną ciążą i nie urodziła wam podatnika jakby nikt nie dał mi tej przeklętej recepty albo pigułka nie zadziałała, bo ktoś dał ją za późno. Prędzej zrobiłabym sobie poważną krzywdę usiłując się czymś zatruć, coby jak najbardziej uprzykrzyć zarodkowi życie. Prawie na pewno usiłowałabym zdobyć normalne leki wczesnoporonne (pigułka „po” nim nie jest, niech to wreszcie do kogokolwiek tam dotrze. Mogę dopomóc cegłą). W najgorszym razie strzeliłabym sobie w łeb. Także gratulacje, właśnie zwiększacie liczbę aborcji, z którą tak walczycie. Brawo.





A tak w ramach postscriptum - zobaczcie, fajki robio aborcje!

 

I tak, internecie, wiem, palenie w ciąży jest złe z wielu powodów. Jednak czy naprawdę trzeba walić klienta po pysku niemedycznym terminem jakim jest "dziecko nienarodzone"? Co jest złego w "płodzie"? Albo po prostu coś w stylu "nawet jeden papieros szkodzi w ciąży" analogicznie jak w przypadku alkoholu? "W ciąży nie palę"? Cokolwiek? Już się nawet nie wypowiem na temat użytego zdjęcia. Powinnam się cieszyć, że przynajmniej darowali sobie zupę z płodów. 

Aha, jeśli jesteś ortodoksyjnym wyznawcą prolajfu i chcesz mi pod tą notką napisać coś odkrywczego w stylu "trzeba było się nie ruchać" - znajdę cię i wsadzę ci w d*pę największego arbuza jakiego znajdę. Możemy to nazwać lewatywą arbuzową oczyszczającą z toksyn. Że co, nie mam prawa? Przecież ostrzegałam. Trzeba ponosić konsekwencje. 





3 komentarze:

  1. Hej, czy ty jesteś mno?;)

    Przeżyłam jakoby identyczne piekiełko.
    Miejscem akcji było G... znaczy się, duże miasto nad morzem:) Czas - noc z soboty na niedzielę:D Pękła. Niedobrze. Moment najgorszy na ciążę? Owszem. Jestem odpowiedzialna? To trzeba działać.
    Niedzielę spędziłam kursując między przychodniami i szpitalami. W pierwszej przychodni spotkałam zmartwioną babeczkę która niewiele wymyśliła, napisała kwitek, odesłała mnie z nim do szpitala. W szpitalu spotkanie z lekarzem dyżurnym - koszmar. To wtedy pierwszy raz zrobiłam wielkie oczy gdy lekarz (!!) powiedział że nie przepisze mi pigułki wczesnoporonnej (!!!). Najpierw się z nim kłóciłam, niepojęta była dla mnie tak kompletna ignorancja u lekarza, potem, gdy wyrzucił mnie z gabinetu, rozpłakałam się na korytarzu. Następnie się poskładałam i pojechałam do kolejnej dyżurnej przychodni. W niej znowu usłyszałam te gówna o pigułce WCZESNOPORONNEJ, tam nawet się nie bawili w przyjęcie mnie do gabinetu, cały cyrk odbywał się na korytarzu przy recepcji. Walczyłam ostro o swoje, o pieprzoną receptę na piksa który zagęszcza śluz w macicy. Który, jeśli już dojdzie do błogosławionego zapłodnienia, nie tylko nie uczyni nic złego świętej zygocie, ale wręcz jej się przysłuży. Nie. "Lekarz", który w owej przychodni odmówił przyjęcia na samą informację po co przychodzę i bredził w recepcji o pigułkach wczesnoporonnych, odmówił podania swojego nazwiska.
    Walczyłam dalej, kolejny szpital, mamy już późne popołudnie.
    Szpital specjalizujący się w porodach i opiece nad matką, jako kobieta potrzebująca pomocy nie mogłam gorzej trafić:))) Pielęgniarka próbująca mnie wystawić za drzwi na wejściu, te same wczesnoporonne brednie. Tam zemdlałam. Gdy się ocknęłam, darła się na mnie że odstawiam sceny.
    (to wtedy powzięłam postanowienie które do dziś trzyma się mocno - nigdy, po żadną opiekę lekarską w razie ciąży czy porodu, nie iść na Nowe Ogrody albo na Kliniczną. Potraktowali mnie jak ostatniego śmiecia gdy potrzebowałam pomocy w prostej sprawie, nie ma opcji żebym w razie jakiegokolwiek autentycznego ryzyka skierowała się w taki gnój. Porodówka? Obrzydzenie na myśl że miałabym tam kiedykolwiek rodzić mam do teraz. Chcę i planuję mieć dzieci. Ale dać prowadzić ciążę takim ludziom? Nie. Ma. Opcji.)
    Gdy po prostu skończyły mi się pomysły gdzie w publicznej służbie zdrowia szukać recepty do której podobno ustawowo mam prawo:)))) zaczęło się szukanie pocztą pantoflową jakiegokolwiek przyjaznego ginekologa w tym piekiełku. Znalazłam na poniedziałek. Wtedy dostałam receptę, nabyłam tę straszną wywrotową pigułkę za odczuwalny pieniądz i szczęśliwie na tym ów koszmar się skończył. Całość działa się w 2010.

    Dopisek do historii i do tekścików o kobietach ćpających Escapelle na potęgę - później miałam jeszcze potrzebę jej użyć. CAŁY JEDEN RAZ. W 2016, sześć lat po poprzedniej historii. A wtenczas trafiłam na okres łaski wobec kobiet - nie musiałam przechodzić przez piekło receptowe. Poszłam do apteki, wyłożyłam hajs, wysłuchałam farmaceutki uprzedzającej o skutkach ubocznych, przeczytałam receptę, zażyłam. End of story.
    Dwie pigułki w ciągu 6 lat. To czyni ze mnie niezłą ćpunkę, łykającą to jak leci przy byle okazji. Z piekiełka przy zdobywaniu pierwszej zapamiętałam jedno: wstręt do szpitali które się niby kobietami zajmują, zakodowanie sobie w głowie gdzie nigdy nie chcę trafić w ciąży, strach i koszmar. Obrzydzenie wobec "lekarzy" i pielęgniarek którzy pieprzą o pigułach poronnych, myśl że w życiu nie dałabym takiemu imbecylowi czy ignorantce prowadzić ciąży. Tyle z tego wyniosłam. Polityka prorodzinna pełną parą:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kupiłem pigułkę, póki można. Mam nadzieję, że nikomu się nie przyda, ale na wszelki wypadek jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, czy wiecie może kiedy wchodzi ten beznadziejny przepis? Chciałabym kupić sobie chociaż jedną w razie czego..

    OdpowiedzUsuń

Podobnie jak wszelkiej innej nauki alternatywnej, nie toleruję ortografii alternatywnej. Literówka czy zabłąkany przecinek - spoko, ale komcie wypalające oczy nie będą tolerowane.