sobota, 16 maja 2015

Samo(niedo)rozwój



Na tym blogasku mieliśmy już różne porąbane terapie medyczne, ważne tematy społeczne i dużo mojego wkurwa. Dziś mamy mieszankę wybuchową wszystkich trzech składników. Bo tym razem to jest osobisty biznes. Muahahaha.

Ostatnio na fejsbuczku ogłosiłam urlop chorobowy, jako przyczynę podając leki, które na jakiś czas wysyłały mnie na praktycznie cały posiadany czas wolny do krainy Morfeusza. Nie, nie mam do nich pretensji - właściwie to jestem im za to nawet wdzięczna. Jeśli kogoś to interesuje, to nie, nie umieram na raka ani nic takiego (BUUU! - zakrzyknęła Otchłań). Mam inne problemy zdrowotne. Takie, których na pierwszy rzut oka nie widać. I o ile przeciętny człowiek raczej jest świadomy tego, że udawanie się z groźną chorobą somatyczną do znachora z wioski jest cokolwiek słabym pomysłem, o tyle z problemami psychicznymi bywa różnie. Ogólnie z jakiegoś powodu jest przyjęte, że leczenie się "na głowę" u fachowca jest... oznaką słabości? Psychologa jakoś jeszcze przełkną, ale "psychiatra" już brzmi groźnie... A szpital psychiatryczny? Łojezu, wariaci z horrorów!

Nie ogarniam. To nie ma najmniejszego sensu.

Mózg jest takim samym organem jak wszystkie inne, choć cokolwiek nieco bardziej skomplikowanym i nie poznanym do końca za bardzo. Jednak wiemy, że ma prawo szwankować jak każdy inny i wtedy robi się cokolwiek dziwnie i strasznie. Zarówno dla pacjenta jak i otoczenia. Mniej lub bardziej. Aczkolwiek, moja choroba (technicznie jest to zaburzenie) jest świetnym pretekstem, żeby poszydzić z czegoś, co nazywam altmedem psychologicznym. Dziś Pani Woo bawi się w psychologa (bójcie się bardzo):

Co rozumiem przez altmed psychologiczny? Głównie modny ostatnimi czasy "samorozwój". Wbrew pozorom, znajduje się toto dość nisko na mojej liście pogardy, bo wydaje się stosunkowo nieszkodliwy: ot, zbiór jakichś śmiesznych hasełek a'la Paulo Coelho, które po bliższym przyjrzeniu się nie mają najmniejszego sensu, np.

"Zmieniając swoje nastawienie, zmieniasz swoją przyszłość!"

Eee? Jak to, zmieniać przyszłość, skoro przyszłość się jeszcze nie wydarzyła i jest jedynie zbiorem prawdopodobieństw? Może jutro pierdolnie w nas wielki meteoryt? I zmiana nastawienia pomoże? 

I tak, dalej i tak dalej: Możesz osiągnąć wszystko, tylko musisz chcieć i blablabla; oczywiście, by to osiągnąć, potrzebujesz trenera, coacha czy jakkolwiek oni tam siebie nazywają. Logiczne, nie? Mogłabym wzruszyć ramionami i stwierdzić: whatever, popyt kształtuje podaż, to nie jest tak, że rozsiewają szkodliwe mity o leczeniu chorób... oh wait. Rozsiewają. 

Generalnie widzę w tym tworze analogię lub nawet kontynuację ruchu antypsychiatrii z zeszłego stulecia. Oni mieli LSD, my mamy samorozwój. Chyba dragi były lepsze. Tak sobie tylko spekuluję, ale być może tego typu rzeczy kiełkują na podstawie społecznych uprzedzeń do chorób psychicznych właśnie i ich leczenia. Mam obawy, że z usług tych psychologicznych szarlatanów korzystają osoby, które w pierwszej kolejności potrzebują lekarza, ale przecież "psychoterapia" brzmi brzydko, co ludzie pomyślą... A "samorozwój" tak pięknie (albo, jeśli ktoś jest zgorzkniałym, zaburzonym, cynicznym hejterem, to się kojarzy tak jak w tytule posta). Dlaczego jest to legalne, nie wiem i pewnie się nie dowiem. Ale czego ja wymagam, inne szarlataństwa opisane do tej pory na blogasku też są legalne i nikt z tym nic nie robi (chociaż nie, ostatnio biorą się na poważnie za antywacków i bardzo dobrze). Zombie Samurai oraz Ray znęcali się jakiś czas temu nad dość skandalicznymi tekstami o depresji. Cóż, ja się zajmę tematem mi osobiście bliższym. Biorę na tapetę tekst niejakiego coacha Marcina o...

Jako się rzekło, phobiae sociales.

Nerwica społeczna. Zespół lęku społecznego. Fobia społeczna. Socjofobia. Nie, nie jest to "najnowszy wymysł lekarzy, którzy nam wmawiają choroby, by nas faszerować lekami" (Brzmi znajomo?). Choć zaiste, zostało zdefiniowane i wpisane do ICD w zaledwie zeszłym stuleciu (wcześniej nazywano je po prostu ogólnie "nerwicą lekową"), to już Hipokrates opisał wręcz podręcznikowy przypadek socjofobii albo czegoś bardzo podobnego (w IV w p.n.e... jeśli to nie jest "kiedyś", to już nie wiem, co jest):
"Nie spotykał się poza murami domu, kochał życie w ciemności, nie znosił światła [...] nie zbliżał się do innych z obawy przed złym potraktowaniem, upokorzeniem, ze strachu, że zrobi lub powie coś głupiego, lub że się rozchoruje. Miał wrażenie, że każdy mu się przygląda."
Co ja tam robię ze swoimi urojeniami ksobnymi...? Tak, kochani, cierpię na fobię społeczną. Dysponuję oficjalną diagnozą. Na papierze nawet. Mam, ogólnie mówiąc, prze*ebane. Z ludźmi głównie (a oni ze mną).  Ale nie uprzedzajmy faktów, wszystko opowiem podczas pojedynku z panem coachem:



Jak często spotykasz się z ludźmi, którzy stresują się przed każdym spotkaniem z ludźmi? Ile razy słyszałeś słowa: „Boję się wystąpień publicznych”, „Nie wyjdę przed publikę”, „Stresuje mnie każdy egzamin ustny”, „Nie dam rady zrobić prezentacji przed taką grupą”, „Brakuje mi pewności siebie, aby wyjść przed ludzi”?


Stosunkowo mało, głównie takie teksty wypowiadam ja. Zwykle wtedy słyszę, że przesadzam, dam sobie radę i blablabla. No cóż, w takiej sytuacji może mnie uratować co najwyżej znajomość tematu, bo nerwowy słowotok, zacinanie się, zawieszanie, trzęsienie i czerwony ryj z pewnością nie są wielkim atutem. To nie musi być nawet żaden straszny egzamin...



"Fobia społeczna, czyli lęk przed wystąpieniami publicznymi (a nawet kontaktami z drugą osobą) jest coraz częściej spotykanym problemem. Szacuje się, że występuje częściej niż lęk przed śmiercią."


Naprawdę? Według danych, fobia społeczna dotyka jakieś 2%- 3% populacji. I nie wiem, to zawsze na mnie jakoś dziwnie się patrzy, jak przed jakimś wystąpieniem, pójściem na imprezę gdzie nikogo nie znam, czy czymś w tym rodzaju płaczę cichutko: "lepiej mnie zabijcie, będę krócej cierpieć" (I tak, mówię to całkowicie poważnie). Dla większości ludzi coś takiego to pestka. Dla mnie tortura. A po co się tam pcham? Bo a) czasem trzeba i b) walczę. Kłami i pazurami. Nie znoszę ograniczeń, nawet własnego mózgu. Jak wychodzi, dowiecie się dalej (spoiler: yyy... nie wychodzi).


"Ludzie boją się wyjść przed grupę nieznanych sobie osób, bojąc się tego, co może się stać strasznego."

Pozwolę sobie rozwinąć: Nie tylko przed grupę, ale i do grupy. Do sklepu. Do urzędu. Do zatłoczonego tramwaju. Do szkoły. Pracy. Przełamanie się jest ogromnie wyczerpujące i nie zawsze wychodzi. To nie lenistwo, a nakręcanie się w swoim strachu. Przerwanie takiego błędnego koła graniczy z cudem. Jak już się uda, śmieję się czasem, że byłam kretynem i załatwienie tego czegoś było proste jak zupka chińska. Do następnego razu. No, chyba, że się zbłaźnię, co nie jest takie trudne, to wtedy spirala się nakręca gorsza niż kiedykolwiek...


"Mimo że większość ludzi (widzów) ma dobre zamiary, jest ciekawa wystąpienia, to nawet mając tego świadomość, dalej wywołuje to reakcje stresowe u osoby, która ma wystąpić. Lęk ten jest bowiem zakorzeniony na głębszym poziomie umysłu, w jego nieświadomej części. Ma to związek z przeszłością i systemem edukacji."

Przyznaję maleńki punkt. Tak, socjofobicy często zdają sobie sprawę, że ich lęki nie mają żadnego sensu. Chociaż ja czasem próbuję (dawniej nawet często) jakoś je racjonalizować, co czasem nawet dla mnie brzmi jak absurdalny bełkot, nie mówiąc już o osobach postronnych... nieważne. Tak czy siak, ta świadomość wcale nie pomaga w uspokojeniu serca będącego na najlepszej drodze do zawału, w mdłościach oraz zignorowaniu głosu instynktu: "UCIEKAJ STĄD!”. Właściwie to tylko mnie dołuje. Równanie jest proste: "boję się jak diabli" + "bez sensu" = "jestem kretynem". System edukacji... Hm, na pewno nie pomaga, ale zaraz się tym zajmiemy:


"Dziecko chodzące do szkoły traktuje nauczyciela jako autorytet. Gdy zostaje wezwany do tablicy i nie potrafi prawidłowo odpowiedzieć, zamiast dostać ciepłe słowa, najczęściej zostaje w jakiś sposób skarcone. Skarcone w sposób werbalny (np. Znowu się nie nauczyłeś! Ty nieuku! Dlaczego się nie przygotowałeś?! I znowu nie umiesz!) i ocenione na forum całej klasy."

Mam dylemat. To brzmi, jakby trafienie na tak chamskiego nauczyciela albo całą chmarę (nie jest to mało prawdopodobne) było jedyną przyczyną lęku społecznego. Być może nawet to wystarczy w pewnych przypadkach, ale zaryzykuję tezę, że dla dzieciaka ważniejsza jest jednakowoż grupa rówieśnicza. Nie pamiętam jakiejkolwiek lekcji uczącej interakcji społecznych - bo w teorii dzieciaki w grupie mają się tego nauczyć same. Naiwność ludzka nie zna granic. Nie będzie odkryciem stwierdzenie, że integracja dzieciaków wygląda mniejwięcej tak: "hej, znajdźmy kogoś słabszego i wdepczmy go w ziemię!". A ponieważ obwinianie ofiary ma się u nas dobrze pod niemal każdym względem, to zawsze jest w jakiś sposób wina ofiary: bo jest... no, słabsza. Bo się daje. Bo się przejmuje. Bo to jej wina, że jej nie lubią (brzmi znajomo?). A jak uda jej się w jakiś sposób przetrwać ten koszmar (najrozsądniejszą strategią była/jest, przynajmniej jak dla mnie, ucieczka) i ma w życiu dorosłym zrytą psychikę, to w dalszym ciągu jej wina, bo... nie uprzedzajmy.


"Widząc twarze patrzącej grupy uczniów i dostając negatywny bodziec (ocena, skarcenie słownie, etc.) tworzy na poziomie nieświadomym skojarzenie (asocjację) sytuacji z bodźcem (tzw. kotwica w NLP). Podobnie jak w doświadczeniu Pawłowa z psem (wyciek śliny na dźwięk dzwonka lub światło), takie dziecko, widząc twarze ludzi, zaczyna automatycznie czuć strach, lęk, który przeszkadza w kolejnym wystąpieniu. Po kilku – kilkunastu latach nauki w szkołach, takie dzieci wyrastają na osoby, które panicznie boją się wychodzić przed ludzi."

Zostaw pan w spokoju te wystąpienia, problem jest szerszy, chyba że mówimy o fobii niezgeneralizowanej. Ale znów przyznaję mały punkt. Jeśli jednostka taka była tępiona i odrzucana przez grupę długo i często, to tak, może skończyć jako socjofob. Ale nie musi. Dochodzą czynniki genetyczne, biologiczne... To skomplikowane, zdaje się, iż są pewne predyspozycje: jednego mogą gnębić i tępić i go to nie ruszy, drugi skończy prowadząc Odyseję po gabinetach specjalistów.


"Programowanie neurolingwistyczne (NLP) jest zbiorem technik i modeli, pochodzących od osób odnoszących największe sukcesy w swoich dziedzinach (m.in. terapii). Jedną z takich skutecznych technik jest panorama społeczna."

Eee... nie. To nie dość, że czary nie mające nic wspólnego z nauką za bardzo, to jeszcze zachęcające m. in do manipulacji ("podryw neurolingwistyczny" czyli jak wmówić babce, że bardzo chce się z tobą przespać, te sprawy... na szczęście to nie ma prawa działać) i ogólnie pojętego chamstwa. Tomasz Witkowski rozszarpał te bzdury na strzępy lepiej niż ja bym to zrobiła kiedykolwiek w życiu. Wielki minus, panie Marcinie. Generalnie najlepsze efekty w leczeniu socjofobii osiąga się przy połączeniu farmakologii i terapii poznawczo-behawioralnej, o czym jaśnie pan trener nie wspomina, bo po co. Jeszcze cierpiący by nie daj Borze poszli poszukać profesjonalnej pomocy. Dalej następuje barwny opis wizualizacji, której autor najwyraźniej potraktował zbyt dosłownie trzecią część Harry'ego Pottera:


"Kolejnym zadaniem dla Ciebie, jest przebranie ich w jakieś śmieszne stroje. Mogą to być ubiory klaunów, krasnoludków, smerfów… co jest dla Ciebie bardziej zabawne, to lepsze!
Następnie spraw, aby zaczęli tańczyć, skakać, łapać się za nosy, targać za uszy… tu wykaż się fantazją :)
Do tego dodaj jeszcze muzykę, która Cię rozbawia. Może to być muzyka cyrkowa lub ta ze Shreka :)"

Eee... serio?
Lubię Pottera. Ale życie to nie książka, magii też w nim nie uświadczymy.


"Następnie pomyśl z powrotem o sytuacji, czyli nadchodzącym wystąpieniu publicznym. Jak się teraz czujesz? Jak wiele się zmieniło? Jeśli ćwiczenie zostało wykonane poprawnie, zauważysz znaczne zmiany. Jeśli nie, powtórz jeszcze raz."

Powtarzam: serio?! O ja głupia, psychotropami się szprycuję, a tu mogłabym pomachać różdżką, zakrzyknąć "Riddikulus!" i po sprawie, żegnaj fobio.

CO. TO. ZA. BZDURY.

Znaczy, nie powiem, bardzo łatwo jest w domu lub w drodze na dane wydarzenie społeczne dodawać sobie animuszu: "tak, tym razem będzie inaczej, nie dam się", jednak w konfrontacji z rzeczywistością wszystko trafia szlag. Serce wali, pot płynie strumieniami (ohnoes, śmierdzę!), żołądek się zaciska, kolana miękną, w głowie wszystko i nic, strumień świadomości typu: "Nie. Nie to. Zrobisz z siebie głupka. To też nie. Zdurniałaś?! Wymyśl coś, szybko... ale nie, nie to! W takim razie co? A skąd ja mam wiedzieć?"... Co zrobić? Zgadza się: uciekać! I potem taka osoba, na przykład ja siedzi sobie gdzieś na uboczu targana nie najweselszymi myślami i sprzecznościami, wkładając cały wysiłek w udawanie, że nic jej to nie obchodzi. Nienawidzi siebie, nienawidzi innych... prawdopodobnie skończy nawalona w trzy dupy pod jakimś stołem nie zamieniając z nikim choćby kilku zdań. 

Ogólnie mówiąc, socjofob jest zbitym, zaszczutym psem (ja tak się czuję i wiele opracowań to potwierdza, choć ujmują to nieco subtelniej, ofkors). Z traumą. Niby chciałby do ludzi, niby się wokół nich kręci, ale nie podejdzie za Chiny ludowe, bo się boi. Wie - a raczej czuje - że nie może się po nich spodziewać niczego dobrego. Wyciągnij rękę - ucieknie, w krytycznej sytuacji pogryzie. Nie ma złych intencji, po prostu się boi. A teraz pomyślcie, że ten pies wszystko rozumie. Wie, że źle robi, ale nie widzi innego wyjścia. Bo się boi. Tak mu każe instynkt. I choć robi, co może, by go przełamać, zawsze przegrywa. Jeśli ktoś chciałby stać się kiedyś znerwicowaną kupką nieszczęścia bez przyjaciół, polecam tę metodę. Ale się nad sobą dziś użalam, Boru. 

O matko, a ten wciąż pierdoli:


"Gdzie wykorzystać tą metodę? Wszędzie tam, gdzie boisz się jakiegoś wystąpienia publicznego. Może to być prezentacja, egzamin ustny, rozmowa o pracę, kontakt z drugą osobą, spotkanie biznesowe czy spytanie ludzi na ulicy o godzinę."

Załóżmy, że posłucham i że to zadziała (lęk raczej sprzyja powadze). Tak, z pewnością randomowe ataki śmiechu dołączone do objawów opisanych wyżej bardzo mi pomogą w kontaktach interpersonalnych. Tyle, że wątpię. Ale hej, jestę psycholę, co ja tam mogę wiedzieć.


"Baw, ucz się i rozwijaj każdego dnia!"

Błagam. Takie teksty były dla mnie żenujące już w przedszkolu.

Jak rzyć, rektorze?

Cóż mogę powiedzieć więcej? Nie miałabym nic (poza rechotem) do tego tekstu, gdyby pan Marcin nie szafował tak bezmyślnie słowem "socjofobia". To NIE JEST nieśmiałość czy zwykły lęk przed publicznym wystąpieniem. Granice są płynne, tak, ale moim osobistym zdaniem o fobii mówimy, gdy jednostka walczy jak się da, ale ni cholery jej nie wychodzi, a jest tylko coraz gorzej. Przeplatane z epizodami wycofywania się, gdy spędza tygodnie nie odzywając się do nikogo. Chcesz, a nie możesz - więc pitolenie, że wystarczy chcieć mnie zawsze nieodmiennie wkurwia. Leki pomagają, odczułam gigantyczną poprawę (nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile ważył ten ciężar zanim one go ze mnie nie zdjęły w znacznym stopniu), ale wiem, że jeszcze długa droga do wyzdrowienia. O ile jest możliwe.

Warto też zauważyć, że ten cały "coaching", jak możemy wyczytać jeśli już, to jest dla ludzi, nomen omen, normalnych. Zdrowych. Więc nie bardzo wiem, co trenerzy chcą osiągnąć wypowiadając się w tematach chorób psychicznych i ich leczenia (używając brzytwy Hanlona, mam szczerą nadzieję, że nie chcą nikogo doprowadzić do samobójstwa i zwyczajnie nie wiedzą, co czynią. Jest też możliwość, że chodzi im o kasę, tak, ma to sens). Być może na zdrowej osobie nie zrobi większego wrażenia rzucenie "zmień nastawienie, a skoro nie umiesz, to twoja wina" - ale to samo powiedziane osobie, która ma permanentne, niezbyt racjonalne poczucie winy, przepraszająca za to, że żyje wpędzi ją w tę spiralę jeszcze bardziej. 

Poza tym, najgorsze jest w tym wszystkim utrwalanie mitów, które już wystarczająco szkodzą. Z jednej strony, ludzie często w dobie internetu się diagnozują i lubią mówić bzdury w stylu "och, jest jesień, ale mam depresję" po czym skonfrontowani z osobą z prawdziwą depresją, z diagnozą, mówią, że jest leniwa, wymyśla sobie, nie stara się i w ogóle, nie ma czegoś takiego - to kolejny spisek Big Pharmy! Jeszcze "zwykłych ludzi" jestem w stanie zrozumieć , ale jak czytają potem podobne bzdury napisane przez kogoś przynajmniej nazywającego się psychologiem... No cóż, nie pomaga to nikomu. Może wręcz zaszkodzić. Potem będą krążyć bzdury, bo "tak wyczytałem w gazecie, pan psycholog tak mówi!". A co tam psycholog, ostatnio za leczenie depresji wzięła się Magda Gessler. Podobno kick-boxing pomaga. Ciekawe, co mi by poleciła. Pewnie gry zespołowe. W sumie, to nie taki głupi pomysł: kopanie skórzanych przedmiotów ma tyle wspólnego z prawdziwym życiem, że hej. 

 Socjofob vs. Świat

Niewielu ludzi prywatnie wie o mojej fobii, gdyż jestem w podwójnym szachu: ludzie ślepi nie są i widzą, że coś jest nie tak, choć na ogół robię, co mogę, by nie rzucać się w oczy (paradoksalnie, często rzuca mnie to w oczy jeszcze bardziej... mówiłam, że mam przejebane). I co mam zrobić? Jak powiem, to mnie albo otagują jako "wariata" i papa, promilu szansy na zintegrowanie się albo się dowiem, że gadam głupoty. Właściwie to zrobiłam ranking tych "mundrości", które prawdopodobnie można by zastosować do wielu innych chorób/zaburzeń. Wraz z ripostami, których nie powiem raczej nikomu w realu, zgodnie z porzekadłem "kozak w necie, dupa w świecie":

1. "Czemu nie patrzysz mi w oczy?" - Bo mnie to przeraża i rozprasza, a i tak mam pewne trudności gadając z tobą. Chyba mnie nie zamierzasz powiesić za to, jak wujaszek Stalin, co? 

2. "Wyluzuj!" - Jak? Nie potrafię kontrolować bicia serca jak mnisi ze Wschodu, przykro mi.

3. "Wymyślasz sobie" - Och, jak rozumiem jesteś co najmniej psychologiem klinicznym, że podważasz diagnozę kolegów po fachu (przed którą nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego, myślałam, że jestem po prostu pojebana). A leki biorę, bo mam taki kaprys, oczywiście.

4. "Ludzie nie są tacy źli" - ja wiem, że nie jestem już w podstawówce i raczej nikt nie ma intencji by mnie zniszczyć. Raczej (widzicie ten % szansy, że jednak może chcieć? Ja tak. Bardzo wyraźnie. Aż za bardzo). Ja to wiem, ty to wiesz... Ale coś w moim umyśle, ciele wrzeszczy "uciekaj stąd, niebezpieczeństwo!" i co ja mam na to poradzić?

5. "Nie usprawiedliwiaj się" - to, jak już uda mi się kogoś przypadkiem przekonać, że taka jednostka jak socjofobia istnieje w klasyfikacji zaburzeń. Jak widać, nie pomaga za bardzo. Usprawiedliwiam się? Nie, po prostu tłumaczę, dlaczego tak się zachowuję, a nie inaczej. Pomoc nie jest konieczna, ale mile widziana, dzięki.  

6. "Jakby ci się chciało..." - z jednej strony: owszem, jakby mi się chciało podejść na poważnie do leczenia jakiś czas temu, może funkcjonowałabym dziś nieco lepiej. Byłam kretynem, myślałam, że dam radę. Ale cóż, lepiej późno niż wcale. To samo w odniesieniu do kontaktów interpersonalnych jest wkurwiające: CHCĘ, rozumiesz? Myślisz, że to przyjemne? Że to jakaś gra? Zapraszam do mojego mózgu, ciekawe, ile wytrzymasz. Obstawiam minutę, po której uciekniesz z wrzaskiem. 

7. "Nie rozpamiętuj przeszłości" - Nie rozpamiętuję. Co najwyżej tłumaczę, po raz kolejny. Trener Marcin pierdoli bzdury aż miło, ale w jednym prawdopodobnie ma rację: jeśli dzieciak przez długi czas jest konfrontowany z grupą wrogo nastawionych rówieśników, którzy wykrzykują mu w twarz najgorsze obelgi, jeśli za każdą próbę integracji dostaje wpierdol, a jego zaufanie zostaje nadszarpnięte n razy... Cóż się dziwić, że będzie podchodził do ludzi jak pies do jeża. A najlepiej wcale. Po ponad 10 latach wciąż miewam koszmary na ten temat. Za osobisty sukces uważam w miarę swobodne kontakty 1:1, ale troje to już tłum. A ludzie przeważnie łażą stadami. Normalnemu człowiekowi jest ciężko wbić się do takiego stada(?), a co dopiero socjofobowi, któremu stado kojarzy się ze wszystkim, co najgorsze... Ludzie, oddałabym wszystko, żeby wynaleźli jakieś prochy (wynaleźli. Na szczury ponoć działają. Shut up and take my money!) i zapomnieć ten syf cały. Wszystko. 

8. "Weź się w garść!" - Bo to wcale nie jest tak, że z definicji nie mogę wziąć się sama w garść. Próbowałam. (S)kończyło się to dosyć tragicznie, objawy się zaostrzyły bardziej niż kiedykolwiek. Nie chcę tego przechodzić kolejny raz, także chodzę do terapeuty i biorę leki. Więc moja riposta brzmi: spierdalaj.

9. "Weź odpowiedzialność za swoje życie, swoje emocje..." - to chyba mądrość samorozwojowców. Wkurwiająca dość. Ja to odbieram jako zakamuflowane "to twoja wina, że tak się czujesz" (jak widać po linku, nie ja). Łatwo coś takiego mówić komuś z zaburzeniami nerwicowymi, nie? Powiedz to samo komuś z halucynacjami czy coś. Powodzenia.

10. "Inni mają gorzej i żyją" - dzięki! Czułam się dziś zbyt dobrze, na szczęście dobry człowieku, przypomniałeś mi, że jestem śmieciem, który nic nie potrafi! Słuchaj, może się jeszcze położę, a ty mnie skopiesz, co? Jak szaleć, to szaleć!

11. "Użalanie się nad sobą nic nie da, idź się zabij najlepiej" - Przeważnie widnieje w internetach, ale w życiu też się zdarza. Czuję w moczu, że pod tym postem też coś takiego się pojawi [patrz: PS]. Jak nic nie da? Jest mi od czasu do czasu ciężko, podobno nie wolno tego tłumić, bo będzie jeszcze gorzej. Wyżalenie się bywa pomocne. Choćby i w internecie. Część druga... Ale wiecie, że a) podżeganie do samobójstwa jest karalne b) jeśli mówicie takie rzeczy człowiekowi pogrążonemu w rozpaczy, któremu myśli bądź poważne próby samobójcze nie są obce, to może posłuchać? Jeśli masz gadać komuś takie rzeczy, to lepiej nic nie mów. Poważnie. 

12. Wspomniane na początku "coraz więcej tych zaburzeń, łomujborze, wszyscy jesteśmy chorzy" - no cóż, kolego, jeśli czujesz się zaburzony, to porozmawiaj o tym z jakimś fachowcem. Ludzie są różni, wszyscy mamy swoje dziwactwa i temperamenty. O zaburzeniu/chorobie per se mowa wtedy, gdy te dziwactwa zaczynają człowiekowi i/lub jemu otoczeniu poważnie utrudniać życie. 

Podsumowanie? Sama nie wiem. Nie chcę litości, współczucia czy klepania po pleckach... Może kiedyś tak było, zaiste (patrz: byłam kretynem), teraz chcę tylko wyzdrowieć tyle, na ile to możliwe. Mam tylko jedno przesłanie:

Trenerzy, coache i "mundrzy": Odwalcie się od chorych. Przestańcie im wmawiać, że to ich wina. Nie są winni w większym stopniu niż chorzy na dowolną inną chorobę przewlekłą. Zdzierajcie kasę pomagajcie swojej grupie odbiorczej. Chorych zostawcie lekarzom. Kierujcie ich do mądrzejszych od siebie, bo jeszcze zrobicie komuś krzywdę. To nie są żarty. 

Aha, nie neguję w żaden sposób, że nastawienie pacjenta do leczenia jest niesamowicie ważne. Jednak zmiana sposobu myślenia, który utrwalał się nierzadko przez całe lata nie jest taka prosta i nie da się tego zrobić tego tak, o - pstryk - na zawołanie. To ciężka praca dla terapeuty i pacjenta. To, że psychiki nie widać nie znaczy, że nie można w niej narobić poważnych szkód nieumiejętnym dłubaniem. A dołowanie pacjenta i mówienie, że to jego wina, bo nie potrafi wyzdrowieć chyba można podciągnąć pod nieumiejętne dłubanie. 

Swoją drogą, antywacki by zbladły na widok ulotek tych leków, które biorę. Są tam takie fajne skutki uboczne, jak: zespół serotoninowy, myśli samobójcze, otumanienie, spadek libido, senność, padaczka i pierdyliard przeciwwskazań, jeśli chodzi o łączenie z innymi i nie tylko, łiiiiiiii... (pewnie sama posikałabym się w gacie, gdyby nie pewne pojęcie o ulotkach, które starałam się wtłoczyć antywackom... Nauka waszym przyjacielem, przytulcie ją do serca!).  W ogóle wokół psychotropów narosło w wuj idiotycznych mitów. Na szczęście inni zdążyli je obalić, więc ja nie muszę, ale zapraszam do czytania. Nie, nie twierdzę, że to złoty środek na wszystko i wszystkich, żaden sensowny lekarz psychiatra też tego nie powie. Każdy jest inny, więc zainteresowany niech wszystkie wątpliwości konsultuje z fachowcami (znowu: takimi z wykształceniem i kwalifikacjami, a nie samozwańczymi szarlatanami czy doktorem Google. Tak, brzmię jak zdarta płyta, wiem o tym). 
 
PS: Tak raz jeszcze przypomnę: owszem, narzekam, zaiste. Dziwicie się? Mamy taką kulturę, która BARDZO kładzie nacisk na dogadywanie się z ludźmi, formy autopromocji, ekstrawersję itd. Masz gadane - rządzisz. Człowiek zaburzony pod względem komunikacji międzyludzkiej... zgadza się, ma przejebane. Więc to chyba nic dziwnego, że nieraz ogarnia mnie delikatnie mówiąc, pewna frustracja. Nie jestem zwolennikiem cenzury na blogaskach, ale tym razem robie wyjątek: komcie przypominające top 12 mądrości wyżej będą usuwane i chuj. Pod tym wpisem przynajmniej. Konstruktywna krytyka - tak, jak najbardziej, za taką jestem i będę wdzięczna zawsze. Ale nasłuchałam się głupot w realu, nie będę ich wysłuchiwać w moim zakątku sieci. Poza tym to mój blogasek i wolno mi robić takie rzeczy. Po co ja się w ogóle tłumaczę, Boru.