sobota, 14 marca 2015

XX = XY



Ostatnio jak próbowałam poruszać jakieś tematy społeczne, odniosłam dość spektakularną porażkę. Post został wyedytowany, ale skaza na honorze pozostanie. Pewnie tym razem też tak będzie, ale wprawa czyni miszcza, nie? 

Post jest inspirowany akcją panów, którzy powdziewali kiecki w celu protestu przeciwko obwinianiu ofiar gwałtu. Mam mieszane uczucia. Nie, do samej inicjatywy nic nie mam, jest genialna i gorąco ją popieram, chodzi mi raczej o odbiór społeczny (tak, znów będzie gorzki ból anusa, jak to wszyscy są źli i niedobrzy, tak tylko uprzedzam). Zaraz rozwinę.

Walnę dużymi literami dwa słowa, które z jakiegoś powodu są gwarancją oplucia, a co najmniej gównoburzy co jest bardzo dziwne i w ogóle tego nie rozumiem:

Jestem feministką.

Nie, nie pragnę kastracji wszystkich samców na tej planecie i nie rażą mnie seksistowskie kawały opowiadane przez kolegów (to najmniejszy kaliber, jak dochodzimy do martwych płodów to się dopiero dzieje...), dopóki wiem, że to są wszystko głupie żarty i nikt tak naprawdę nie myśli. Nie uraziła mnie nawet ta scena z Metro Last Light ze striptizem, o której mówi Angry Joe w swojej recenzji. Nie trzeba być geniuszem reklamy (którym oczywiście jestem, obroniłam dyplom w liceum na piątkę), by wiedzieć, że produkt ma zazwyczaj docelową grupę odbiorczą - a cóż poradzić, że postapokaliptyczna strzelanka ze zmutowanymi potworami była kierowana raczej do chłopców niż dziewczyn, czy słusznie - to osobny temat rzeka, nie chcę tu poruszać miliona rzeczy naraz, mam słabą podzielność uwagi. Ogólnie nie jestem za bardzo za wciskaniem poprawności politycznej gdzie się da, bo wszystko stałoby się prawdopodobnie potwornie miałkie (w tej grze byli też pieprzeni komuniści i Naziści... Nie wiem, jako obywatel kraju dręczonego przez obie wyżej wymienione grupy może też powinnam się obrazić, czy coś...). Chociaż reklamy gdzie się wciska cycki dla samej idei cycków mnie drażni niemożebnie. Ani to sensowne ani estetyczne.

Nie uważam się OSOBIŚCIE za jakoś bardzo uciśnioną, mogę się uczyć, mogę pracować, mogę głosować. Na tych polach jakoś nie miałam problemów póki co. Teoretycznie mogę robić, co mi się żywnie podoba. A w praktyce...?  

Cóż, wszystko się rozchodzi o drobiazgi. Które nieraz drobiazgami nie są lub są tylko pozorne.

Weźmy chociażby te gwałty. Nie chcę się rozpisywać o obwinianiu ofiar za bardzo, bo temat był i jest maglowany wzdłuż i wszerz i chyba zawsze powoduje dyskusje na kilka tysięcy kilometrów. Z jednej strony "oczywiście, gwałt jest zły, ALE..." i tu się robi ciekawie: ale bez przesady, ale trzeba uważać, ale nie można kusić losu, ale trzeba się umieć bronić, ale nie można zachęcać małolat do paradowania z cyckami na wierzchu(?!)... A kto o tym pisze, kto się z tym nie zgadza? Kobiety, często te złe i niedobre, okropne feministki. A tu proszę, wystarczy, że panowie założą kiecki i nie dość, że większość internetów to popiera (ja też, naprawdę, bez cienia szydery) i praktycznie gównoburz nie ma. Ponieważ to... panowie, nie panie...? Poza tym, to dość niesamowite jakie zdziwienie wywołuje zwyczajny facet w kiecce, nie transwestyta nawet. A wiecie, że spódnica pierwotnie była strojem dla panów właśnie? I Polska podziwia, Polska docenia... coś, co powinno być normalne. Smuci mnie to trochę. Co mnie ujęło w wypowiedzi pana Mateusza, to jak doświadczył tzw "seksizmu pozytywnego" (choć nic pozytywnego jak dla mnie to nic w nim nie ma za bardzo). 

Właśnie o tym chciałabym szerzej napisać. Bo doświadczyłam tego na własnej skórze i to było straszne. A wydaje mi się, że wiele osób podchodzi do tematu na zasadzie "równouprawnienie tak, ale kobiety mają pierwszeństwo, gdyż ponieważ kultura, a feministkom się przewraca w dupach". Cóż... zapraszam do przeczytania anecdaty:
Dorabiałam ja sobie na ulotkach, to była moja pierwsza praca wakacyjna. Praca koszmarna, praktycznie bezużyteczna w czasach internetu, pieniądze psie i poczucie, że cały świat cię nienawidzi. Ale to nieważne. Ważna jest sytuacja, gdy kolega z jakiejś przyczyny mi powiedział, że mam ładne cycki. Poprosiłam go, żeby się powstrzymał od takich uwag. I na tym powinno się zakończyć, ale się nie zakończyło. Do "afery" wtrącił się drugi kolega, ja odpalając jednego papierosa od drugiego chyba godzinami tłumaczyłam(!!!), czemu mnie to uraża i dlaczego sobie takich tekstów nie życzę. Musiałam iść ze skargą do szefa, bo do kolegów NIC nie docierało. Szef wykazał się nieco większą empatią i kazał im się ode mnie odwalić (choć sam od czasu do czasu tyrał, że "taka ładna, młoda dziewczyna nie powinna palić" - a co, bardziej mi to szkodzi niż staremu, brzydkiemu facetowi, czy co? Chyba na odwrót jak już?). Cały dzień i kilka dni po czułam się okropnie, a do tego doszła dezorientacja "kurde, może jednak niepotrzebnie tak przeżywam...?" Zwłaszcza, że jeden z nich zadzwonił do swojej dziewczyny i też stwierdziła, że robię aferę o nic. Nie, do diabła, to naruszyło moją cholerną granicę i to nie jest "nic". W każdym razie do końca pokazywałam się w pracy głównie w o wiele za dużych T-shirtach do kolan. Żeby się chronić. 

Wiem, jak zareagują przynajmniej niektórzy komcionauci (choć póki co na Uniwerku pokazują się głównie inteligentni i mądrzy ludzie, co mnie bardzo cieszy): "nie podobali ci się, dlatego źle się czułaś". Nie, nie i jeszcze raz nie. Takie teksty są zwyczajnie orydynarne, naruszają w pewnym sensie moją intymność i choćby wypowiedział je sam Leonardo di Caprio czy kogokolwiek się tam uważa za przystojnego, powinien właściwie otrzymać ode mnie plaskacza w pysk. Hej, poza cyckami mam też inne części ciała! Serio! Mózg też! Nie mnie oceniać, jak działa, ale chyba nie szwankuje aż tak bardzo.  
Problem tkwi w jakiejś niemalże średniowiecznej mentalności. Zaryzykuję tezę, że większość pań pewnie miała przynajmniej w szkole takich miłych kolegów, co to za warkocze ciągnęli, pod spódnicę zaglądali czy coś w ten deseń. Najprawdopodobniej gdzieś w okresie gimnazjalnym, kiedy człowiek i tak ma kiełbie we łbie, a tu jeszcze hormony urządzają sobie rollercoaster. A gdy próbowały się poskarżyć, to pewnie słyszały coś w stylu "ee tam, podobasz mu się, to zaczepia"; "oj tam oj tam, końskie zaloty". Jak powie, że nie życzy sobie łapania za tyłek to uznają za sztywną, cnotkę niewydymkę i cholera wie co jeszcze. A to dla młodych dziewczyn koniec świata - i nie, nie wyśmiewam, przechodziłam ten syf cały nie tak dawno temu i pamiętam, jak to jest. Z drugiej strony - liczba partnerów seksualnych większa od zera to od razu dziwka, łatwa i puszczalska. A co dopiero przyznać się do przygody na jedną noc... Zezwierzęcenie, to straszne, łomujborze, upadek obyczajów. Ale do gwałtu to prowokują, bo FACETOWI wolno być zezwierzęconym i nie panować nad własnym fiutem (coś jak dysonans poznawczy antywacków, hipokryzja level hard). Z trzeciej strony, kobieta powinna nosić spódnicę, bo spodnie są niemoralne (Fronda, man. Zryje ci banię. Aż mi się przeglądarka zawiesiła).

Och, nie twierdzę, że ci wszyscy chłopcy wyrosną od razu na gwałcicieli, mam nadzieję, że większość jednak z tego wyrasta i się wstydzi. W końcu stereotyp ojca, który nie da się chłopakowi zbliżyć do córki na odległość krótszą niż długość lufy posiadanej strzelby nie wziął się znikąd. Ale to nie jest rozwiązanie. Choćby dlatego, że nie zawsze da się przy córce być. Pamiętacie może dziewczynę, która się powiesiła po zmolestowaniu przez bydlaków ze swojej klasy na oczach wszystkich? Bo ja tak. I pamiętam, jak Giertych próbował bohatersko coś zdziałać w tej sprawie poprzez wprowadzenie mundurków. Może istniało głupsze rozwiązanie, ale nie udało mi się takiego wymyślić. W sumie, mogły być burki. Ups, przecież kobiety w burkach też są gwałcone. Pewnie mrugają prowokacyjnie, kurwa. Nie żebym była zwolennikiem strojenia się do szkoły czy pracy jak na imprezę w klubie, ale... mundurki wszystko załatwią, serio? W kwestii przemocy? WTF? Czy istnieje wyraźniejszy obraz tego, o czym dziś mowa? Kiecki ubierają, malują się - wsadźmy je w mundurki. Nic nie mówię, ale w Japonii mundurki są obowiązkowe od bardzo długiego czasu... hm, bardzo pomagają, jak widać na przykładzie:

Fail, epic fail. Tu trzeba zmienić myślenie. Japonia jest jaka jest, ma dosyć specyficzne prawo, ale jak coś - to ścigają i nie ma, że to, że tamto.

Super, jak zwykle się rozpisałam w temacie na który miałam się nie rozpisywać. Hell yeah. Więc wroćmy do tych komplementów, żeby nie było niedomówień...

Bez przesady w drugą stronę. Teksty w stylu "ładna kiecka, ładna fryzura" przynajmniej jak na moje są spoko. Przynajmniej wiem, że komplementujący uważa, że mam dobry gust. Hurra. Ale ich miejsce jest raczej w życiu prywatnym, a nie zawodowym. No i o wiele bardziej mnie cieszą komplementy (czy krytyka, byle konstruktywna) rzeczy na które wpływ mam: obrazki, praca i tak dalej. O, wtedy to się czuję autentycznie doceniona, bo generalnie mam wylane, czy się komuś podobam, przynajmniej dopóki ten ktoś nie jest moim partnerem. Wtedy mogę nawet nogi ogolić czasami, jeśli komuś bardzo zależy i niech docenia to poświęcenie, o. 

Podobnież, jeśli kolega mnie wyręczy w dźwiganiu np. skrzynki z piwem, to odłożę dumę do kieszeni i nie będę toczyć bojów. Mam ektomorficzną budowę, fatalną kondycję i Schwarzeneggerem nie zostanę, choćbym zamieszkała na siłowni. Ale jakby co, to sobie z tą skrzynką poradzę. Albo poproszę koleżankę. Potraktuję to nie jako wyraz samczej dominacji, tylko jako zwyczajną, ludzką pomoc słabszemu, którą osobiście staram się uskuteczniać, jeśli mogę. Ale jeśli ktoś otwiera przede mną drzwi, a ja nie jestem obładowana jak wielbłąd to podziękuję i puszczę przodem. Czasem dochodzi do kuriozalnych sytuacji, gdy "dżentelmen" się upiera przy swoim. Jak widać, nawyki trzymają mocno. I proszę mi się nie tłumaczyć kulturą, ja sobie z tymi drzwiami naprawdę poradzę. Kulturalnie można na przykład przeprosić za słowa/zachowania których ktoś nie chce i nie powtarzać ich, a nie wmawiać, że histeryzuje bez sensu. Ładnie to opisał Zombie Samurai.
Z uwzglednieniem tego, że ofiara nie ma bladego pojęcia, co robić i osoba postronna też nie bardzo.

Jestem kobietą, świadczy o tym podwójny chromosom X i nic więcej*. Nie chcę mieć z tego tytułu ani żadnych przywilejów ani nieprzyjemności. Tradycja? Chwila, poszukam takiej, która by mnie obchodziła... Ee, nie, przykro mi, nic. Kultura? Wykażecie się nią traktując mnie jak człowieka. Po prostu. 

A jeśli wciąż jest niejasne, jakie mam odczucia co do akcji, to mam dla szanownych panów prezent, może się spodoba. I w tym przypadku odkładam dumę do kieszeni, bo to jest rzecz ważna, zbyt ważna. Oby coś się zmieniło, choćby o milimetr. Gratuluję inicjatywy, doceniam i dziękuję. Bo najwyraźniej jest to potrzebne. Bo jednak jestem bardziej prawdopodobną potencjalną ofiarą. I chciałabym nie musieć się upewniać, że nie zapomniałam gazu z domu. Za każdym razem mając nadzieję, że mi sie jednak nie przyda...
Tak, dobrze widzicie, to ja w wersji męskiej i po przypakowaniu na siłce. Niezgłębione są meandry wyobraźni plastyka, powiadam.

*Mam nadzieję, że to nie uraziło żadnych transseksualnych osób.

7 komentarzy:

  1. O, tym razem to był naprawdę niezły wpis na tematy społeczne. Ale ja mogę nie być obiektywna, też jestem feministką ;)
    Co do gwałtów natomiast, to wizja tego typa w ciemnej uliczce, co czeka na tę przysłowiową nie umiejąca się bronić, kuszącą los laskę która nie wraca taksówką powraca tak często, że mnie to przeraża. Bo to wskazuje, że dyskusja jest całkowicie odklejona od rzeczywistości, gdzie gwałty w większości przypadków są popełniane przez osobę znaną ofierze, w jej domu. A jeśli już przez osobę obcą, to częściej tam, gdzie ludzie bywają - na parkingach, w okolicy przystanków autobusowych, a nie w ciemnym parku o północy. W ten sposób mamy trochę walkę z chochołem - padają setki slut-shamingowych komentarzy o tym, że kobiety się proszą, a nikt się nie zastanowi, że problem może leżeć gdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nie wolno się poddawać, tylko wprawiać i uczyć na błędach ;) Ojej, tobie też się poprzewracało w dupie :( chodź, obierzmy kilka ziemniaków, może to pomoże.

      Ech, date-rape to też temat rzeka. No, ale skoro w związku to nie gwałt... Prostytutki też się nie da... Ale mówię, nie chciałam się aż tak rozdrabniać. Chciałam się skupić ogólnie na myśleniu społeczneństwa. Znaczy, nie oszukujmy się, idioci oraz psychopaci są i będą, ważne, żeby było ich mniej...

      Usuń
  2. Nie tylko prostytutki sie nie da zgwalcic. Zapomnialas ze faceta tez nie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt. Się nie da. Jak w pysk. Generalnie akcja według mojej interpretacji jakby "szyderzy" też z tego społecznego punktu widzenia. Czytałam kiedyś taki artykuł... coś o wkładzie od długopisu w penisie (mężczyzna gwałcony przez dwie kobiety)... brrr.

      Usuń
    2. Mam wrazenie ze predzej juz w prostytutke niz faceta uwierza... O dlugopisie tez slyszalem i to rownie glupie jak niesmaczne.

      Usuń
  3. Bardzo podoba mi się ten post, nie komentowałam, ale to zrobię, bo komentarze o treści przytakującej też mają znaczenie. Dziękuję za ten tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam tą molestowaną dziewczynę, która się powiesiła. Rozmawialiśmy z nauczycielem na ten temat.
    Powiedział coś w stylu biedni chłopcy, przecież nawet nie wiedzieli co robią.

    OdpowiedzUsuń

Podobnie jak wszelkiej innej nauki alternatywnej, nie toleruję ortografii alternatywnej. Literówka czy zabłąkany przecinek - spoko, ale komcie wypalające oczy nie będą tolerowane.