sobota, 14 marca 2015

XX = XY



Ostatnio jak próbowałam poruszać jakieś tematy społeczne, odniosłam dość spektakularną porażkę. Post został wyedytowany, ale skaza na honorze pozostanie. Pewnie tym razem też tak będzie, ale wprawa czyni miszcza, nie? 

Post jest inspirowany akcją panów, którzy powdziewali kiecki w celu protestu przeciwko obwinianiu ofiar gwałtu. Mam mieszane uczucia. Nie, do samej inicjatywy nic nie mam, jest genialna i gorąco ją popieram, chodzi mi raczej o odbiór społeczny (tak, znów będzie gorzki ból anusa, jak to wszyscy są źli i niedobrzy, tak tylko uprzedzam). Zaraz rozwinę.

Walnę dużymi literami dwa słowa, które z jakiegoś powodu są gwarancją oplucia, a co najmniej gównoburzy co jest bardzo dziwne i w ogóle tego nie rozumiem:

Jestem feministką.

Nie, nie pragnę kastracji wszystkich samców na tej planecie i nie rażą mnie seksistowskie kawały opowiadane przez kolegów (to najmniejszy kaliber, jak dochodzimy do martwych płodów to się dopiero dzieje...), dopóki wiem, że to są wszystko głupie żarty i nikt tak naprawdę nie myśli. Nie uraziła mnie nawet ta scena z Metro Last Light ze striptizem, o której mówi Angry Joe w swojej recenzji. Nie trzeba być geniuszem reklamy (którym oczywiście jestem, obroniłam dyplom w liceum na piątkę), by wiedzieć, że produkt ma zazwyczaj docelową grupę odbiorczą - a cóż poradzić, że postapokaliptyczna strzelanka ze zmutowanymi potworami była kierowana raczej do chłopców niż dziewczyn, czy słusznie - to osobny temat rzeka, nie chcę tu poruszać miliona rzeczy naraz, mam słabą podzielność uwagi. Ogólnie nie jestem za bardzo za wciskaniem poprawności politycznej gdzie się da, bo wszystko stałoby się prawdopodobnie potwornie miałkie (w tej grze byli też pieprzeni komuniści i Naziści... Nie wiem, jako obywatel kraju dręczonego przez obie wyżej wymienione grupy może też powinnam się obrazić, czy coś...). Chociaż reklamy gdzie się wciska cycki dla samej idei cycków mnie drażni niemożebnie. Ani to sensowne ani estetyczne.

Nie uważam się OSOBIŚCIE za jakoś bardzo uciśnioną, mogę się uczyć, mogę pracować, mogę głosować. Na tych polach jakoś nie miałam problemów póki co. Teoretycznie mogę robić, co mi się żywnie podoba. A w praktyce...?  

Cóż, wszystko się rozchodzi o drobiazgi. Które nieraz drobiazgami nie są lub są tylko pozorne.

Weźmy chociażby te gwałty. Nie chcę się rozpisywać o obwinianiu ofiar za bardzo, bo temat był i jest maglowany wzdłuż i wszerz i chyba zawsze powoduje dyskusje na kilka tysięcy kilometrów. Z jednej strony "oczywiście, gwałt jest zły, ALE..." i tu się robi ciekawie: ale bez przesady, ale trzeba uważać, ale nie można kusić losu, ale trzeba się umieć bronić, ale nie można zachęcać małolat do paradowania z cyckami na wierzchu(?!)... A kto o tym pisze, kto się z tym nie zgadza? Kobiety, często te złe i niedobre, okropne feministki. A tu proszę, wystarczy, że panowie założą kiecki i nie dość, że większość internetów to popiera (ja też, naprawdę, bez cienia szydery) i praktycznie gównoburz nie ma. Ponieważ to... panowie, nie panie...? Poza tym, to dość niesamowite jakie zdziwienie wywołuje zwyczajny facet w kiecce, nie transwestyta nawet. A wiecie, że spódnica pierwotnie była strojem dla panów właśnie? I Polska podziwia, Polska docenia... coś, co powinno być normalne. Smuci mnie to trochę. Co mnie ujęło w wypowiedzi pana Mateusza, to jak doświadczył tzw "seksizmu pozytywnego" (choć nic pozytywnego jak dla mnie to nic w nim nie ma za bardzo). 

Właśnie o tym chciałabym szerzej napisać. Bo doświadczyłam tego na własnej skórze i to było straszne. A wydaje mi się, że wiele osób podchodzi do tematu na zasadzie "równouprawnienie tak, ale kobiety mają pierwszeństwo, gdyż ponieważ kultura, a feministkom się przewraca w dupach". Cóż... zapraszam do przeczytania anecdaty:
Dorabiałam ja sobie na ulotkach, to była moja pierwsza praca wakacyjna. Praca koszmarna, praktycznie bezużyteczna w czasach internetu, pieniądze psie i poczucie, że cały świat cię nienawidzi. Ale to nieważne. Ważna jest sytuacja, gdy kolega z jakiejś przyczyny mi powiedział, że mam ładne cycki. Poprosiłam go, żeby się powstrzymał od takich uwag. I na tym powinno się zakończyć, ale się nie zakończyło. Do "afery" wtrącił się drugi kolega, ja odpalając jednego papierosa od drugiego chyba godzinami tłumaczyłam(!!!), czemu mnie to uraża i dlaczego sobie takich tekstów nie życzę. Musiałam iść ze skargą do szefa, bo do kolegów NIC nie docierało. Szef wykazał się nieco większą empatią i kazał im się ode mnie odwalić (choć sam od czasu do czasu tyrał, że "taka ładna, młoda dziewczyna nie powinna palić" - a co, bardziej mi to szkodzi niż staremu, brzydkiemu facetowi, czy co? Chyba na odwrót jak już?). Cały dzień i kilka dni po czułam się okropnie, a do tego doszła dezorientacja "kurde, może jednak niepotrzebnie tak przeżywam...?" Zwłaszcza, że jeden z nich zadzwonił do swojej dziewczyny i też stwierdziła, że robię aferę o nic. Nie, do diabła, to naruszyło moją cholerną granicę i to nie jest "nic". W każdym razie do końca pokazywałam się w pracy głównie w o wiele za dużych T-shirtach do kolan. Żeby się chronić. 

Wiem, jak zareagują przynajmniej niektórzy komcionauci (choć póki co na Uniwerku pokazują się głównie inteligentni i mądrzy ludzie, co mnie bardzo cieszy): "nie podobali ci się, dlatego źle się czułaś". Nie, nie i jeszcze raz nie. Takie teksty są zwyczajnie orydynarne, naruszają w pewnym sensie moją intymność i choćby wypowiedział je sam Leonardo di Caprio czy kogokolwiek się tam uważa za przystojnego, powinien właściwie otrzymać ode mnie plaskacza w pysk. Hej, poza cyckami mam też inne części ciała! Serio! Mózg też! Nie mnie oceniać, jak działa, ale chyba nie szwankuje aż tak bardzo.  
Problem tkwi w jakiejś niemalże średniowiecznej mentalności. Zaryzykuję tezę, że większość pań pewnie miała przynajmniej w szkole takich miłych kolegów, co to za warkocze ciągnęli, pod spódnicę zaglądali czy coś w ten deseń. Najprawdopodobniej gdzieś w okresie gimnazjalnym, kiedy człowiek i tak ma kiełbie we łbie, a tu jeszcze hormony urządzają sobie rollercoaster. A gdy próbowały się poskarżyć, to pewnie słyszały coś w stylu "ee tam, podobasz mu się, to zaczepia"; "oj tam oj tam, końskie zaloty". Jak powie, że nie życzy sobie łapania za tyłek to uznają za sztywną, cnotkę niewydymkę i cholera wie co jeszcze. A to dla młodych dziewczyn koniec świata - i nie, nie wyśmiewam, przechodziłam ten syf cały nie tak dawno temu i pamiętam, jak to jest. Z drugiej strony - liczba partnerów seksualnych większa od zera to od razu dziwka, łatwa i puszczalska. A co dopiero przyznać się do przygody na jedną noc... Zezwierzęcenie, to straszne, łomujborze, upadek obyczajów. Ale do gwałtu to prowokują, bo FACETOWI wolno być zezwierzęconym i nie panować nad własnym fiutem (coś jak dysonans poznawczy antywacków, hipokryzja level hard). Z trzeciej strony, kobieta powinna nosić spódnicę, bo spodnie są niemoralne (Fronda, man. Zryje ci banię. Aż mi się przeglądarka zawiesiła).

Och, nie twierdzę, że ci wszyscy chłopcy wyrosną od razu na gwałcicieli, mam nadzieję, że większość jednak z tego wyrasta i się wstydzi. W końcu stereotyp ojca, który nie da się chłopakowi zbliżyć do córki na odległość krótszą niż długość lufy posiadanej strzelby nie wziął się znikąd. Ale to nie jest rozwiązanie. Choćby dlatego, że nie zawsze da się przy córce być. Pamiętacie może dziewczynę, która się powiesiła po zmolestowaniu przez bydlaków ze swojej klasy na oczach wszystkich? Bo ja tak. I pamiętam, jak Giertych próbował bohatersko coś zdziałać w tej sprawie poprzez wprowadzenie mundurków. Może istniało głupsze rozwiązanie, ale nie udało mi się takiego wymyślić. W sumie, mogły być burki. Ups, przecież kobiety w burkach też są gwałcone. Pewnie mrugają prowokacyjnie, kurwa. Nie żebym była zwolennikiem strojenia się do szkoły czy pracy jak na imprezę w klubie, ale... mundurki wszystko załatwią, serio? W kwestii przemocy? WTF? Czy istnieje wyraźniejszy obraz tego, o czym dziś mowa? Kiecki ubierają, malują się - wsadźmy je w mundurki. Nic nie mówię, ale w Japonii mundurki są obowiązkowe od bardzo długiego czasu... hm, bardzo pomagają, jak widać na przykładzie:

Fail, epic fail. Tu trzeba zmienić myślenie. Japonia jest jaka jest, ma dosyć specyficzne prawo, ale jak coś - to ścigają i nie ma, że to, że tamto.

Super, jak zwykle się rozpisałam w temacie na który miałam się nie rozpisywać. Hell yeah. Więc wroćmy do tych komplementów, żeby nie było niedomówień...

Bez przesady w drugą stronę. Teksty w stylu "ładna kiecka, ładna fryzura" przynajmniej jak na moje są spoko. Przynajmniej wiem, że komplementujący uważa, że mam dobry gust. Hurra. Ale ich miejsce jest raczej w życiu prywatnym, a nie zawodowym. No i o wiele bardziej mnie cieszą komplementy (czy krytyka, byle konstruktywna) rzeczy na które wpływ mam: obrazki, praca i tak dalej. O, wtedy to się czuję autentycznie doceniona, bo generalnie mam wylane, czy się komuś podobam, przynajmniej dopóki ten ktoś nie jest moim partnerem. Wtedy mogę nawet nogi ogolić czasami, jeśli komuś bardzo zależy i niech docenia to poświęcenie, o. 

Podobnież, jeśli kolega mnie wyręczy w dźwiganiu np. skrzynki z piwem, to odłożę dumę do kieszeni i nie będę toczyć bojów. Mam ektomorficzną budowę, fatalną kondycję i Schwarzeneggerem nie zostanę, choćbym zamieszkała na siłowni. Ale jakby co, to sobie z tą skrzynką poradzę. Albo poproszę koleżankę. Potraktuję to nie jako wyraz samczej dominacji, tylko jako zwyczajną, ludzką pomoc słabszemu, którą osobiście staram się uskuteczniać, jeśli mogę. Ale jeśli ktoś otwiera przede mną drzwi, a ja nie jestem obładowana jak wielbłąd to podziękuję i puszczę przodem. Czasem dochodzi do kuriozalnych sytuacji, gdy "dżentelmen" się upiera przy swoim. Jak widać, nawyki trzymają mocno. I proszę mi się nie tłumaczyć kulturą, ja sobie z tymi drzwiami naprawdę poradzę. Kulturalnie można na przykład przeprosić za słowa/zachowania których ktoś nie chce i nie powtarzać ich, a nie wmawiać, że histeryzuje bez sensu. Ładnie to opisał Zombie Samurai.
Z uwzglednieniem tego, że ofiara nie ma bladego pojęcia, co robić i osoba postronna też nie bardzo.

Jestem kobietą, świadczy o tym podwójny chromosom X i nic więcej*. Nie chcę mieć z tego tytułu ani żadnych przywilejów ani nieprzyjemności. Tradycja? Chwila, poszukam takiej, która by mnie obchodziła... Ee, nie, przykro mi, nic. Kultura? Wykażecie się nią traktując mnie jak człowieka. Po prostu. 

A jeśli wciąż jest niejasne, jakie mam odczucia co do akcji, to mam dla szanownych panów prezent, może się spodoba. I w tym przypadku odkładam dumę do kieszeni, bo to jest rzecz ważna, zbyt ważna. Oby coś się zmieniło, choćby o milimetr. Gratuluję inicjatywy, doceniam i dziękuję. Bo najwyraźniej jest to potrzebne. Bo jednak jestem bardziej prawdopodobną potencjalną ofiarą. I chciałabym nie musieć się upewniać, że nie zapomniałam gazu z domu. Za każdym razem mając nadzieję, że mi sie jednak nie przyda...
Tak, dobrze widzicie, to ja w wersji męskiej i po przypakowaniu na siłce. Niezgłębione są meandry wyobraźni plastyka, powiadam.

*Mam nadzieję, że to nie uraziło żadnych transseksualnych osób.

środa, 4 marca 2015

Poczet liderów antywackowych

Pierwotnie post miał być zatytułowany "plastyk vs neurobiolog" ale wyszło, co wyszło. Podobno wszystkie te rzeczy wydarzyły się naprawdę.



Wdech, wydech. Jestem spokojna, jestem spokojna... W poprzedniej dosyć emocjonalnej notce próbowałam sprostować niektóre antywackowe bzdury. Wyraźnie wpadają w panikę i prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych rewelacji, byle by się tylko nie przyznać do błędu. Nie nadążam z wymyślaniem śmiesznych obrazków w takim tempie:

Rozumiem, fejm, te sprawy, bycie antywackowym celebrytą to nie byle co, ale tu chodzi o ludzkie zdrowie i życie, do jasnej cholery! Ups, spokojnie miało być. Wdech, wydech...

Ech... Jakby szanowna pani Majewska nie zaszkodziła już wystarczająco swoimi naciąganymi badaniami, wciąż publikuje jakieś spiskowe bzdury, których  debunkowanie będzie trochę jak odbieranie dziecku lizaka, ale czego się nie robi dla nauki... Uprzedzając nieuchronne oskarżenia o hipokryzję, że śmiem polemizować z panią PROFESOR: Pani Majewska to podręcznikowy przykład tzw. zjawiska przeniesienia autorytetu. I tak, mnie też jest przykro, że byle plastyk uzbrojony w zaledwie wyszukiwarkę Google i znajomość angielskiego jest w stanie obalić jej twierdzenia.



"Wiele wskazuje, że szczepionka MMR - nieskuteczna w ochronie przed chorobami, ale bardzo toksyczna i okaleczająca - zostanie wkrótce wycofana z rynku z tychże powodów."


Noooo, totalnie nieskuteczna, kij, że ostatnio bardziej takiej odry nie było niż była.  A skąd informacja o tym, że planują ją wycofać? Toksyczna i okaleczająca... Hę? Wiecie co, jako przykładny świadomy obywatel popatrzę sobie na skład [źródło]:
Świadomy obywatel jest cokolwiek leniwy i nie chce mu się przepisywać.


W czym problem? W "żywych, atenuowanych" wirusach? "Atenuowany" to rzeczywiście trudne słowo, ale Encyklopedia PWN służy pomocą:








"wirus atenuowany,
wirus sztucznie pozbawiony zjadliwości o zbliżonej budowie antygenowej, zwany macierzystym;
stosowany do wytwarzania szczepionek."


O tych "kontrowersyjnych liniach komórkowych" pisali już mądrzejsi ode mnie, po co się powtarzać. Wspomnę tylko, że nie skorzystanie z tej szczepionki nie uratuje magicznie płodów sprzed półwiecza, więc ten "argument" z punktu widzenia logiki nie ma racji bytu. Etyka to nie moja działka, cóż mogę rzec... mniejsze zło...?
 
Szczep Enders - Edmonston faktycznie może budzić pewne obawy w przypadku dzieci z silną alergią na białko kurze. Jak dobrze, że badania wskazują, iż nie ma się czym martwić.


Sorbitol - co jest złego w tym wszak organicznym związku chemicznym? Przecież to tylko coś na kształt słodzika... i w owocach jest...  I wielu, wielu innych produktach. Prawdopodobnie nawet antywacki zżerają tego na tony codziennie. I żyją. No, jedna osoba dostała po nim biegunki. Przez gumę do żucia.

Hydrolizat żelatyny - związek chemiczny będący efektem oddziaływania wody na żelatynę. Ponawiam pytanie: co w tym strasznego? Może jacyś bardzo ortodoksyjni weganie mogliby mieć obiekcje. No cóż: mniejsze zło?

Woda do wstrzykiwań - I jeszcze raz: co w tym strasznego? Nawet po ludzku napisali "woda", a nie straszą jakimś diwodorkiem tlenu. 

W "przeciwwskazaniach" wyczytamy: "uczulenie na neomycynę, która może być w śladowych ilościach". To o to chodzi? Czyżby ktoś otworzył Wikipedię i zakończył lekturę na słowie "toksyczność"? Guglu, guglu... o, jaka ładna stronka wyjaśniająca szczegółowo i przystępnie te zawiłości składowe. Tak jak myślałam, te śladowe ilości antybiotyku są po to, by jakieś bakterie czy inne paskudztwo się w szczepionce nie zalęgło. I stabilizuje antygen. Ja tam się cieszę. Czymś musieli zastąpić tą niedobrą sól sodową kwasu etylortęciosalicylowego. Gorzej dzieci w krajach rozwijających się...

Nawet w "działaniach niepożądanych" nie widzę nic szczególnie przerażającego, oprócz zapalenia mózgu, które zdarza się niesłychanie rzadko... i pytanie, czy to rzeczywiście na skutek. Szczerze? Zawsze czytam ulotki leków i ta jest naprawdę spoko w porównaniu z innymi, choćby Gripexem (*nadzieja mode on* może zaczną teraz hejtować paracetamol i odwalą się od szczepionek? *nadzieja mode off*).  

"Dlatego firma Merck na gwałt próbuje opróżnić swoje magazyny z tych szczepionek i uruchomiła globalną kampanię straszenia pandemią odry, choć zachorowało na nią ostatnio znacznie mniej osób niż chorowało w innych latach, i większości zachorowali zaszczepieni."
Podziwiam wyobraźnię. Tylko, że w realnym życiu jest to fikszyn bez sajensu.
Można do problemu podejść dwojako:

1. Zaprezentować eksperyment myślowy:
W szkole jest 100 dzieci. 95 szczepionych, 5 nie. Nagle wpada tam odra. Przyjmując skuteczność szczepionki na 95% (tak naprawdę to chyba więcej, ale dajmy pani profesor fory) 0.95 x 95 = 90.25. Zgodnie z prawami matematyki, należy zaokrąglić w dół. Czyli 5 dzieci zaszczepionych prawdopodobnie złapie odrę. Nawet dam fory i przyjmę, że z nieszczepionych zarazi się 4, bo jedno poszło na wagary czy coś (tak, wiem, to nie ma sensu z praktycznego punktu widzenia, ale mało które zadanie matematyczne ma). Więc tak, wychodzi 5>4. Więcej. Ale: 5/95 = circa 0.053. Natomiast 4/5 = 0.8. Zagadka: który ułamek jest większy...? (żeby nie było, widziałam to gdzieś w komciach u Sporothrix, ale nieco inne, pisałam z pamięci. Ale mam nadzieję, że widać o co chodzi. Zaszczepionych jest jednak wiecej, szczepionka czasem nie zadziała, więc oczywistym jest, że zachoruje więcej. Ale jak sie porówna ile % dzieci szczepionych zachorowało a ile nieszczepionych... ej, ta matma jednak fajna jest)

2. Lub też po prostu zalinkować do Europejskiego Centrum Zapobiegania I Kontroli Chorób,gdzie są dane z 2014 i pokazać palcem zdanie: W 2014 30 krajów z EU/EEA zgłosiło 316 przypadków zachorowania na odrę, wśród tych ze znanym statusem zaszczepienia 83.0% nie było nigdy zaszczepionych". Where is your God now...?

"To przypomina terror straszenia nieistniejącą pandemią świńskiej grypy z r. 2009, jak również skandal Mercka z zabójczym lekiem Viooxem, który został usunięty z rynku dopiero po kilku latach, kiedy zabił (tylko w USA) ponad 50 tysięcy ludzi, a u setek tysięcy wywołał zawały serca. Procesy sądowe ujawniły, że Merck celowo ukrywał wyniki własnych badań, które wskazywały na kardiotoksyczne działanie viooxa."

Jaki znowu terror? Żadnego terroru nie pamiętam. A, pewnie jak mi już powstrzykiwali te wszystkie rtęciowo-aluminiowe płody to wzorem Men In Black skasowali pamięć.

Było zagrożenie, były zalecane szczepionki, kto chciał to się zaszczepił. Być może panika była spowodowana pandemią tego samego wirusa zwanego w New Jersey w 1976 r. "Zabójczą grypą". Może dlatego, że od 19 stycznia do 9 lutego 13 osób posłała do szpitala i zabiła jedną (nie wydostała się poza Fort Dix). Naukowcy byli ponoć zaniepokojeni, bo wirus przypominał wirus grypy hiszpanki. Więc nie, to nie jest żaden wymysł z 2009 r. Do 2010 r. na świńską grypę zmarło circa 8,870 do18,300 osób.

Zresztą... co się będę produkować, zapytam szefa:

- Szefie, nie uwierzysz, ale niektórzy nadal mają pretensje za ogłoszenie tamtej pandemii.

- Ech... wy, ludzie, jesteście tacy bezsensownie skomplikowani... A co, jakbyśmy olali temat i H1N1 zabiłby tak z milion? Masz pojęcie, jaki TO byłby skandal? Ostrzegamy, uprzedzamy, nawet dajemy wam szczepionki - źle, bo sianie paniki; mówimy opierając się na badaniach, że ryzyko np. poważnego NOPA jest niewielkie i zdarza się bardzo rzadko - bagatelizujemy, ignorujemy, ukrywamy i opierniczamy się. Czego wy chcecie? Już byli tacy, co pozwali naukowców za trzęsienie ziemi*.

- Mnie nie pytaj, panie. A co mam powiedzieć tym, którzy odkryli waszą tożsamość?

- Porób jeszcze kilka wykresów w Photoshopie.

No, ale o czym to ja... "Zabójczy lek Vioox". Ciekawe, czego tym razem się dowiem

1. "Vioxx" a nie "Vioox".

2. Nie ponad 50 tys. tylko około 38. tys śmierci pacjentów zostało powiązanych z tym lekiem. Jakieś 160 tys. doznało uszczerbku na zdrowiu (nie jest opisane jakiego) po zażyciu leku. 50.000 osób wystąpiło o odszkodowanie w Luizjanie. 

3. Aha, powstała piękna teoria spiskowa o współpracy Mercka z FDA. A Ksenomorfów w tej bajce nie było...? (Mi wychodzi, że FDA się bardzo czepiała) Owszem, afera była nieziemska. (mam dostęp przez 2 tygodnie za free, szał) Wielu badaczy, czasopism się wmieszało, kłócili się chyba wszyscy ze wszystkimi... No i trzeba to uczciwie przyznać, portret Mercka jaki się z tego wyłania zbyt piękny w istocie nie jest. Wniosek: potwierdza się to, o czym napisałam w pierwszym wpisie o antywackach. Jeśli jakiś koncern dopuści się jakichś dziwnych machlojek albo przynajmniej ruchów, które machlojki przypominają - koledzy go natychmiast ustawią do pionu. Merck zresztą już zapłacił grube miliony (biliony nawet) rodzinom i w ogóle wszystkim... A ciekawe jest to, że rok później głosowanie konsultantów z USA i Kanady było ZA przywróceniem Vioxxu pod pewnymi warunkami i restrykcjami. Póki co, nie zrobiono tego. No, skoro przez zwykłe schizy społeczne wycofali z większości szczepionek Tiomersal...
A właśnie, bo to o szczepionce miało być. Co ma do tego szczepionka MMRII?
Nic. Oprócz Mercka szczepionkę tę produkują GlaxoSmithKline Biologicals (jako Priorix), Sanofi Pasteur (Trimovax), Serum Institute of India (Treivac). Tak, na pewno wszystkie się spiknęły, zrobiły zrzutę (rywalizacja, kasa, heloł?) i jeszcze przekupiły WHO. Bo to chyba WHO czy inne CDC jest od ogłaszania epidemii, a nie koncerny. Jestem właśnie na stronie MerckVaccines i niech mi ktoś wskaże gdzieś jakąkolwiek reklamę MMR. Choćby wzmiankę o niej. Nie widzę. Nic nie widzę.

"Teraz wiemy, że Merck ukrywał też wyniki badań wskazujące na neurotoksyczne działanie szczepionek MMR i brak ich skuteczności."
Kto wie, ten wie. Czy raczej wierzy. Naprawdę, takie rewelacje nadają się do jakiejś książki. Fantastycznej. Albo filmu... Z efektami specjalnymi, wielkimi robotami i potworami. Chętnie obejrzę. Eh... chodzi o ten śmieszny artykulik, prawda? Jeden z linków przeniósł mnie do kilku linijek o jakimś indywiduum, niejakim Thompsonie, co marudzi, że CDC nie ujawnia badań jakoby dowodzących związku szczepionek z autyzmem. Czy tylko mi sie wydaje, czy dla niektórych Merck i CDC to jedno i to samo?

Na szczęście Orac opisał bardzo szczegółowo ten cyrk cały. Stary, masz u mnie flaszkę.
Streszczenie napisane przez rektora Uniwersytetu im. Wujka Guggla: Zaczęło się od jakiegoś badania opisującego niby wzrost "zachorowań na autyzm" u afrykańskich dzieci, które otrzymywały MMR. Czasopismo jednak to "zdjęło" w celu re-analizy, bo jak chyba każdy antywackowy papier jest mało rzetelne, naciągane i w ogóle. Jego autor Brian Hooker (nie, wyśmiewanie się z nazwisk jest poniżej poziomu nawet tego bloga) nagrał o tym film z Wakefieldem. Bez potworów, bez efektów specjalnych... panowie, co to ma być, postarajcie się! W to wszystko Bór wie po co wmieszał się tzw. #demaskatorCDC (tak go ochrzciła antywackowa strona internetu w USA), czyli pracownik samego CDC William Thompson, który wypowiada się w tym filmie. Twierdzi, że Hooker nagrał go bez jego zgody, za to Wakefield "niechcący" zdradził tożsamość ich obu, jeśli dobrze rozumiem. Zdrada na zdradzie zdradę chędoży, powiadam. A mogła być z nich taka fajna ekipa :( No dobra, ale to nie blog o kiepskich yaojcach (nie, nie krytykuje, jest genialny, oby odżył). Abstrakt papieru obecnie można przeczytać tu. Mi brakuje w nim informacji o ilości tych dzieci... ciekawe, czy są to chociaż dziesiątki. Niech każdy sobie całą aferę skomentuje po swojemu. A miała miejsce jakoś w lecie zeszłego roku. Ja tu widzę analogię do braci Geier, obalonych przez Sporothrix jak i Barta.

"Miliony dzieci, które zachorowały na autyzm i zostały trwale okaleczane po tych szczepieniach jednak się nie liczą, bo ten argument jest w korporacyjnych mediach całkowicie przemilczany lub zakłamywany."
Wcale nie zaprosili Justyny Sochy do TVNu, żeby sobie pogadała z lekarzem... Antywackowych przedstawicieli w mediach jest - a może raczej było, bo chyba zmierzamy jednak ku lepszemu - dużo za dużo. Weltschmerz na temat "braku obiektywizmu dziennikarskiego" i ogólny płacz "buuu, nikt nas nie lubi" poruszałam w ostatniej notce. A krytyka pseudomedycznych głupot to żadna nagonka ani nienawiść, nawet jeśli ktoś użyje ostrzejszych słów. Po raz kolejny - jeśli ktoś jest idiotą i swoim idiotyzmem szkodzi społeczeństwu, to wręcz nie należy się wahać przed co najmniej nazwaniem go idiotą. Jeśli zobaczę kogoś jeżdżącego po pijaku, to mój cholerny obowiązek zgłosić to policji (a oj, rączki świerzbią jak czytam Sami-Wiecie-Kogo, słowo daję). Nikt nie dyskryminuje antywacków z racji koloru skóry, płci, ani wiary (nauka nie jest religią. Jeśli to sekta, to niewyznaniowa) tylko z racji ich oślego uporu, hipokryzji, zapatrzenia w siebie, egoizmu, braku otwartości na racjonalne argumenty, braku chęci do merytorycznej dyskusji, kłamstwa, manipulacje... mam dalej wymieniać? Nie każcie mi znowu zaczynać o autyzmie... Nie znaleziono żadnego związku, koniec, kropka, amen.

"Zyski po trupach dzieci - to nadrzędne hasło szczepiennego biznesu, maskowane pozorną dbałością o tzw. zdrowie publiczne. Społeczeństwo składa się z jednostek, a jeśli wiele z nich jest okaleczanych przez jakiś lek czy szczepionkę, to nie może być mowy o żadnym zdrowiu publicznym, nawet teoretycznie."
*zmęczona* Co to znaczy "wiele"? Te niesłychanie rzadkie przypadki reakcji alergicznych? 1: 1000 000 wstrząsów anafilaktycznych? Znowu - zapraszam do poprzedniej noci. Jeśli komuś tu zależy na zdrowiu dzieci to na pewno nie antywackom. Oni chcą, żeby ich dzieci chorowały, dążą do tego, organizując te swoje ospa-party, wysyłając sobie zaślinione lizaki i inne cuda (czy to nie podchodzi pod bioterroryzm czy coś?), bo to takie naturalne i totalnie bezpieczne. Bo żaden z nich nie słyszał o powikłaniach za ich czasów. A powiedzcie im o tych powikłaniach, to będzie, że straszycie i że totalnie się nie zdarzają. Brzmię jak zdarta płyta, znowu.

Generalnie Towarzystwo-Którego-Nazwy-Nie-Chcę-Wymawiać naprawdę osiąga całkowicie nowe levele. Nie dość, że z dziecka z alergią zrobili odrę poszczepienną, to się szpanią takim wykresikiem (zdobytym pewnie z takim samym poświęceniem, jak info o WHO z Wikipedii): 

Baaaardzo sprytne.I czego to dowodzi? Niczego. Poczekajmy sobie jeszcze trochę... Właśnie dzięki czujności Kuby dowiedziałam się, że ten zeszły rok był spowodowany drobną epidemią wśród nieszczepionych Romów. Co stawia szanowne towarzystwo w jeszcze gorszym swietle.

Oprócz Majewskiej, mają kolejną idolkę, którą lubią, bo coś ględzi o odrze poszczepiennej. Szybkie guglanie mnie przeraziło. Jakbym trafiła na lekarza, który by namawiał do homeopatii, chiropraktyki, osteopatii i lansował się na NaturalNewsach, to bym uciekła z krzykiem i zadzwoniła na policję, do sanepidu, FBI i w ogóle wszędzie. Nie, żeby to coś mogło dać... No, dobra, widzę, że się nie wymigam, już dopisuję do Google'a "Scholar"... Przytoczę artykuł z JAMA, przynajmniej pisemko ma piękne IF Factor, wiec nie powinno tu być jakichś strasznych głupot. Oby to nie był klon Wakefielda. Znaczy, abstrakt przynajmniej... No dobra, więc: "36 (97%) z 37 nieszczepionych miało wysypkę i podchodziło pod definicję odry CDC, ale 29 (15%) ze 129 zaszczepionych nie, głównie z powodu niskiej lub braku gorączki". Zatem: niewielki procent dzieci zaszczepionych może w istocie zarazić się odrą, ale choroba będzie miała łagodniejszy przebieg. I nie znaleziono dowodów, by dziecko zaszczepione (bez infekcji) zakażało innych tym nieszczęsnym atenuowanym wirusem. Więc twierdzenie, że to one zarażają - a tak, są tacy, co tak twierdzą - to 100% bullshit.

Cóż mogę rzec...? Jeśli ktokolwiek wierzy osobnikom jakie opisałam wyżej i traktuje ich słowa jako prawdę objawioną (Towarzystwo-Wzajemnej-Adoracji, na przykład) to... hm, miałam się powstrzymać od nadmiernego plucia jadem i personalnych wycieczek, ale GLaDOS nic takiego nie obiecywała. Niech się potężna A.I. w ziemniaku wypowie: 



Dziękuję, dobranoc.

*To tylko moja własna opinia odnośnie całej tej "afery", a raczej internetowych malkontentów. Nikt się z nią zgadzać nie musi. 

PS. Wrzucę tu sobie obrazek który już i tak łazi po sieci. Możecie go wkleić podczas jakiegoś flejmu gdy usłyszycie życzenie "a idź sam się zaszczep" czy cuś.