piątek, 25 listopada 2016

Superfood - z czym to się je?

I właściwie po co?


Ostatnio podczas wizyty w sklepie z pewnym chrząszczem w logo, uderzył mnie po oczach niewielki stojaczek. Na stojaczku tym znajdowały się niewielkie paczuszki z magicznymi nasionami, jagódkami i proszkami.

Poczułam przypływ nostalgii i przypomniałam sobie moją notkę o suplementach. Tę, która powstała w starych dobrych czasach, gdy idiotyzmy nie wyskakiwały z dosłownie z lodówki i trzeba się było troszkę wysilić z poszukiwaniem. w której wykazałam się ignorancją godną antywacka w temacie chiralności (serio, wciąż mi wstyd). Ale wykazałam się jeszcze większą ignorancją nie zaznaczając, iż jakieś 3/5 produktów, które tam wymieniłam (nie jestem pewna co do proszku z mrówek) to nie tyle suplementy, co tzw. superfoods. Nazwa ciekawa, choć bardzo myląca...





Nie mam pojęcia, jak mogło mi to tak totalnie umknąć. Zwłaszcza, że to nie jest żadna nowość. Ale od pewnego czasu widzę tu i ówdzie „to jest superfood, tamto jest superfood”, więc postanowiłam zgłębić temat. W 2007r. UE zabroniła używania tego terminu na opakowaniach żywności, o ile producent nie ma dowodów na cudowną właściwość swoich jagódek. Nie ma tak dobrze, trzeba wyjaśnić co konkretnie zawierają i dlaczego są zdrowe. Zgadnijmy dlaczego:

  1. Ksenomorfy ukrywają prawdę, żeby ludzkość wymarła

  2. Nadużycia oraz wprowadzanie konsumenta w błąd poprzez sugerowanie osiągnięcia nieśmiertelności dzięki ww. jagódkom

  3. Unia jest gÓpia, bo uważa marchewkę za owoc (ślimaka za rybę i banany chce prostować, hurr durr)

Jeśli wybrałeś c)... Stwarzasz we mnie silną pokusę do poruszenia tego euromitu i znacznego zboczenia z tematu. Niech to. Dobra, więc w tej dyrektywie o dżemach rzeczywiście „carrot” figuruje pod „fruits”, o zgrozo. To wszystko. W jakichś innych papierach jest tam gdzie trzeba (szczerze, nie chcę w to wnikać za bardzo). A że pomidor i oliwka są powszechnie uważane za warzywa jakoś nikogo nie boli.


Termin „superfood” pojawił się gdzieś w okolicach lat '00, a ugruntował się po książce „Superfoods Rx” w 2003 r. Podobno istnieje ze 100 rodzajów superjedzenia. A czymże ono jest? Cholera wie. Serio, nie ma oficjalnej definicji tego czegoś. Najbliższy prawdzie zapewne będzie „chwyt marketingowy”.

Nawet mnie nieszczególnie dziwi używanie tego terminu odnośnie jakiegoś egzotycznego szajsu. To całkiem naturalne. Rzymianie też jarali się brzoskwinią tylko dlatego, że była czymś nowym, niezwykłym i niespotykanym u nich. Nie, nie jest to rant z serii „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. W życiu! Albowiem w internetach dosłownie wszystko może być superfoodem. Nawet woda. Nie żartuję.

Ciężko zdecydować, co mnie bawi bardziej: wychwalanie jakiegoś badziewia o dziwnej nazwie czy listy pt: prawdziwa polska superżywność. Można na nich znaleźć m.in. dynię sprowadzoną do Europy z Ameryki Środkowej w XV w., więc można by się kłócić czy jej spożywanie można uznać za tró patriotyzm. Oraz inne dość zwyczajne produkty żywnościowe: natka pietruszki, miód, żurawina... Rozumiem; jest to pewien sprzeciw wobec tych głośnych, rozreklamowanych ziarenek i jagódek, ale czy naprawdę trzeba się zniżać do ich poziomu? Z drugiej strony...

Niezależnie czy internety zachwycają się jakimś zielskiem rosnącym w dżungli na drugim końcu planety czy na trawniku pod blokiem, łączy je jedno: superfood to takie jedzonko, którego 1 gram dostarczy nam więcej witamin, mikroelementów, przeciwutleniaczy (po co?!), kwasów, enzymów i czego jeszcze kto sobie nie wymyśli niż kilogram innej żywności. Jakiej innej, skoro już ustaliliśmy, że super jest właściwie wszystko? No jak to, największe zło w całym nawiedzonym wszechświecie oprócz aborcji, szczepionek i koncernów farmaceutycznych to żywność przetworzona! Parówki, dania instant, fastfoody, biały chleb, słodycze! AAAAA!

Ja pie*dolę.

Po pierwsze, zobaczmy:


Bez przesady, ten hamburger wcale nie wypada aż tak tragicznie. Jak o tym wspomnisz, to gapią się jak na kosmitę, bo wszyscy już wiedzą – fastfoody to sama chemia, puste kalorie i +10 kg od razu. Od biedy możesz to zjeść, jeśli nie masz wyjścia, najlepiej z poczuciem winy.

Po drugie: Hiperwitaminoza nie brzmi jak stan pożądany.

Po trzecie: mała dygresja:

Wielokrotnie wspominałam, że ludziom się zwyczajnie poprzewracało w tyłkach od dobrobytu, więc usiłują sobie skomplikować życie najbardziej jak tylko możliwe. Dlatego powstają takie twory jak antywacki, antyGMO, medycyna alternatywna i prolajfy. Kult organicznego, 100% naturalnego żarcia to kolejna odnoga tych kaprysów oraz przy okazji niezły biznes. Superfoody to wyższy level albo może inna odnoga tego szaleństwa. Temat, jak mówiłam, nie jest nowy, aczkolwiek wyraźnie odżywa. Mało, że organiczne, bio i w ogóle, musi być jeszcze super. 
 
Nagle się okazało, że jak nie masz całego gospodarstwa gdzieś z dala od Cywilizacji Śmierci, to złe koncerny cię trują i umrzesz na raka w wieku dwudziestu lat. To rzeczywiście straszne: żywność dłużej zdatna do spożycia dzięki konserwantom czy mrożeniu, genetyczne modyfikacje dające odporność na szkodniki i niekorzystne warunki atmosferyczne, możliwość zjedzenia czegoś na szybko zamiast stania godzinami przy garach, produkty dostępne cały rok zamiast ograniczania się do sezonowych, zwiększone bezpieczeństwo poprzez ograniczenie liczby szkodliwych bakterii... Czysty horror.

Być może zainteresuje was skąd właściwie wzięła się wszechogarniająca moda na 100% bio-eko-organic & natural as shit wraz z hejtem na niewinne parówki. Zapewne nikogo nie zdziwi, że pan wielki odkrywca nie był naukowcem ani lekarzem, tylko pisarzem i aktorem, a w dodatku wywalili go z liceum. A imię jego Robert Bootzin, ksywa: Gypsy Boots. Nie mogę mu nawet życzyć najgorszego, bo zmarł w 2004 r. Aczkolwiek zanim to się stało, facet został czymś w rodzaju prekursora hippisów.


Najwyraźniej po wylaniu z liceum bał się pokazać rodzicom na oczy, więc zebrał kumpli i zaczęli dosłownie, nie żartuję, sypiać w jaskiniach. Zrobiło się o nich dość głośno i zasłynęli niczym legendarna kapela jako „Nature Boys” (a panem Zenkiem spod monopolowego to nikt się nie zachwyca, chociaż prawdopodobnie pachnie tak samo...). Po jakimś czasie jednak naszemu Cygano-Hippisowi się znudziło, ożenił się i... założył sklepik ze zdrową żywnością. A, jeszcze książkę napisał. Trend zdrowej żywności rozlazł się po świecie do tego stopnia, gdzie już nikt nawet go nie kwestionuje. „Naturalne” stało się synonimem „zdrowe”.

Jakby chcieć obalić wszystkie głupoty na temat jedzenia osobno można by napisać cholerną książkę. Nie dalej jak dzisiaj wyskoczył mi skądś post o tytule w rodzaju „10 rzeczy, które jesz codziennie, a mogą cię zabić”. Dowiedziałam się z niego m. in, że chipsy uzależniają, bo jak się sięga po jednego, to ciężko się powstrzymać przed zjedzeniem całej paczki. Yyy... A potem dostaje się bóli mięśni, drgawek i biegnie po trzy kolejne paczki, żeby przetrwać zjazd? Nie? Sorry, ziom, nie uzależniają, tylko ty nie masz dość silnej woli żeby poprzestać na tym jednym. Hej, nie oceniam: jak się zostawi chipsy otwarte to na drugi dzień i tak są obrzydliwe ← może spisek leży tu.

Co chwilę pojawiają się histeryczne informacje o jakimś składniku, który zabija: aspartam czy glutaminian sodu. Oczywiście, nikt nie bierze pod uwagę kluczowej rzeczy, czyli dawki. Po co. Brzmi groźnie i w ilości 100,000 x niż dozwolona gdziekolwiek powoduje jakieś dolegliwości, choćby sraczkę = boom, trucizna. To samo widzimy zresztą w histerii antyszczepionkowej, więc nic nowego. Jakieś zapożyczenie z homeopatii czy ki diabeł?
   
Co jest najbardziej ironiczne: zwolennicy „zdrowego” żywienia przekonują o zbawiennym wpływie świeżych, najlepiej surowych produktów, głównie owoców i warzyw. Nawet podgrzewanie to zło. Tymczasem wiele wskazuje na to, iż właśnie przetwarzanie, a konkretnie: pieczenie (zwłaszcza mięsa) przyczyniło się do wzrostu mózgu u homo sapiens. Obróbka termiczna sprawia, iż jedzenie jest lepiej przyswajalne, a żołądek nie traci aż tyle energii na trawienie.

O w mordę. Naprawdę cofamy się w rozwoju! To by tłumaczyło, czemu prezydentem elektem w USA został ten, kto został.

Podsumowując – żarcie z drugiego końca świata nie jest lepsze od jakiegokolwiek innego. Gotowane czy przetworzone w inny sposób nie jest gorsze od surowego, ba, czasem może się okazać lepsze (np. nie otruje nas, jak chociażby ziemniak). Fastfoody są niesłusznie i bezsensownie demonizowane. A panika na temat „chemii” to w ogóle jakieś kompletne nieporozumienie. Dziękuję, dobranoc.

Do poczytania: 



BONUS - RECENZJA KULINARNA


Co, brakuje tradycyjnego objazdu po modnych superfoodach? Rzeczywiście. Nie bójcie się, nie tylko zniszczymy reputację paru rzeczom ale i dowiemy się, czy są one smaczne. Albowiem poświęciłam część swych ciężko zarobionych pieniędzy (5 zł) na mieszankę nasion chia, jagód goji i płatków kokosowych (czuje się brudna pisząc te słowa, serio). W sumie, chciałam nawet poddać się eksperymentowi i żreć coś w tym rodzaju przez miesiąc, jednak pisanie dzień w dzień „nic”, „wciąż nic”, „o, wyskoczył mi pryszcz na nosie” byłoby raczej nudne. Zadowólmy się zatem zwykłą recenzją.

Jako świadomy-tego-co-je obywatel, dowiem się czegoś o tej trójce. Z Gugla oczywiście:

1. Nasiona chia – zwane również szałwią hiszpańską, pochodzą z Ameryki Południowej.

dopiero w 2009 roku Unia Europejska uznała nasiona szałwii hiszpańskiej za produkt spożywczy i pozwoliła na stosowanie jej jako dodatku do chleba (maksymalnie 5% jego całkowitej masy)."

Uuu, wyczuwam spisek na kilometr. Nie, żeby trzeba było przebadać, czy to dziadostwo nie stanowi zagrożenia dla zdrowia publicznego.

Darujemy sobie wykład na temat ogromnej ilości przeciwutleniaczy, białka, mikroelementów... ponoć te nasionka mają całe mnóstwo kwasów omega-3. Pamiętam, że już lata temu zaczęło się o nich mówić, jakie są ważne i zdrowe, jednakże... może nie do końca?

"Wzajemna spójność tych wyników jednoznacznie sugeruje, iż te nienasycone kwasy tłuszczowe mają udział w powstawaniu guzów nowotworowych. Zalecenie zwiększenia udziału w pożywieniu długołańcuchowych kwasów omega-3, zwłaszcza drogą suplementacji, musi być rozważane jako potencjalne ryzyko wystąpienia takiego rodzaju nowotworu (nowotworu prostaty – przyp. Rektora) – napisali wprost amerykańscy naukowcy w publikacji.”

Tak. Coś, co reklamuje się jako receptę na nieśmiertelność de facto w nadmiarze być może nawet powoduje raka. A nawet jeśli nie, to przed rakiem ani niczym takim nie chroni. Identyczna historia jak z przeciwutleniaczami. No i kto tu dąży do wyniszczenia ludzkości? 
 
2. Jagody Goji – Znowu. Cholerne. Jagody. Mogłabym zrobić copypaste z Acai i nikt by nie zauważył różnicy, więc chrzanić dogłębna analizę. Goji pochodzą z Chin. Co ciekawe, są blisko spokrewnione z naszą wilczą jagodą. Hamują postęp nowotworów (jaaaasne), obniżają poziom cukru (który uzależnia), nadciśnienie i cholesterol, poprawiają wzrok (pewnie tak jak marchewka, czyli wcale nie) i chronią wątrobę (a to by się przydało). Meeeh. Ja chcę naparzać laserami z oczu, goddamnit!

3. Kokos – każde dziecko wie, co to kokos. Orzechy kokosowe nie są jakoś szczególnie tak bardzo nowe na rynku. W sumie bardziej modny jest produkowany z nich olej. Jak wiadomo, rosną na palmach kokosowych w Malezji, Polinezji, Ameryce i Azji Południowej. Zawierają m.in kolejny hit – kwasy MCT. Czyli średniołańcuchowe kwasy tłuszczowe zawierające 8-10 atomów węgla. Podobno odchudzają. Bzdura! Aa, może jednak nie do końca. Cóż, rzeczywiście w badaniach grupy jedzące MCT straciły trochę więcej wagi w porównaniu do grup LCT, tylko różnice oscylowały gdzieś w okolicach... pół kilo, więc nie wiem, czy to aż tak spektakularny efekt. A i ich nadmiar skutkuje czymś przeciwnym do zamierzonego: wzrostem cholesterolu. Z drugiej strony, tłuszcze MCT podobno przydają się w medycynie przy odżywianiu pozajelitowym, bo do ich trawienia nie potrzeba żółci i lipazy oraz ogólnie do przy leczeniu zaburzeń wchłaniania (jak np. celiakia).

Dobra, mamy już wszystko. Zjedzmy to!

Producent tego nasionowo-jogódkowo-kokosowego „puddingu” każe zalać nasiona chia mlekiem, dodać miodu i odstawić na 8 godzin. Spoko, nie ma sprawy. Czas przyrządzenia zupki chińskiej wynosi 3 minuty, dla porównania.

Po spędzeniu jakichś 14 godzin w lodówce, nasiona wyglądają i zachowują się jak bardzo gęsta galareta. No cóż, dosypujemy jagódki i kokosa, mieszamy. Efekt jest... nieszczególny:

Niech to szlag, gdybym kupowała to w Lidlu, przysięgam, że poszłabym odzyskać swoje 5 zł.
Pokazałam to swojej kotce. Odwróciła się z obrzydzeniem. Zły znak, ale i tak to zjem. Hmmm. Nie jest aż tak tragicznie, jak się spodziewałam. Trochę zbyt słodkie jak na mój gust (nienawidzę słodyczy), przez ten miód. Do tego posmak stęchlizny czy staroci. Nie wiem, jak to inaczej określić, coś jakby jeść kurz. Co ja robię ze swoim życiem... Osławione nasiona chia przypominają nieco glutowaty mak. Jagódki Goji można by dosłownie wziąć za twardawe rodzynki. Kokos, jak to kokos – chrupie i ma ten swój mdły posmak. Gdzieś w połowie szklanki zrobiło mi się niedobrze (znachor by to pewnie wyjaśnił buntem toksyn w organizmie albo coś w tym stylu). Eksperyment zostaje zatem przerwany. Po czym jak po czym, ale po superfoodzie można by się chyba spodziewać przynajmniej tego, że będzie smaczny, a tu taki klops. Nie poczułam się lepiej ani szczególnie gorzej, wystąpienia nadprzyrodzonych mocy nie zaobserwowano. Chrzanić to, idę na hamburgera.

2 komentarze:

  1. Pracuje w dużym markecie budowlanym. Na półkach trzymamy jagody goji, pakowane po 500g - nasz szef to kupuje i zachęca wszystkich dookoła.
    Bonus: dziewczyny z biura kupują na Allegro suszone pestki wiśni (20 zł/kg) - chronią przed rakiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. "że ludziom się zwyczajnie poprzewracało w tyłkach od dobrobytu, więc usiłują sobie skomplikować życie ..."

    Jest jeszcze coś. Przewrócenie w tyłku od dobrobytu to możliwość nieskrępowanego uprawiania V, i VII Grzechu Głównego (dla tych, co nigdy nie uczęszczali na religię: nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu oraz lenistwo). Ale nie można grzeszyć w nieskończoność. Prędzej czy później pojawi się zmora współczesnej medycyny, czyli dolegliwość określana jako "Ogólne Złe Samopoczucie".

    Ludzie nie potrafią zrezygnować z przejadania się i braku ruchu, zresztą co za przejadanie, jakie przejadanie, nic nie jem, dużo się ruszam! Efektem jest szukanie wyjścia w pseudozdrowej żywności (którą można by wsuwać bez opamiętania).

    W ustrojach demokratycznych nożna też bez przeszkód praktykować I Grzech Główny (pycha), uprawiać bycie wyjątkowym i niepowtarzalnym, a to poprzez dietę lepszą od innych bo jestem wyjątkowa. Rodzaj żeński, gdyż Hillary Clinton na niedoczynność tarczycy leczyła się naturalną tarczycą (a nie bezpieczniejszą syntetyczną tyroksyną.

    OdpowiedzUsuń

Podobnie jak wszelkiej innej nauki alternatywnej, nie toleruję ortografii alternatywnej. Literówka czy zabłąkany przecinek - spoko, ale komcie wypalające oczy nie będą tolerowane.