sobota, 28 lutego 2015

Przecież na odrę się nie umiera...



Stary obrazek. Ale pasuje. Tekst: Alice Cooper.




Witaj, czytaczu. Jeśli jesteś tu nowy, to prawdopodobnie po nagłówku już się zdążyłeś zorientować, że nie przepadam za antyszczepionkowcami. Jeśli przeczytałeś jakieś moje notki, to pewnie zauważyłeś również, że nie jestem specjalnie miła w stosunku do tych wszystkich głupot, które można znaleźć w Otchłani. Ale przysięgam, wcześniej starałam się trzymać język na wodzy. Dzisiaj nie zamierzam. Także, żeby nie było: post dla 18+ 

Myślałam, że ze strony antywacków (pun intended) nic bardziej wkurzającego niż ksiunszki niemieckich homeopatów (ostatnio znowu ją cytują na potęgę, więc zajrzyjcie, chyba warto) mnie nie spotka. O ja naiwna owca. Gościnnie wystąpi tu też naturopatka Megan ze Stanów. Screeny są z artykułu traktującego również o dziecku zmarłym na odrę, tylko że z 1990 r. (nadal się liczy). Do wydarzeń w Europie się nie odniosła. I bardzo dobrze, jeszcze tego by brakowało.

Odra z Disneylandu dotarła do Europy i już zebrała jedną ofiarę śmiertelną w Niemczech. I jest na najlepszej drodze do zabrania też dziewczynki z Polski. Co na to antywacki? Zaczęli się zastanawiać, czy może nie warto jednak szczepić? 

Porzućcie nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie... I łyknijcie coś na uspokojenie. Ostrzegam. Aha, na potrzeby artykułu użyłam brzytwy Ockhama i zakładam, że żaden z tych komciów nie jest trollingiem.

Oczywiście na oficjalnym funpejdżu stowarzyszenia zrzeszającego najtęższe umysły farmaceutyczno-medyczne tego kraju nie znajdziemy tych newsów. Znajdziemy wiele bzdur pro-odrowych z niemieckim homeopatą na czele. Nie dziwi mnie to ani trochę, coś takiego w psychologii nazywa się mechanizmami obronnymi (tu konkretnie jak na moje jest to klasyczne zaprzeczanie). Ego to rzecz krucha i cenna. Ale to wcale nie usprawiedliwia dezinformowania i pisania kompletnych głupot. Komcie, komcie prawdę mówią. Na wejściu dostałam taką oto mokrą szmatą w pysk:

CO, KURWA?! Co to jest?! Proepidemicy nigdy nie słynęli z pozytywnego, a przynajmniej sensownego przedstawiania autystów, ale to już jest zdecydowana przesada. Nie ma tam teraz tego komentarza, tak jak kilku innych, ale wiecie... Co raz trafiło do sieci może trafić na klawisz "Print Screen". Kurwa, jak tak można. Nie ma takich słów w całym internecie i wszystkich językach tej planety, żeby opisać moja odrazę. Po prostu nie ma. To nie jest śmieszne. Już raz pisałam, że jak na takich zatroskanych losem dzieci gówno wiedzą o autyzmie. I gówno się troszczą o te dzieci. Sami autyści są nimi zdegustowani (a przynajmniej ten), ale czy ich to obchodzi? Nieeeeeee (czego dowodzi antywacek pod zalinkowanym wpisem). Proszę, świetna strona na ten temat, może komuś się przyda.


Ochłonęliście? Monitory wciąż w jednym kawałku? No to przejdźmy do może mniej wkurwogennych, ale ani trochę przez to nie mądrzejszych komciów: 


Ja młoda jestem, odry nie miałam i nie znam osobiście nikogo, kto by miał. Mam wam dziękować za pokaz na żywo?

No pewnie, bo tylko oni potrafią zadbać o dzieci, prawda? Chelatacja i w ogóle... Ale nie uprzedzajmy. Powitajmy Megan, która też bredziła się wypowiadała m.in o witaminie A:
 
Przykłady pasują jak pięść do nosa. Boleśnie.

Pomijając rażący brak konsekwencji - przecież WHO manipulują Ksenomorfy i w ogóle:
"Nie każdy to wie" i link do Wikipedii. Łoł, szacun, zdobycie tej tajnej informacji musiało wiele kosztować.

 ...To zwykłe kłamstwo. Oto fragment, o który prawdopodobnie chodzi naszej naturopatce (ja tam polecam przeczytać jednak całość):
"All children in developing countries diagnosed with measles should receive two doses of vitamin A supplements, given 24 hours apart. This treatment restores low vitamin A levels during measles that occur even in well-nourished children and can help prevent eye damage and blindness. Vitamin A supplements have been shown to reduce the number of deaths from measles by 50%."
Nie mam powodów, żeby nie wierzyć WHO. Pani Megan, rodacy: witamina A może zapobiec śmierci. Szansa 1:2. Zagadka: Co natomiast zapobiega powikłaniom, śmierci ORAZ zachorowaniu gdzieś tak w 98%? Brawo, szczepionka!

Ale to nie jedyny problem, jaki mam... Megan, pozwól tu jeszcze:    

No pewnie, upubliczniajmy raporty z sekcji zwłok, bo pani naturopatka nie dowierza.

Wygląda na to, że antywacki jednak się czegoś nauczyły: korelacja nie oznacza przyczynowości. Szkoda tylko, że tylko wtedy gdy im pasuje. Można - a nawet trzeba - mieć wątpliwości, czy dziecko choruje na cośtam wskutek szczepienia, gdy nic takiego nie udowodniono. Ale, do ciężkiej cholery, jak bardzo trzeba zaprzeczać rzeczywistości żeby twierdzić, że dzieci zmarłe na odrę wcale nie zmarły na odrę (lub powikłania po tejże, żeby być precyzyjnym)? Najbardziej hardkorowe nołlajfy-gracze takiego levelu chyba nie osiągnęły. Ale przecież dzieci nie chorują przez brak szczepień...


Hm, źle pana nauczono. Mnie w podstawówce nauczono o bakteriach... wirusach... pasożytach nawet... bardzo niefajne rzeczy powodują. Nie cierpię dowodów anegdotycznych, ale antywacki je kochają, więc niech mi jakiś spróbuje wyjaśnić: dlaczego taka ja odżywiająca się w sposób skandaliczny, papierosy paląca i alkoholem etylowym nie gardząca, zaszczepiona na wszystko co się dało w Polsce i USA nie ma nawet pół alergii i choruje "poważniej" (znaczy na ogół, że spędzi kilka dni w łóżku biorąc paracetamol) raz na pół roku? Anyone? Według antywacków powinnam być chodzącym wrakiem i paść trupem po wypaleniu pierwszego fajka, który w przeciwieństwie do szczepionek, naprawdę zawiera trujące substancje w dawkach szkodzących zdrowiu długofalowo. Czekam, specjaliści od immunologii. 

A tak zupełnie serio: nie przeczę i nikt inny chyba też nie, że dobrze odżywiony organizm ma większe szanse poradzić sobie z chorobą w porównaniu do osłabionego, wygłodzonego. Jak wspomniałam w poprzedniej noci, niedobory substancji pokarmowych, zwłaszcza duże, mogą mieć i mają dość poważne konsekwencje: niedobór witaminy C = szkorbut, niedobór żelaza może prowadzić do anemii... Ale zobaczmy może artykuł z 1983 r. (mógłby być lepiej cytowany i nieco aktualniejszy, ale nic lepszego nie znalazłam): 

"Odra jest ostrzejsza i trwa dłużej u niedożywionych dzieci (artykuł mówi o naprawdę poważnie niedożywionych dzieciach, jak coś - przyp.moja), jednak ciężko jest zebrać rozstrzygające dowody z badań epidemiologicznych na znaczącą rolę niedożywienia w wywołaniu choroby i jego wpływ na naturalne przechorowanie wielu różnych innych rodzajów infekcji." 

Cóż, być może jest to pewna sprzeczność z moimi wywodami wyżej, ale randomizowaną próbę z użyciem suplementów z witaminą A przeprowadzono dopiero w 1990 r. (polecam przeczytać przynajmniej pierwsze zdanie abstraktu, ludziki od "łeeee, to taka łagodna choroba, nikt na nią nie umarł"). 

Generalnie jest to logika w stylu: będę do pracy chodzić 100 km pieszo, bo kiedyś nie było samochodów. A samochody są złe, bo powodują wypadki i stoi za nimi jakiś SPISEG. Nie no, co kto lubi, ale w ten sposób narażają innych ludzi. Głównie tych, którzy nie mogą zostać zaszczepieni z przyczyn ważniejszych niż "bo nie". Jeśli to nie zasługuje na potępienie, to ja już nie wiem, co zasługuje.
  
Wymiotować mi się chce również od wrzasków, że to szczepieni dorośli, w tym ja (nie miałam i nie mam odry, dziwne... co straciłam?), wszystkiemu winni. To bullshit (ktoś zdziwiony?). Odporność po szczepieniu na odrę nie jest krótsza niż 15 lat.  A badanie na wprawdzie małej próbce pokazuje, że i po 20 latach 95% szczepionych wciąż było odpornych. Zalecane szczepienia? Oczywiście, że jest zalecane doszczepianie się przez dorosłych przynajmniej w pewnych sytuacjach. Ma nie być, bo nie rozumiem? Organizmy bywają przeróżne, zdarzają się odporni na HIV... Chyba lepiej zapobiegać niż leczyć. A nawet najlepsze odżywienie przed samą chorobą ani powikłaniami za dobrze nie uchroni, czego już zdaje się, dowiodłam. 

Dużo też jest wycia o "odrze poszczepiennej". W przeciwieństwie do hmm, "nieposzczepiennej" Ksenomorfy jo ukrywajo:


Tak bardzo ją ukrywają, że piszą o niej na Szczepienia.info. Nawet w Encyklopedii PWN jest definicja "poronnej postaci choroby". Cholera, wstyd ich nazywać studentami Uniwerku Guggla, bo nawet tą wyszukiwarką się posłużyć najwyraźniej nie potrafią. Czy ten ich funpejdż to naprawdę jedyne miejsce w internecie na które wchodzą? Nie, nie chce mi się szukać poważniejszych artykułów, chciałam tylko wykazać, że jak na tak "uświadomionych" są dość mało, hm... świadomi. Nie, żeby to była jakaś nowość.  

A wiecie, co mnie jeszcze irytuje? Ich ból dupy pt. "oooo, nagonka na nieszczepiących, brak obiektywizmu dziennikarskiego (sic!) i blablabla". O tym zresztą już pisał nasz dzisiejszy gość, Megan, a Skeptical Raptor ją wyśmiał. Poszydźmy i my, Polacy. Chcą nagonki, mają nagonkę.

Uwielbiacie wyrywać zdania z kontekstu, prawda? 

Nie żeby do tego roku miała być eradykowana, czy coś...


Moje faworyty:
Przejrzeli nas! Przyjdo i rzucą na twarz mouthsuckera.

A urynoterapia? Media milczom! Skandal, spiseg, Ksenomorfy, aaa!

O cholerę chodzi (o odwrócenie uwagi zapewne, ale udam, że połknęłam haczyk)? Nie ja jedna pisałam o irytującym prawdopośrodkiźmie. Przecież antywackowi przedstawiciele są chyba w każdej jednej debacie o szczepieniach w TV. Bez wykształcenia medycznego i niczego, ale często z dzieckiem. Boli ich, że do napisania tego czy innego artykułu wyjątkowo NIE zaprosili jakiegoś niedouczonego spiskowca? A co to za różnica? I tak by lekarza/naukowca, który wie, o czym mówi oskarżyli o bycie opłaconym przez koncerny. Owszem, w istocie dyskusje potrafią przypominać nieraz dzieci rzucające się piaskiem na podwórku. Przykro mi, wszyscy jesteśmy ludźmi, a całkowita odporność na fakty i zapatrzenie we własne przekonania (z naciskiem na przekonania) niektórych osobników sprawiają, że sam Makaronowy Potwór by stracił cierpliwość. Bo ile można. No i na stronach "prowackowych" jeśli pozwolicie, banowane są co najwyżej najbardziej upierdliwe trolle, na ogół jednak się dyskutuje, cóż, że to niewiele daje. Ja jednakowoż cierpliwość straciłam, więc idąc za przykładem S.R  pokażę prześliczną #czerwonąkartusię:
 
Od tej typografii i kompozycji moje gałki oczne krwawią.
Bardzo życzliwi, nie? Jak to było... "Kto widzi źdźbło w oku bliźniego swego niechaj najpierw wyrzuci belkę z własnych gaci". Cytat nie mój, nie wiem czyj, ale jest adekwatny. 

Swoją drogą, hipokryzja tych ludzi jest zatrważająca i przebija nawet moją:


Dziecko po szczepieniu się wydziera przez kilka godzin: "OMG, KRZYK MÓZGOWY*, DZWONIĘ PO PRASĘ, ŚWIAT MUSI SIĘ DOWIEDZIEĆ!!1!". Dziecko umiera na odrę: "oj tam oj tam, przecież to o niczym nie świadczy". Tak, mowa o tych samych osobnikach, które chętnie wypytują "zwolenników szczepień" (hej, jestem też za aborcją i operowaniem wyrostka! Reanimację też popieram, super sprawa!), czy mają dzieci, a w przypadku odpowiedzi przeczącej każą im siedzieć cicho, bo to nie ich sprawa.

*Tak, jest coś takiego jak krzyk mózgowy, ale jest objawem jakiejś zaawansowanej choroby neurologicznej i sam z siebie raczej nie występuje. 

Hm, używając antywackowej retoryki: idźcie do rodziców tych dzieci. Powiedzcie im prosto w oczy, że histeryzują bez sensu. I nie zapomnijcie ich pochwalić za nieszczepienie. Wyzywam was. Jeśli to zrobicie, otrzymacie od rektora Uniwersytetu im. Wujka Guggla piwo. Homeopatyczne, rzecz jasna, inne są niezdrowe.

Ah, jeszcze o niemieckim homeopacie, żeby posypać ranę solą. Korzystając z okazji, postanowiłam się dowiedzieć u źródła, co autor miał na myśli pisząc "Kesselring [2990]". Teoretycznie powinien być to rok, ale może pan Martin RozkazRozstrzelania używał jakiegoś innego klucza, którego zwykły plastyk nie rozgryzł i będzie musiał usunąć swój jakże zacny debunk? 



Poczułam się olana... :(

Mieli dużo czasu na odpowiedź. Jeśli się jakiejś doczekam, to chętnie wrzucę. Aczkolwiek śmiem wątpić. Komcie usunęłam, po co sobie problemy robić. Skoro zostały zignorowane... I tak, wiem, że to jakaś literówka. Ale tu chodziło o zbadanie reakcji. Takie kompletne olanie czytelnika też o czymś świadczy. A myślałam, że trzeba pytać i weryfikować. 

I zwróćmy uwagę, jak to "alergia" (tak, jest możliwa reakcja alergiczna, nikt tego nie ukrywa) stała się nagle tą legendarną, ukrywaną "odrą poszczepienną". Zresztą zdjęcie tego dziecka, które zakryłam z ludzkiej przyzwoitości (bo co ono winne) teraz wisi na ich funpejdżu pod zachętą do zgłaszana odry poszczepiennej. Hm... co to było o manipulacji? 

W jednym jednakowoż wyjątkowo się zgadzamy:
Ad2: a może... Ksenomorf?!

Hmmm. Macie rację. Zarówno "antyszczepionkowcy" jak i "proepidemicy" to zbyt ładne i wyrafinowane określenia. Nazywajmy rzeczy po imieniu, za pediatrą: pasożyty immunologiczne i tyle.
Pediatra mówi obrazowo, a ja tworzę obrazki.

Ale odporność zbiorowa jak widać przestaje działać. I co wtedy? Może kryształy jakieś...?

I jeszcze, zanim antywacki rzucą się do klawiatur/telefonów... Prawo cytatu, bitch. Nic na mnie nie macie. Napisaliście, co napisaliście? Trzeba było nie pisać. To teraz się wstydźcie. A zresztą, przecież wiecie, ja tu tylko pracuję. Zatem wszelkie skargi proszę kierować do moich chlebodawców. Ale uprzedzam, bardzo nie lubią, gdy im się zawraca głowę z byle powodu... 
Czy nowy film o Obcych może być o Ksenomorfach zżerających Otchłań? Proszę?

Ale oczywiście, to wszystko wcale nie jest śmieszne...

Ile jeszcze dzieci musi umrzeć, żeby dotarło? Na co? W imię czego, do ciężkiej cholery?!

czwartek, 19 lutego 2015

Jagódki, chlorofil i mrówki

Image and video hosting by TinyPic

Altmed to jednak dziwne środowisko jest. Strasznie niespójne. Z jednej strony: zdrowe odżywianie, dużo sportu i nawet rak ci niestraszny, z drugiej - pokażą jakąś tabletkę, płyn, cokolwiek, byle naturalne (JAK tabletka może być naturalna, przecież... a co tam, chrzanić logikę) i lecą jak muchy do... lepu. Nie tylko oni zresztą.

Mowa o suplementach.

Suplementy same w sobie nie są złe. Sama się leczyłam z anemii przy pomocy tabletek z żelazem. Tyle, że lekarz mi kazał. Ale altmed stanowczo przecenia ich możliwości. I jednocześnie nie docenia, bo - powtarzam - chrzanić logikę. Upatrzyłam sobie kilka suplementów, które zamierzam tradycyjnie bezczelnie wyśmiać i rozszarpać. Chciałam więcej, ale jak zwykle się rozpisałam. Ale najpierw rzut oka na teorię:

"Naturalne suplementy diety mają jedną, potężną zaletę. W świecie, w którym niemalże każdy przyjmowany przez nas towar ma coś do czynienia z chemią lub związkami syntetycznymi, one są w pełni naturalne."

Zieeew... Jak to tłumaczyłam Pani Woo w komiksie do Medycyny (ha,ha) Germańskiej, sól kuchenna to też chemia. I pieprz. I woda. I w ogóle wszystko. Ty, drogi czytaczu, jesteś chodzącym i mówiącym zlepkiem związków węgla. Jak się z tym czujesz?

"Podobnie jak inne suplementy, naturalne uzupełniacze diety mogą przyjąć formę płynu, tabletki, bądź proszku."

Nie no, poważnie, sam fakt, że coś ma formę tabletki już podważa jego naturalność. Tabletka, uwaga, na drzewie nie rośnie. W tabletkach bywają związki syntetyczne, którymi nas straszono akapit wyżej (politlenki etylenu - tak, czytam Wikipedię). Chyba, że przyznamy, że wszystko jest chemią i nie ma co świrować, ale wtedy altmed pewnie by upadł, a tak dobrze to nie ma. No dobra, tyle teorii, zobaczmy co ci dobrzy ludzie, którym kompletnie nie zależy na forsie usiłują nam wcisnąć:


Wystąpił w TVN już jakiś czas temu, więc poświęcę mu trochę swojego cennego czasu, którego i tak mam za dużo. (Dziękuję komcionautce za cynk!)

Dostępny w formie tabletek, proszku, soku, a nawet sproszkowanego soku. Według producentów leczy wszystko, problemy skórne, zaparcia i zapobiega rakowi. Prześcigają się w wymianianiu jak największej ilości witamin, minerałów, enzymów i Bór wie czego jeszcze, co te pędy zawierają. Zgadzają się w jednym - tym, co czyni je ołsom jest chlorofil. No, spoko, roślina w końcu, one mają to do siebie, że zawierają chlorofil. Okazuje się jednak, że nie tylko roślinom się przydaje. Na zalinkowanej stronce:

"O jego zbawiennym wpływie na przemianę materii ludzkość dowiedziała się stosunkowo niedawno. Lista pozytywnych efektów przyjmowania chlorofilu jest długa, wśród najważniejszych wymienia się przyśpieszenie przemiany materii, przyśpieszenie spalania tkanki tłuszczowej, zwiększenie liczebności czerwonych krwinek, zapobieganie nowotworom, dostarczanie organizmowi żelaza, zwiększenie zasadowości organizmu, przeciwdziałanie spożywanym toksynom, zwalczanie anemii a także oczyszczanie jelit."

Och, och. Skąd to ludzkość się dowiedziała takich głupot? Znalazłam jeden artykuł, ale jakoś nie krzyczy o wielkim odkryciu. Słabo cytowany zresztą. Anemia... damn, znów muszę płacić, ale z 12 cytowaniami i datą 1936r. nie robiłabym sobie nadziei.  Spalanie tłuszczu... gdzie? I jelita czyści nawet! Altmed uwielbia oczyszczać jelita. Nieważne, że to nie ma sensu, jak coś czyści jelita, to się sprzeda. I zasadzanie organizmu, ofkors. Moje pytanie o to co należy z tym organizmem zrobić - zakwasić, zasadzić czy zobojętnieć - wciąż pozostaje aktualne. Cóż, przynajmniej cena jest przystępna dość, dwadzieścia parę złotych. Ale to dopiero początek, ceny idą w górę...


Edyta: Nowa Alchemia bardziej szczegółowo napisał o chlorofilu. I wie, o czym pisze "nieco" bardziej niż ja.



Zapomnijcie o Noni, teraz na topie jest Acai. Też ładnie brzmi, tak egzotycznie. I ludność "dzika" je to podobno na kilogramy, więc musi być dobre (a co innego mają jeść, przepraszam? Tesco nie majo). Producenci rozpływają się głównie nad jej właściwościami odchudzającymi, antyrakowymi, obniżającymi cholesterol... Podobno zawierają wszystkie witaminy, mikroelementy, więcej białka niż jajko. Rany, można by dojść do wniosku, że nic innego można by już właściwie nie jeść. Aż poszukałam sobie przy pomocy Google Scholar, o dziwo coś (pssst: pismo ma IF factor 3 z hakiem) nawet znalazłam. Rzeczywiście, znaleźli tam sporo flawanoidów, nawet jakieś nieznane, aminokwasy, kwasy tłuszczowe, przede wszystkim oleinowy i palmitynowy, resweratrol nawet, aczkolwiek mało, przeciwutleniacze... No i fajnie, pytanie brzmi - co z tego?

Dla otchłani ważne są przede wszystkim przeciwutleniacze, których w Acai zdaje sie jest od groma i ciut ciut. Bo przeciwutleniacze są fajne jak występują w owocach czy herbacie, ale  jako konserwanty w postaci literek i cyferek na etykietce to już be i fuj. Albowiem chrzanić... brzmię jak zdarta płyta, wiem. To w sumie dość popularny mit, więc czas najwyższy go obalić w cholerę.

Przeciwutleniacze robią karierę, bo ludzie boją sie wolnych rodników. To takie luźno latające cząstki - tu konkretnie, chodzi o reaktywne formy tlenu - o wyższym stopniu utlenienia. Podejrzewane są o powstawanie takich strasznych rzeczy jak rak, choroba Parkinsona, choroba Alzeheimera, a nawet, o zgrozo, starzenie się. Więc to logiczne, że powinno sie jeść coś, co proces utleniania spowolni, prawda? Eee, nie do końca. Organizm sam produkuje enzymy rozprawiające się z tymi rzeczami. A wcale nie należy ich tak bezwzględnie ubijać, bo bywają przydatne w walce z patogenami, chociażby. A już na pewno nie ma sensu przyjmować suplementów z przeciwutleniaczami, bo nie udowodniono, żeby pomagało to na cokolwiek, a może nawet szkodzić.   

Także tego... Jagódki są dostępne w formie tabletek, soczków... co jest bez sensu, bo to wszak nienaturalne. Pewnie nie zabijają, ale też nie wzmocnią na tyle, by było warto wydawać 130zł na flaszkę.


Było na chemii o kwasie mrówkowym? Było. Ale raczej nie dowiedzieliście się wtedy, że to takie dobro, co?

Jest to kolejna rzecz, która jest zła, gdy jest konserwantem, ale cacy gdy kosztuje kupę forsy na jakiejś dziwnej stronie i obiecuje wyleczenie wielu różnych chorób, np. zapalenie wątroby typu B (niech nikt nie mówi antywackom, bo będzie źle). Co jest dziwne, zważywszy, że wyżej stoi napis: "Żaden z opisywanych produktów nie jest lekiem". Bardzo mi się podoba jak producent przeplata brednie na temat energii Qi i pięciu przemian z czymś w rodzaju nauki. Czymś w rodzaju, bo jest mowa o "zwiększaniu ilości DNA i RNA w komórkach". Co?!

Zgadza się, aż stworzyłam gifa.


Nie może też zabraknąć dowodu anegdotycznego w postaci dziadka 98 lat, który jeździ na rowerze. Owszem, imponujące, ale niektórzy już tak mają. Okazuje się, że mrówki zawierają dużo cynku. Nie wnikam. Skoro tak, to może taniej i naturalniej wyjdzie iść je wyjadać prosto z mrowiska? Wracając do samego kwasu: ok, na reumatyzm faktycznie się toto stosuje... ale zewnętrznie, na litość Borską. Jedzenie go w czystej postaci nie wydaje mi się najlepszym pomysłem na świecie, a pisze to osoba, która zeżarła na ognisku niemytego grzyba prosto z lasu (przebij to, altmedzie). Zwłaszcza, że to, co widać pod słowem "skład" nie uspokaja za bardzo:

  • "proszek z czarnych mrówek z gór Changbai jest bardzo bogaty w substancje odżywcze" - a nasze polskie to co, gorsze?
  • "Posiada duże ilości witamin B1,B2, B12, C, D, E" - co to znaczy duże ilości? Ile % czego? Ja chcę wiedzieć te rzeczy! (zakładając, że to prawda, bo śmiem wątpić)
  • "mrówki zawierają więcej niż 42% białek i dostarczają 8 podstawowych aminokwasów" - przekonaliście mnie. Idę szukać mrowisk, bo nie mam pieniędzy. Mogłabym co prawda zjeść jajko, ale to będzie za mało tró.
  • "Zawierają enzymy i aktywne substancje biologiczne" - enzymy to wymysł raw food, o ile zdołałam się dowiedzieć. Proszek z mrówek pod niego chyba nie podchodzi. Co innego surowa, żywa mrówka. Nie, ja też nie wiem, po co jeść enzymy, skoro mamy własne.

"Aldehydy zawarte w mrówkach mają silniejsze działanie niż żeń szeń." - nie aldehydy, tylko aldehyd. Mrówkowy. Jeśli już, bo w nazwie stoi kwas jak byk. To ja już nie wiem, co tu jest, poddaję się. A nie będę wydawać niecałych 400 zł żeby zobaczyć oficjalną etykietkę. I tak już mi się to wszystko nie podoba. No i gdzie ten cynk, o którym się tak rozpisywaliście?


Kwas askorbinowy zawsze w modzie. Jej lecznicze właściwości to mit, w którym tkwimy od małego: kto w chorobie nie sięgnął nigdy po Rutinoscorbin, niech pierwszy rzuci kamieniem. Niestety, Otchłań jak zwykle przegina pałę: gdzieś widziałam komcia, że witaminą C da się wyleczyć raka, polio i ebolę. A AIDS nie łaska? Oczywiście powołują się na odkrycia Linusa Paulinga. Zaiste, wielkim chemikiem był, ale ta konkretna teoria to był niestety epic fail. Napiszę dużymi literkami - uwaga, nadciąga masło maślane:

WITAMINA C LECZY TYLKO I WYŁĄCZNIE SZKORBUT, KTÓRY JEST WYWOŁANY NIEDOBOREM WITAMINY C.  TAK JAK ANEMIA JEST NIEDOBOREM ŻELAZA.

Ale dla Otchłani to wciąż za mało. Pogardzili Rutinoscorbinem i wciskają ludziom swoją własną, lepszą witaminę C, która jest lewoskrętna. No to hop...

"Człowiek niestety, nie potrafi wytworzyć tak jak większość ssaków w swoim organizmie witaminy C. My musimy wykorzystywać źródła żywieniowe."- Kłamstwo. Jaka znowu większość? Tylko człowiek, kilka gatunków nietoperzy i świnka morska nie potrafią wytwarzać kwasu askorbinowego.
Blogasek bez słodkich zwierzątek nie istnieje. Świnka moja. Nie ma już jej z nami, niestety.

"Naturalna witamina C różni się od syntetycznej wit. C zasadniczo, gdyż jest zbudowana lewoskrętnie. tak jak wszystko co żywe i naturalne. Syntetyczna witamina C kwas askorbinowy jest związkiem chemicznym o budowie prawoskrętnej. Jako syntetyk, trudniej się przyswaja i może powodować odkładanie złogów w nerkach." Dawno nic z South Park nie było, no nie?


Po pierwsze: Bzdura. Natura, jeśli już, preferuje prawoskrętność. Taka helisa DNA zawsze się zwija w prawo.

Po drugie: Mam zagwozdkę, czy im chodzi o konfiguracje L i D, czy o izomerię optyczną. Jeśli o to pierwsze, to polecam zerknąć tu (rozdział 4). Początkowo faktycznie wyszedł im kwas D-askorbinowy, czyli miał po prostu grupę OH po złej stronie (tak łopatologicznie rzecz ujmując). Zrozumieli jednak swój błąd i udało im się wyprodukować L-kwas askorbinowy, jak Matka Natura każe.

A jeśli chodziło im o izomerię (bo zarówno cząstki D jak i L mogą być "prawo-" lub "lewoskrętne"), to, jeśli dobrze rozumiem ciocię Wikipedię, chodzi tu tylko o to, w którą stronę cząstka skręca światło.* Czy to naprawdę jest takie istotne gdy mówimy o wchłanianiu przez organizm?

Po trzecie:  Mogę się zgodzić, że taki Rutinoscorbin łatwiej jest przedawkować, co rzeczywiście może prowadzić do powstania kamieni nerkowych. Ale wystarczy nie przesadzać z ilością (wbrew temu, co producent zaleca) i możemy odetchnąć z ulgą.


Edyta: Ponieważ jestem tylko nędznym plastykiem, zrobiło się małe zamieszanie w kwestii tej skręcalności światła. Uściślijmy więc: Jak prawi Globalny Śmietnik w komentarzach, stereoizomeria polegająca na istnieniu form L oraz D to chiralność. Istnieją jednakowoż enancjomery, czyli izomery chiralne różniące się skręcalnością światła.


Ale jedno pozostaje: syntetyczny i naturalny kwas askorbinowy są - obecnie - identyczne pod względem chiralności ( a to - znów, komentarze - jak widać jednak ma znaczenie). Więc Otchłań tak czy siak ściemnia bardziej. Ech, okazuje się, że piątka z chemii to za mało, żeby uchodzić za eksperta. No kto by się spodziewał, myślałam, że mogę iść już doktorat robić... Ale poważnie, jestem naprawdę bardzo wdzięczna za poprawki. W końcu o naukę tu chodzi.   


Pozdrawiam niemieckiego homeopatę, którego ksiunszkę się tu cytuje. Już z kawałkiem jednej się użerałam, nie chcę robić tego jeszcze raz...



Inspiracją do napisania tej noci był komentarz na funpage'u (pozdrawiam, Luke!), że są geniusze, którzy twierdzą, iż ziołowe suplementy są fajniejsze, bo na ulotkach nie ma ostrzeżeń. To bardzo niedobrze, że nie ma. To znaczy, że nikt ich nie badał, bo po co, to tylko ziółka, nie zaszkodzą. A potem substancja aktywna wejdzie w niefajną interakcję z jakimś lekiem, który człowiek przyjmuje i robi się nieciekawie. Że już nie wspomnę, że może w nich być wcale nie to, co powinno.


Najlepszy był tekst na stronie jednego z producentów: "Świat, zrażony do leków syntetycznych, zwraca się do naturalnych środków leczniczych - ziół i leków z nich przyrządzonych. Takie właśnie produkty oferuje firma X." (nie piszę nazwy, bo jeszcze mi się oberwie czy cuś). Czy tylko ja bym to przetłumaczyła jako: "Ludzie nagle obrazili się na medycynę, więc trochę się wzbogacimy ich kosztem"? 

sobota, 14 lutego 2015

Świrnięty Walenty - Speszal Edyszyn - Edycja




Z UWAGI NA SŁUSZNĄ KRYTYKĘ, POST ULEGŁ PEWNYM ZMIANOM, CHOĆ TREŚĆ I PRZEKAZ POZOSTAJĄ TE SAME. OBIECUJĘ WIĘCEJ NIE KOMBINOWAĆ Z FORMĄ, A PRZYNAJMNIEJ NAUCZYĆ SIĘ PISAĆ.  


Z okazji najbardziej wkurzającego mnie święta ever, walnę coś, co nazwę "Speszal Edyszyn". Czyli moje arcymądre przemyślenia z rzyci na arcyważne sprawy, odkrywcze bardzo i jeszcze bardziej sensowne. Wiem, że się cieszycie. Dzisiaj pomyślę ofkors o kobietach i facetach. Nie, nie dowiesz się jaka jest recepta na udany związek. Dowiesz się za to, że wszyscy mamy przerąbane. Uważam, że na upartego podchodzi pod altmed, bo mundrości na ten temat jest wiele, ale nie tylko w Otchłani, niestety... tylko tak jakby wszędzie.

Ile razy, drogie panie, słyszałyście w dzieciństwie podczas czesania, gdy marudziłyście, że mama szarpie włosy i boli - "trzeba cierpieć dla urody"? Potem takie dziewczynki dorastają. Dowiadują sie z mediów, że nie wolno im mieć pojedynczego włoska na ciele poza głową, że muszą mieć określone wymiary, nosić niewygodne i niezdrowe szpilki, żeby być sexy - bo to jest absolutnie najważniejsze, prawda? - więc depilują nogi, bikini, pachy, czasem ręce albo twarz (wosk, depilator - boli jak sukinsyn, maszynka - może mniej, ale krwawi się jak zarzynana świnia). Katują się różnymi porąbanymi i niebezpiecznymi dietami, żeby tylko nie mieć nadwagi. Ale bez przesady w końcu, krągłości trzeba mieć. I nawet jeśli nie chodzą na co dzień w szpilkach, to przecież na maturę, na rozmowę o pracę czy imieniny u cioci "wypada" i marzą, żeby już wrócić już do domu i zdjąć to w cholerę. Wszystko bez słowa skargi - wszak "cierp, cielę, bo to stroi...". Do diabła, nawet są określane jako "płeć piękna" - WTF?! "Płeć zdolna do rodzenia dzieci", "płeć miesiączkująca" - to już by miało więcej sensu. Ale porody, a co dopiero miesiączka, to jest fuj, a kobieta ładna ma być. Przede wszystkim.

Ale chłopcy też mają swoje kompleksy. Gdy ich koleżanki głodują i skubią sobie nawet brwi, oni się zadręczają, że są zbyt chudzi i nie chcą im rosnąć włosy na klacie. Słyszeliście może o bigoreksji? Zakład, że nie. Nawet Word mi podkreśla to słowo, w przeciwieństwie do anoreksji. Bo przecież facet musi mieć mięśnie. I najlepiej być włochaty jednocześnie, bo to kręci. Jak z tych czy innych powodów ogoli nogi - niechybnie pedał. Wstyd mi, że żyję w społeczeństwie, gdzie "oskarżenie" o homoseksualizm to obelga. No, ale przecież żaden heteroseksualny facet nie chce być uważany za geja, to się nie godzi. Ostatnio modne jest hejtowanie nadmiernie chudych chłopaków w rurkach. Sama się w sumie zastanawiam, czy osobnikom z jądrami jest w czymś takim wygodnie, skoro mnie tego typu spodnie cisną w kroczu, ale co tam, nie mój cyrk, nie moje małpy. Cała planeta ubolewa "ach, gdzie ci prawdziwi faceci...", "prawdziwy facet to ma mięśnie i brodę" "jestem za obowiązkowym naborem do wojska" <- mój faworyt, nie wiem, co by to miało zmienić. A czy się skarżą? Skąd, nie wypada, chłopaki nie płaczą.

W ogóle, uwielbiam nienawidzę frazy "prawdziwa płeć cośtam cośtam". Mam już podwójny chromosom X, ma być podwójniejszy czy co, bo nie rozumiem? A od tego, że nie lubię sprzątać, gotować, zachwycać się dziećmi, malować się a za to lubię pierdyliard innych rzeczy, które zgodnie z kanonem mojej płci nie przystoją, z jednego X nie zrobi się Y. Przynajmniej jeszcze to się nie stało. Nawet ostatnio wypiłam "męski jogurt"(?!) i nic, panie, nawet brody nie mam. A zresztą, co się będę wyzłośliwiać, ktoś już to zrobił za mnie. Za to walnę obrazek:
Image and video hosting by TinyPic


O co chodzi? O presję. Od małego jesteśmy poddawani nieustającej presji. Co samo w sobie aż tak złe nie jest, dzięki temu wiemy, że nie należy np. mordować się nawzajem. Ale do szewskiej pasji doprowadza mnie presja odnośnie tego, jak kto ma wyglądać. Pół biedy, jeśli to jest subiektywna opinia "to mi się podoba, tamto nie". Spoko, masz do niej prawo. Ale... a co się będę produkować, rzućmy okiem na okładki gazetek:
Image and video hosting by TinyPic
Nie dość, że wszystko się rozbija o wygląd, to jeszcze ten tryb rozkazujący: "bądź taka, bądź śmaka", a w domyśle: bo jak nie, to jesteś nikim. Może nadinterpretuję, ale pomyślmy, czy nie za łatwo w dzisiejszym świecie przez gardła przechodzą słowa w stylu: "ale pasztet"? I mało kto się zainteresuje, co dany "pasztet" ma w głowie. Skąd, "pasztet" ma, dajmy na to, nadwagę, więc już wiadomo wszystko: leń, brak silnej woli i niechluj. Jeśli ktoś ma takie życzenie, by dopasowywać się do jedynego słusznego szablonu, spoko, jego wybór, ale czemu wymaga tego samego od innych? Niech pilnuje własnego nosa, jeszcze mu na nim pryszcz wyskoczy albo co.

Okej, próżność nie jest jedynie domeną homo sapiens. Chyba każdy gatunek drogą ewolucji wypracował sobie jakieś kryteria w doborze partnera. Co prawda w świecie zwierząt jest raczej na odwrót niż u nas, tam samiczki mogą sobie pozwolić na bycie nijakimi, to samce stają na głowach żeby im zaimponować tańcem godowym czy kolorem piór. Nieważne. Ale heloł, od wynalezienia pierwszych narzędzi nasz gatunek w ten czy inny sposób walczy z przyrodą, a ponad te niskie instynkty wznieść się nie możemy? Załamuje mnie, jak słyszę/czytam gdzieś, że dziewczyny kombinują założenie mini z dekoltem na odpowiedź/zaliczenie, byle by się nie wysilać nauką. Tym bardziej, gdy to sie udaje. A zdarza się.

Uwaga, anecdata: ja, Sami Chan, przeszłam w wieku 16 lat operację plastyczną. Miałam wycinane znamię z twarzy. Nie, nie dla zdrowia, dermatolodzy oglądali i orzekli, że potencjału rakowego to to nie ma. Nawet specjalnie duże nie było, coś jak u Monroe, ale w innym miejscu. Zwykły kaprys. Ale kaprys nie wziął się z byle przyczyny, albowiem przez 3/4 podstawówki życia przez to dziadostwo nie miałam. "Wieprz pod okiem"(?) to najdelikatniejsza z obelg. Teraz mam bliznę na mordzie. Nie, nie żałuję, to była moja decyzja i wzięłam wszystkie jej konsekwencje na klatę. Ale gdyby inni mnie nie uświadomili, że to obrzydliwe z jakiegoś powodu, kto wie, może nie poczułabym takiej wielkiej potrzeby. Ah, warto też wspomnieć o moim krótkim rendez-vous z anoreksją.

Wnioski? Poza tym, że jestem wstrętnym hipokrytą? Tak, złamałam się. Nie ja pierwsza, nie ja ostatnia, niestety. A chyba akurat wtedy pojawiły się bulwersy w społeczeństwie, że modelki są za chude i dziewczyny przez to popadają w zaburzenia odżywiania. Cóż, sam fakt istnienia tego typu zawodu zaiste nie pomaga, ale może nie popadałyby, gdyby zewsząd im się nie wbijało do głów, że wygląd i czyjaś opinia to wszystko, co się liczy. Zwłaszcza, że to jest tak naprawdę paradoks: uroda nie dość, że jest czymś bardzo subiektywnym, to zależy przede wszystkim od genów. Urodziłeś się endo-, ekto, mezomorfikiem, to nim zostaniesz. Z każdym innym "defektem" który wymaga gigantycznej kasy do "naprawy" też (nie mieszam kwestii zdrowotnych) prawdopodobnie zostaniesz do końca życia. Żadna w tym twoja wina. A jeśli urodziłeś się akurat z takim zestawem genów, że idealnie wpasowujesz się w kanon, to żadna zasługa. Tak wyszło. Ani to lepiej, ani gorzej. A przynajmniej nie powinno tak być. Jakbyśmy wszyscy byli odlewani jak z jednego szablonu, to... jak, u diabła byśmy wiedzieli, kto jest kim?!

A żeby jeszcze weselej było, rzućmy okiem w internety, żeby nie było, że zmyślam.

Artykuł z jakiegoś portalu plotkarskiego chyba, whatever: "Wkrótce się okaże, czy także inne piękności postanowią powrócić do natury. Być może to tylko przejściowa moda związana z porą roku i gwałtownym ochłodzeniem. Jeśli nie, trzeba przygotować się na najgorsze – bo nogi mogą być tylko początkiem. Po nich włos powróci pod pachę, na łono i pod nos. I wówczas już naprawdę trudno będzie odróżnić mężczyznę od kobiety." - Chciałabym wieść życie autora, skoro najgorszym, co może go spotkać to owłosione kobiety. Zgroza! No i myślałam, że pod względem anatomicznym to kobietę od mężczyzny odróżniają głównie, bo ja wiem... pierwszo-, drugo-, trzeciorzędowe cechy płciowe? Brak depilacji nie utrudni zadania, raczej niewiele jest kobiet z włosami na klacie. Możesz odetchnąć, autorze.

O, a na stronce gorszej niż Otchłań trafiłam na prawdziwą perełkę (choć nie dam sobie głowy uciąć, że to nie troll): "Zastanów się – jak często narzekasz na swoją figurę i katujesz się wszelkimi możliwymi sposobami, by coś z nią zrobić? Równocześnie, ile razy przeszło Ci przez myśl, że prawdziwy mężczyzna powinien być „duży”? Nie dziw się więc, że ten sam przedstawiciel płci brzydszej sporo wymaga od Ciebie, a od siebie prawie nic." - 1. Ostatnio gdzieś w gimnazjum. Wstydzę się tego. 2. Eee... nigdy? To jakieś głupoty? 3. Będę się dziwić i wściekać zarazem. Bo cały "artykuł" jest tym, co starałam się tu poruszyć, z jakimiś żałosnymi próbami uzasadniania i przyprawia mnie o mdłości.

Do tego dochodzi obwinianie: "Pozytywnie nastawione do życia niewiasty plus size to raczej rzadkość. W zdecydowanej większości są tak zniesmaczone swoim wyglądem, że żarty wcale się ich nie trzymają. Skoro duży facet jest zabawny, a większa kobieta to obraz nędzy i rozpaczy, to nie ma się co dziwić." - Yyy... nie byłaby obrazem nędzy i rozpaczy, gdyby jej na każdym kroku nie wmawiano, że powinna być. Co autor czynił przez poprzednie parę stron. I następne.

"Jeśli chcesz się pokazać z jak najlepszej strony, to nie możesz się ukrywać. A wtedy wszystko wyjdzie na światło dzienne" - Tłumaczę: najlepsze co masz, to cycki i tyłek. Możesz zabłysnąć tylko jeśli je wystawisz jak mięso na ladzie w Tesco. Więc muszą być w odpowiednim rozmiarze.
Image and video hosting by TinyPic
Obrazek chyba na miejscu.
"Pomijając krótki okres w naszej historii, kiedy prym wiodły rubensowskie kształty, wcześniej, później i dzisiaj ideał kobiecości mógł być tylko jeden – szczupły, drobny i poręczny."  - po pierwsze: "poręczny" WTF? Czy kobieta jest telefonem komórkowym? Po drugie: Wreszcie na coś się przydały te wszystkie lekcje z historii sztuki. Jee, powymądrzam się jeszcze trochę: Figurki Wenus z paleolitu coś mówią? Ta z Milo też zresztą szczupła i drobna nie jest, raczej "mocarna" i potężna. Okej, niech będzie, że Egipt: tam zresztą wymyślili depilację. Nie potępiam ich, taki mieli klimat. Średniowiecze: niech będzie, zwłaszcza w okresie gotyku, pewna wiotkość i ulotność była w cenie, przynajmniej na obrazach. Głównie była to matka boska (pamiętajmy, była raczej dziewczynką niż kobietą, w założeniu powinna być "czysta i niewinna"... moment, w ogóle to dziewczynki za mąż wychodziły). Ale już renesans powrócił do starożytności - kolejna Wenus, tym razem Boticelliego, do elfów raczej się nie zalicza. Barok - jak słusznie zauważył autor, mieliśmy Rubensa. Romantyzm: Hm, panie na obrazach Delacroix nie wyglądają na wybitnie niedożywione. Jeśli chodzi o malarstwo pozytywistyczne: tu chodziło o przedstawienie zwyklej, szarej rzeczywistości. Znajdziemy więc głównie kobiety pracujące, a co najważniejsze: rzeczywiste, żyjące. Ciężko mówić o jakimś ideale. Zauważmy jednak, że malarze w każdej z modelek-starej żydówce i młodej dziewczynie-  potrafili odnaleźć i namalować jej własne piękno. Czemu dzisiaj się tak nie da? Tzn. da się, ale mass mediom się nie chce za bardzo? Dalej, w XX w chyba wiadomo: Monroe, a dziś wszyscy wiemy, jak jest.
Image and video hosting by TinyPic
Powyższy wywód historyczny prócz udowodnienia, że autor nie ma pojęcia o czym mówi, miał bardzo ważny cel: pokazanie, iż ideały w różnych epokach były różne. Moda zmienną jest. Chyba przeciętny Kowalski nie wymienia co chwila całej zawartości szafy, żeby się dopasować do trendu, więc u diabła dopasowywać do tego trendu ciało?