niedziela, 19 lutego 2017

Anecdata o pigułce śmierci

Która uratowała mi życie.


Od jakiegoś czasu media huczą o genialnej decyzji rządu w temacie przywrócenia "pigułek po" na receptę. Podobno kobiety wsuwają je jak cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Podobno są plany, aby dosłownie je zdelegalizować (pigułki, nie kobiety, chociaż kto wie). Tak, peron najwyraźniej odjechał komuś już tak bardzo, że nawet plemnikowi w kobiecie nie wolno przeszkadzać w dotarciu do przeznaczenia i zrujnowaniu kobiecie życia. I oczywiście, nie ma żadnych ważniejszych spraw w tym kraju. 

Opowiem Wam anegdotę. Ludzie kochają anegdoty. Oto, przez co musi przejść człowiek w czasach „pigułki po” na receptę...

Miejsce akcji: duże miasto nad morzem. 
 
Czas akcji: sobota wieczór (około 20), przeddzień jakiegoś święta. Czyli najlepszy moment z możliwych.

Stało się, zabezpieczenie się popsuło, że tak to ujmę. 

Ożeżkurwajapierdolęobożecoterazniechmniektośzabijebłagam. W moim życiu ogólnie nie ma miejsca na żadne dzieci, ale wtedy było go jakby jeszcze mniej. I nie mówię o metrach kwadratowych, choć i z tym ciężko. Trzeba działać. Pierwszy obrany kierunek: internista w nocnym punkcie opieki medycznej. Pani bardzo mi współczuła, ale nie mogła nic zrobić, nie miała uprawnień. Wypisała jakiś kwitek (zabijcie mnie, ale nie wiem dokładnie jaki, w panice nie rejestrowałam takich szczegółów) i poradziła udać się do szpitala. No to jadę, a zegar tyka.

W szpitalu mówię szeptem pani rejestratorce z czym przychodzę, dostaję krzywe spojrzenie. I słusznie, bo wstyd jak ch...olera zawracać w szpitalu głowę czymś takim, ale prawo jest prawem, co miałam robić?! Iść prywatnie w poniedziałek? Za późno... Mam iść do pokoju takiego a takiego, w dół i na prawo. Przed owym pokojem spotykam pielęgniarkę, jak mi się wydaje. Pyta, czego tu szukam. To mówię, po raz trzeci. O nie, pani doktor czegoś takiego nie wypisze. Dlaczego?!

 „Bo to szpital przyjazny dziecku!” 


Mam ochotę wrzeszczeć, jakie dziecko, co ty pie*dolisz kobieto?! Dawajcie tę cholerną receptę na tę cholerną pigułkę albo za parę tygodni będziecie mi wyciągać rurę od odkurzacza z c*py! (jeśli kogoś oburzył ten niesmaczny żart, bardzo mi przykro, to nie jest żart). Zamiast tego podaję kwitek od pani internistki. Pielęgniarka robi wielkie oczy, też nie wie co to, ale idzie z tym do lekarki. W tym momencie jestem przekonana, że za chwilę dosłownie padnę na zawał i nawet się z tego cieszę, bo to oznacza koniec kłopotów. Nagle staje się cud, lekarka zgadza się mnie przyjąć. Zbadała, trochę marudziła, ale chyba udało mi się wzbudzić na tyle dużo litości, że wypisała receptę. Hurra! Normalnie mam Złoty Bilet!



Teraz wystarczy tylko znaleźć dyżurną aptekę (w tym momencie jest grubo po północy), odstać w kolejce licząc, że farmaceuta nie ma sumienia – na szczęście nie miał, los postanowił się wreszcie zlitować – i można połknąć tę nieszczęsną pigułkę i odetchnąć ze względną ulgą. Gdy jakiś czas potem pojawił się okres, otworzyłam szampana.

Pół strony. Ta emocjonująca, pełna przygód historia zajęła pół strony. W czasie rzeczywistym kilka ładnych godzin. A mieszkam w dużym mieście! Nawet trzech! Wolę nie myśleć w jak czarnej rzyci mogłabym się znaleźć mieszkając na jakimś, za przeproszeniem, zadupiu.

I nawet nie wiem do końca jak skomentować fakt, że zostałam potraktowana jakbym przyszła z żądaniem aborcji w co najmniej siódmym miesiącu ciąży. Chodziło przecież głównie o niedopuszczenie do zapłodnienia komórki jajowej. Albo niezagnieżdżenia zapłodnionej (ciąża zgodnie z definicją zaczyna się właśnie od zagnieżdżenia). Jak widać, nie trzeba nawet faktycznego płodu, żeby zdegradować kobietę do roli inkubatora. Wystarczy płód czysto potencjalny i już masz przej*bane. Czy ja mieszkam w jakimś kraju trzeciego świata? O przepraszam, myślałam, że to środek Europy w XXI wieku.

A gdyby podobna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy później, wszystko zamknęłoby się w jednym zdaniu i zeżarło o wiele mniej czasu, nerwów i wypalonych fajek. Przez te niecałe dwa lata akurat już więcej nie było takiej konieczności, ale o ile człowiek czuł się bezpieczniej.

A teraz mądrale jeden z drugim udają wielce zatroskanych o los głupiutkich kobiet, co EllaŁony łykają codziennie jak tik-taki i usiłują wmówić, że te recepty są dla naszego dobra. Skąd mają takie dane? Nikt nie wie (znaczy, ja wiem. Z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę). 

Interakcje z innymi lekami? Działania niepożądane? Nadużycia? W takim razie należałoby wprowadzić recepty dosłownie na wszystko, łącznie z paracetamolem. Wróć, przede wszystkim na paracetamol. Tylu ludziom musiałam tłumaczyć dlaczego leczenie kaca Apapem to nie najlepszy pomysł... W tym przypadku szanowne Ministerstwo (haha) Zdrowia wątpliwości nie ma? A co z lekami typu viagra? I czemu jakoś w innych krajach nikt nie ma z tymi pigułkami po takich problemów?

Btw: Działania niepożądane w przypadku tej konkretnej tabletki nie są wcale nie wiadomo jakie straszne... 


 Przywołajmy jeszcze perełkę – co ja mówię, istny brylant! - jaką była wypowiedź o „pigułce śmierci, która niczego nie leczy”. Najwyraźniej termin „leczenie profilaktyczne” jest panu posłowi Suskiemu obcy. Chociaż teraz pewnie się dowiem, że ciąża to nie choroba. Okej, a „niekorzystne zjawisko” może być?

profilaktyka «działania mające na celu zapobieganie niekorzystnym zjawiskom, zwłaszcza chorobom»
• profilaktyczny • profilaktycznie 
 
W innych postach stricte o aborcjach podawałam dość sporo argumentów na to, dlaczego ciąża czasami może być wybitnie niekorzystnym zjawiskiem. Na przykład gdy ktoś nie chce dzieci. I to powinno wystarczyć.

Tyle pytań. A najważniejsze brzmi: kogo oni chcą nabrać? Subtelność ich działań dorównuje pociągowi towarowemu. Spadającemu z urwiska. 

Nie, PiSie, wbrew temu co prawdopodobnie myślicie(?), nie pogodziłabym się z ewentualną ciążą i nie urodziła wam podatnika jakby nikt nie dał mi tej przeklętej recepty albo pigułka nie zadziałała, bo ktoś dał ją za późno. Prędzej zrobiłabym sobie poważną krzywdę usiłując się czymś zatruć, coby jak najbardziej uprzykrzyć zarodkowi życie. Prawie na pewno usiłowałabym zdobyć normalne leki wczesnoporonne (pigułka „po” nim nie jest, niech to wreszcie do kogokolwiek tam dotrze. Mogę dopomóc cegłą). W najgorszym razie strzeliłabym sobie w łeb. Także gratulacje, właśnie zwiększacie liczbę aborcji, z którą tak walczycie. Brawo.





A tak w ramach postscriptum - zobaczcie, fajki robio aborcje!

 

I tak, internecie, wiem, palenie w ciąży jest złe z wielu powodów. Jednak czy naprawdę trzeba walić klienta po pysku niemedycznym terminem jakim jest "dziecko nienarodzone"? Co jest złego w "płodzie"? Albo po prostu coś w stylu "nawet jeden papieros szkodzi w ciąży" analogicznie jak w przypadku alkoholu? "W ciąży nie palę"? Cokolwiek? Już się nawet nie wypowiem na temat użytego zdjęcia. Powinnam się cieszyć, że przynajmniej darowali sobie zupę z płodów. 

Aha, jeśli jesteś ortodoksyjnym wyznawcą prolajfu i chcesz mi pod tą notką napisać coś odkrywczego w stylu "trzeba było się nie ruchać" - znajdę cię i wsadzę ci w d*pę największego arbuza jakiego znajdę. Możemy to nazwać lewatywą arbuzową oczyszczającą z toksyn. Że co, nie mam prawa? Przecież ostrzegałam. Trzeba ponosić konsekwencje. 





poniedziałek, 13 lutego 2017

O chorobach, których nie ma

Tyle, że są. I są niebezpieczne.


Powiedzieć, że internety są pełne bzdur to tak jakby stwierdzić "Wszechświat jest całkiem spory". I tak jak we Wszechświecie można się natknąć na supermasywną czarną dziurę, tak i w internetach są swoiste czarne dziury, które pochłaniają i kumulują w sobie okoliczne bzdety tworząc coś, czemu trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć żeby mieć pewność, że to nie ironia. Na przykład portal aleksjones.pl. Czegóż tam nie ma! Smugi chemiczne, GMO, NWO i RPG...  I oczywiście cała masa bzdur o szczepieniach. Bardzo ujął mnie tekst o wymownym tytule: "Nawet psy zdychają po szczepieniach". Sądząc po przypisach, autor jest wielkim fanem doktora Jaśkowskiego. Więc z okazji Walentynek (okazja równie dobra jak kazda inna), przypomnijmy sobie, dlaczego nie należy słuchać tego typu bredni, a za to należy szczepić nasze cholerne dzieci (to parafraza, proszę na mnie nie krzyczeć).  
"Jak donosi ostatnio prasa angielska z 08 lipca 2016 roku, Stowarzyszenie Weterynarzy Wielkiej Brytanii ostrzega właścicieli psów, że po szczepieniach występuje alergia i zgony."

Po wypiciu kawy wyrżnęłam głową w drzwi od szafki. Lobby kofeinowe chce mnie wykończyć! Jaka znowu prasa? Taka? Jeśli coś ma w tytule jakąkolwiek odmianę słowa „natura”, to prawdopodobnie jest bardzo złym miejscem.

"Okazało się, że po nowo wprowadzonej szczepionce przeciwko rzadkiej i łagodnej chorobie, jaką jest u psów leptospiroza, zanotowano liczne powikłania, drgawki, niewydolność immunologiczną i zgony. Szczepionka Nobivac znanej firmy Merck ma ograniczenie wiekowe, nie powinna być stosowana u psów poniżej 10 tygodnia życia. Natomiast Stowarzyszenie Weterynarzy WSAVA ostrzega, że nie powinna być podawana przed 12 tygodniem życia."


Za Vetopedią, dosłownie pierwszy akapit: Znana również jako choroba Stuttgardzka lub choroba Weila - choroba zakaźna wywoływana przez kilka typów bakterii z rodziny Leptospira. Może mieć przebieg bezobjawowy, ostry bądź czasami nawet nadostry. U psów bardzo młodych, osłabionych i nieszczepionych w ok. 30% przypadków może mieć skutek śmiertelny."

Łagodna jak diabli, rzeczywiście. W dodatku może się przenieść na ludzi i jest dla nich groźna. Co dalej? Dowiemy się, że wściekliznę można wyleczyć wlewem z witaminy C?


W okresie trzech lat po wprowadzeniu zanotowano ponad 2000 powikłań i 120 padnięć psów. Już w 2014 roku Europejska Agencja Leków EMA ostrzegała o możliwości powikłań, ale zezwoliła na wprowadzenie na rynek.”
Wygląda drastycznie, jednakże VMD precyzuje, iż tego typu przypadki stanowią zaledwie 0,064% wszystkich szczepień. I są to najpewniej reakcje alergiczne, które jak najbardziej mogą wystąpić i naprawdę nikt tego nie ukrywa.

I mamy kolejny problem szczepionkarski.”

Oraz interesujące słowotwórstwo.



"Po pierwsze, Merck jest to ta sama firma, która produkuje i wmusza jako obowiązkowe szczepionki MMR, stosowane przeciwko odrze, śwince i różyczce. Wszystkie te choroby mają bardzo łagodny przebieg i wg wiedzy podręcznikowej z 4. roku medycyny, nie wymagają żadnego leczenia."
Merck coś wmusza? Myślałam, że przepisy tworzą rządy. Wróć, przecież rządami manipuluje Merck i reszta ekipy z Big Pharmy/Illuminati/Reptilian/Ksenomorfów. I dlatego właśnie prezydentem USA został antyszczepionkowiec (oraz mizogin, rasista, denialista globalnego ocieplenia...). Tak dla zmyły. 
 
Natomiast za każdym razem gdy czytam, jakie te choroby są łagodne a czasem nawet dobroczynne, budzą się we mnie iście mordercze instynkty. Ale o tym dalej.


"Jak wiemy. już w 2014 roku biegli sądowi udowodnili, że szczepionka MMR powoduje autyzm.”
Wiemy, doprawdy? Jak mniemam, chodzi o rozprawę sądową we Włoszech. To odszkodowanie przyznane rodzicom dziecka, które „trzy dni po szczepieniu zapadło na autyzm” najwidoczniej nadal doprowadza antywacków do orgazmu. 

Jak to dobrze, że nigdy się nie zdarza wykorzystywanie jakichś mniejszych lub większych luk prawnych żeby dostać odszkodowanie za dosłownie jakąkolwiek bzdurę typu poparzenie kawą w McDonaldzie... oh wait. Tego samego roku pojawiła się metaanaliza danych nie wykazująca żadnego związku szczepień z autyzmem, ale to oczywiście mają gdzieś. Witajcie w XXI wieku, panie i panowie: kiedy o nauce decydują anegdoty i wyroki sądowe, a nie badania.


Epidemia autyzmu rozpoczęła się w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to FDA dopuściła do sprzedaży pierwszą wersję tej szczepionki. Potem było tylko gorzej. O ile przed szczepieniami nie znano pojęcia AUTYZM, to obecnie stwierdza się u chłopców jeden przypadek autyzmu na 35 porodów.”
Jest w tym jakaś gorzka ironia: odra, świnka i różyczka są łagodne i niegroźne, ale autyzm to czyste zło. Nieważne, iż wielu spośród najwybitniejszych umysłów wszech czasów prawdopodobnie w tych czasach mieściłoby się w spektrum ASD. To, że kiedyś nie znano jakiegoś pojęcia, nie znaczy, że dana rzecz nie istniała. Zgodnie z tą logiką można by stwierdzić, że wirusy nie istniały przed 1892r. kiedy to zostały odkryte.

I skąd te dane: 1/35? Prędzej 1/50.

Źródło: Insufferably Intolerant Science Nerd



O nie. TEN moment. Złapcie się czegoś. Mocno.


Odra.
Przyczyną jest zarażenie kwasem rybonukleinowym - RNA - wirusa. Zakażenie odbywa się drogą kropelkową, czyli poprzez ślinę z człowieka na człowieka. Nosicielstwo jest nieznane [że co?]. Objawy są typowe dla chorób wirusowych: łzawienie, katar zaczerwienienie oczu, temperatura. Charakterystyczne dla odry są tzw. plamki Fiłatowa- Koplika. (…) Leczenia choroba nie wymaga. Wystarczają ewentualnie leki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe. Najważniejsze jest zapewnienie spokoju, świeżego powietrza. W naszych polskich warunkach choroba kończy się całkowitym wyzdrowieniem. Bardzo rzadko dochodzi do powikłań.”
Od czego by tu zacząć...
  1. Gorączka potrafi wynieść nawet powyżej 40 stopni.
  2. A może wymienisz te powikłania, autorze? W przypadku szczepionek przychodzi ci to bardzo łatwo. Ale spoko, ja to zrobię: biegunka (8%); zapalenie ucha (7%); zapalenie płuc (6%); zapalenie mózgu (0,1%)... Im młodsze dziecko tym większe ryzyko powikłań. Że nie wspomnę o obniżonej odporności.
    [Źródło
Różyczka
Też jest chorobą zakaźną, polegającą na wniknięciu RNA wirusa do organizmu. Na ogół przebieg jest łagodny, z plamistą wysypką i powiększeniem węzłów chłonnych na karku. Powiększenie węzłów chłonnych może się długo utrzymywać.
Podobnie, leczenie nie jest potrzebne. Chyba, że łagodne środki uspokajające, najlepiej ziołowe, dla młodych matek, obawiających się o zdrowie dziecka.”
Niech będzie, komplikacje po różyczce akurat są rzadsze niż przypadku odry, ale jest tu pewien haczyk. Jeśli „młoda matka” (?) akurat jest w kolejnej ciąży, to najlepsze środki ziołowe jej nie pomogą... a raczej rodzeństwu, które ma się urodzić. Grozi mu bowiem zespół różyczki wrodzonej, zwany też zespołem Gregga. O ile nie dojdzie do poronienia. W naszym cudownym JP Pro-Lajf na 100% kraju ta szczepionka powinna być sprawą najwyższej wagi czyż nie?

Cóż, Różyczka akurat jest całkiem zadowolona z takiego obrotu spraw...

 
"Świnka
Przyczyną jest także zakażenie RNA paramyksowirusa. Podobnie zakażenie rozprzestrzenia się drogą kropelkową, czyli poprze ślinę. Objawy to wzrost temperatury ciała, obrzęk ślinianek, początkowo jednostronny, w 70 % przypadków może być dwustronny.
Leczenia specjalnego świnki nie ma. Można podawać środki przeciwzapalne w rodzaju ibubrofenu. Anglosasi podają rutynowo paracetamol, moim zdaniem zupełnie bez sensu. Samo obniżenie temperatury jest utrudnianiem walki organizmu z wirusem. Tak więc przestraszona matka, podająca leki obniżające temperaturę, działa na szkodę dziecka i utrudnia wyzdrowienie. Jeżeli w jakimkolwiek przypadku temperatura zbliża się do 40 stopni, wystarczają zimne okłady na pachwiny. Należy pamiętać, że przeciwciała, jako wynik walki organizmu z wirusem, powstają dopiero po 10 -15 dniach. Nie można tego procesu przyspieszyć. Więc nie należy się niecierpliwić. Tatusiowi, aby nie przeszkadzał można podać piwo.
I najważniejsze, dziecku nie tylko można, ale powinno się podać zabranianą normalnie gumę do żucia, lub inne twarde ciasteczka, ulubione cukierki. Żucie zwiększa wydzielanie śliny, a tym samym wpływa na wydalanie wirusa."
To jedna z nielicznych chwil, gdy autentycznie nie wiem, jak coś skomentować. Ee, może nie wiem za dużo o wirusach, ale zdaje się, że mnożą się raczej całkiem szybko i raczej przez ślinę się ich nie pozbędziemy tak łatwo ... Zimne okłady jak gorączka dochodzi do 40 stopni?! Większość ludzi w takim momencie leci raczej z dzieckiem na pogotowie. Oczywiście, świnka również się wiąże z powikłaniami.

I zauważmy, że dla mamusi to ziołowe środki uspokajające, a dla tatusia piwerko. Ofkors.  


 
"Tak więc widzimy wyraźnie, że firma Merck specjalizuje się w produkcji szczepionek praktycznie na nieistniejące choroby. Niestety ciągle jej coś nie wchodzi. Ale od czego mamy użytecznych trolli"
Ano, ktoś musi prostować te bzdury zanim zrobią komuś krzywdę... Na przykład zdarzy się epidemia odry w Disnejlendzie czy gdzieś. Autorze, te choroby praktycznie nie istnieją (choć w tym momencie można polemizować) z jednego prostego powodu. Nie, nie jest to higiena ani inne tego typu bzdury.


"(...)To daje podstawy negowania związku przyczynowego. Jak pies padnie w tydzień czy dwa po szczepieniu, to taki weterynarz traci klientelę, Jak dziecko umrze w rok czy dwa po szczepieniu, to nikt nie będzie łączył tego ze szczepieniem."


Zaczęło się od autyzmu a teraz o umieraniu? Nieźle.


"(...)A jak się broni lobby szczepionkowe? W bardzo prosty sposób: określiło w odpowiednich ustawach, że związek czasowy pomiędzy szczepieniem, a powikłaniem nie może wynosić więcej, jak 7 -30 dni. Po prostu dealerzy szczepionkowi widząc małe dziecko, traktują je jak królika doświadczalnego i w podobny sposób obliczają wiek. W ten sposób ratuje się portfele koncernów."


Dealerzy szczepionkowi” <3 Nie no, jasne, powinni rozszerzyć tak gdzieś do 100 lat, a co tam. Za ile zgonów wtedy odpowiadałyby szczepionki!
 
"A zdrowie dziecka?
A kogo to obchodzi?"
 
 Cóż, mogę z pewnością wskazać, kogo nie obchodzi zdrowie dziecka z obniżoną odpornością, zbyt młodego na jakąś szczepionkę...

"(...)Przykładowo: Dr William Thompson epidemiolog z CDC ujawnił, że CDC wiedziało już od 2004 roku o możliwości wystąpienia autyzmu po podaniu szczepionki MMR. Dr W. Thomson ujawnił fakt fałszowania wyników przez producenta. Proszę zastanowić się, dlaczego ta informacja w Polsce jest tajna, łamana przez poufną, przed przeczytaniem spalić."
Może po prostu nie wszystkich w Polsce interesują dramy i zdrady trzech oszołomów zza oceanu, o których osobiście pisałam ponad rok temu.Tak, też dokopałam się do tej niesamowicie tajnej informacji. Dosłownie wykradłam ją Barackowi Obamie spod poduszki.

O, teraz autor każde zdanie zaczyna od dramatycznego "dlaczego?!". 

"Dlaczego jeszcze nie sprowadzono filmu VAXXED, jako filmu szkoleniowego nie tylko dla PT Pediatrów, wykonawców ustawy Sejmowej o przymusie szczepień, ale i dla Posłów i Senatorów?"

I dzieci w szkole. Niech oglądają zaraz po „Niemym Krzyku”. A potem narzekajmy jaka ta młodzież niedouczona.

"Dlaczego biuletyny Izb lekarskich nie informują, że w szczepionkach znajdują się nanocząsteczki?"

 Bo się nie znajdują...? Mają potencjał i w ogóle, ale...



"Dlaczego PT Pediatrzy o tym nie wiedzą?
W podobny sposób zachowują się nanocząsteczki w organizmie człowieka, swobodnie przekraczając barierę krew - mózg.
A przecież Pan Bóg stworzył ją w celu zabezpieczenia rozwijającego się mózgu dziecka przed toksynami środowiskowymi [Czy ja dobrze widzę? Naprawdę to napisał? Niech ktoś potwierdzi, że też to widzi, bo nie zasnę w nocy...]. I w Kraju, w którym podobno ponad 90% osób deklaruje się katolikami, czyli uznającymi pojęcie Grzechu Systemowego, ci sami ludzie udają, że nic złego nie robią. To się dzieje dla tej przysłowiowej stówy więcej."


Z tym się zgodzę, w katolickim kraju należałoby pozamykać szpitale i w razie choroby zdać na Boga. W końcu nie wolno się wtrącać do boskiego planu.


"Dlaczego oszukuje się społeczeństwo i lekarzy, że szczepionki są najlepiej przebadanymi preparatami medycznymi, kiedy nie ma ani jednej pracy naukowej pokazującej, co się dzieje z dzieckiem, któremu poda się 16 szczepionek w okresie roku, czy dwu lat?"


Mam takie, które pokazuje co się dzieje nawet 20 lat po, może być? No dobra, to akurat tylko MMR. Ale człowieku, poważnie - 16 szczepionek z ledwo albo i w ogóle nieżywymi, rozczłonkowanymi wirusami w okresie roku? Każdego dnia od narodzin układ immunologiczny zwalcza z 100x tyle. O, patrz, mam papiery.


"Szczepionka MMR zawiera neurotoksyny: aluminium oraz 0.3mg ludzkiej albuminy, 25mikrg neomycyny, 14,5 mg sorbitolu, 14,5 mg hydrolizowanej żelatyny."
Zieeew...

"Atenuowane szczepy wirusa różyczki są hodowane na komórkach z płodów aborcyjnych."
Lepsze poronione naturalnie czy co?
"Po szczepieniu dziecko sieje dookoła wirusami przez okres ok. 4-8 tygodni."
 Przynajmniej takimi ledwo żywymi. A chorujące nie sieje ani trochę, c'nie? 

"I pomimo tej powszechnej wśród zainteresowanych wiedzy, w Polsce jest przymus szczepień. Sam musisz sobie odpowiedzieć dlaczego i co się za tym kryje."

 Może fakt, że choroby i epidemie nie są fajne, ale hej, jestem Ksenomorfem, co mogę wiedzieć..

Post powstał w ramach akcji "Walentynki dla proepidemików" (opłaconej przez Sorosa, Illuminatów i inne Yeti, a co myśleliście). Pozostałe laurki znajdziecie na blogach i fanpage'ach:







http://www.doktor-mama.pl/