niedziela, 19 lutego 2017

Anecdata o pigułce śmierci

Która uratowała mi życie.


Od jakiegoś czasu media huczą o genialnej decyzji rządu w temacie przywrócenia "pigułek po" na receptę. Podobno kobiety wsuwają je jak cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Podobno są plany, aby dosłownie je zdelegalizować (pigułki, nie kobiety, chociaż kto wie). Tak, peron najwyraźniej odjechał komuś już tak bardzo, że nawet plemnikowi w kobiecie nie wolno przeszkadzać w dotarciu do przeznaczenia i zrujnowaniu kobiecie życia. I oczywiście, nie ma żadnych ważniejszych spraw w tym kraju. 

Opowiem Wam anegdotę. Ludzie kochają anegdoty. Oto, przez co musi przejść człowiek w czasach „pigułki po” na receptę...

Miejsce akcji: duże miasto nad morzem. 
 
Czas akcji: sobota wieczór (około 20), przeddzień jakiegoś święta. Czyli najlepszy moment z możliwych.

Stało się, zabezpieczenie się popsuło, że tak to ujmę. 

Ożeżkurwajapierdolęobożecoterazniechmniektośzabijebłagam. W moim życiu ogólnie nie ma miejsca na żadne dzieci, ale wtedy było go jakby jeszcze mniej. I nie mówię o metrach kwadratowych, choć i z tym ciężko. Trzeba działać. Pierwszy obrany kierunek: internista w nocnym punkcie opieki medycznej. Pani bardzo mi współczuła, ale nie mogła nic zrobić, nie miała uprawnień. Wypisała jakiś kwitek (zabijcie mnie, ale nie wiem dokładnie jaki, w panice nie rejestrowałam takich szczegółów) i poradziła udać się do szpitala. No to jadę, a zegar tyka.

W szpitalu mówię szeptem pani rejestratorce z czym przychodzę, dostaję krzywe spojrzenie. I słusznie, bo wstyd jak ch...olera zawracać w szpitalu głowę czymś takim, ale prawo jest prawem, co miałam robić?! Iść prywatnie w poniedziałek? Za późno... Mam iść do pokoju takiego a takiego, w dół i na prawo. Przed owym pokojem spotykam pielęgniarkę, jak mi się wydaje. Pyta, czego tu szukam. To mówię, po raz trzeci. O nie, pani doktor czegoś takiego nie wypisze. Dlaczego?!

 „Bo to szpital przyjazny dziecku!” 


Mam ochotę wrzeszczeć, jakie dziecko, co ty pie*dolisz kobieto?! Dawajcie tę cholerną receptę na tę cholerną pigułkę albo za parę tygodni będziecie mi wyciągać rurę od odkurzacza z c*py! (jeśli kogoś oburzył ten niesmaczny żart, bardzo mi przykro, to nie jest żart). Zamiast tego podaję kwitek od pani internistki. Pielęgniarka robi wielkie oczy, też nie wie co to, ale idzie z tym do lekarki. W tym momencie jestem przekonana, że za chwilę dosłownie padnę na zawał i nawet się z tego cieszę, bo to oznacza koniec kłopotów. Nagle staje się cud, lekarka zgadza się mnie przyjąć. Zbadała, trochę marudziła, ale chyba udało mi się wzbudzić na tyle dużo litości, że wypisała receptę. Hurra! Normalnie mam Złoty Bilet!



Teraz wystarczy tylko znaleźć dyżurną aptekę (w tym momencie jest grubo po północy), odstać w kolejce licząc, że farmaceuta nie ma sumienia – na szczęście nie miał, los postanowił się wreszcie zlitować – i można połknąć tę nieszczęsną pigułkę i odetchnąć ze względną ulgą. Gdy jakiś czas potem pojawił się okres, otworzyłam szampana.

Pół strony. Ta emocjonująca, pełna przygód historia zajęła pół strony. W czasie rzeczywistym kilka ładnych godzin. A mieszkam w dużym mieście! Nawet trzech! Wolę nie myśleć w jak czarnej rzyci mogłabym się znaleźć mieszkając na jakimś, za przeproszeniem, zadupiu.

I nawet nie wiem do końca jak skomentować fakt, że zostałam potraktowana jakbym przyszła z żądaniem aborcji w co najmniej siódmym miesiącu ciąży. Chodziło przecież głównie o niedopuszczenie do zapłodnienia komórki jajowej. Albo niezagnieżdżenia zapłodnionej (ciąża zgodnie z definicją zaczyna się właśnie od zagnieżdżenia). Jak widać, nie trzeba nawet faktycznego płodu, żeby zdegradować kobietę do roli inkubatora. Wystarczy płód czysto potencjalny i już masz przej*bane. Czy ja mieszkam w jakimś kraju trzeciego świata? O przepraszam, myślałam, że to środek Europy w XXI wieku.

A gdyby podobna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy później, wszystko zamknęłoby się w jednym zdaniu i zeżarło o wiele mniej czasu, nerwów i wypalonych fajek. Przez te niecałe dwa lata akurat już więcej nie było takiej konieczności, ale o ile człowiek czuł się bezpieczniej.

A teraz mądrale jeden z drugim udają wielce zatroskanych o los głupiutkich kobiet, co EllaŁony łykają codziennie jak tik-taki i usiłują wmówić, że te recepty są dla naszego dobra. Skąd mają takie dane? Nikt nie wie (znaczy, ja wiem. Z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę). 

Interakcje z innymi lekami? Działania niepożądane? Nadużycia? W takim razie należałoby wprowadzić recepty dosłownie na wszystko, łącznie z paracetamolem. Wróć, przede wszystkim na paracetamol. Tylu ludziom musiałam tłumaczyć dlaczego leczenie kaca Apapem to nie najlepszy pomysł... W tym przypadku szanowne Ministerstwo (haha) Zdrowia wątpliwości nie ma? A co z lekami typu viagra? I czemu jakoś w innych krajach nikt nie ma z tymi pigułkami po takich problemów?

Btw: Działania niepożądane w przypadku tej konkretnej tabletki nie są wcale nie wiadomo jakie straszne... 


 Przywołajmy jeszcze perełkę – co ja mówię, istny brylant! - jaką była wypowiedź o „pigułce śmierci, która niczego nie leczy”. Najwyraźniej termin „leczenie profilaktyczne” jest panu posłowi Suskiemu obcy. Chociaż teraz pewnie się dowiem, że ciąża to nie choroba. Okej, a „niekorzystne zjawisko” może być?

profilaktyka «działania mające na celu zapobieganie niekorzystnym zjawiskom, zwłaszcza chorobom»
• profilaktyczny • profilaktycznie 
 
W innych postach stricte o aborcjach podawałam dość sporo argumentów na to, dlaczego ciąża czasami może być wybitnie niekorzystnym zjawiskiem. Na przykład gdy ktoś nie chce dzieci. I to powinno wystarczyć.

Tyle pytań. A najważniejsze brzmi: kogo oni chcą nabrać? Subtelność ich działań dorównuje pociągowi towarowemu. Spadającemu z urwiska. 

Nie, PiSie, wbrew temu co prawdopodobnie myślicie(?), nie pogodziłabym się z ewentualną ciążą i nie urodziła wam podatnika jakby nikt nie dał mi tej przeklętej recepty albo pigułka nie zadziałała, bo ktoś dał ją za późno. Prędzej zrobiłabym sobie poważną krzywdę usiłując się czymś zatruć, coby jak najbardziej uprzykrzyć zarodkowi życie. Prawie na pewno usiłowałabym zdobyć normalne leki wczesnoporonne (pigułka „po” nim nie jest, niech to wreszcie do kogokolwiek tam dotrze. Mogę dopomóc cegłą). W najgorszym razie strzeliłabym sobie w łeb. Także gratulacje, właśnie zwiększacie liczbę aborcji, z którą tak walczycie. Brawo.





A tak w ramach postscriptum - zobaczcie, fajki robio aborcje!

 

I tak, internecie, wiem, palenie w ciąży jest złe z wielu powodów. Jednak czy naprawdę trzeba walić klienta po pysku niemedycznym terminem jakim jest "dziecko nienarodzone"? Co jest złego w "płodzie"? Albo po prostu coś w stylu "nawet jeden papieros szkodzi w ciąży" analogicznie jak w przypadku alkoholu? "W ciąży nie palę"? Cokolwiek? Już się nawet nie wypowiem na temat użytego zdjęcia. Powinnam się cieszyć, że przynajmniej darowali sobie zupę z płodów. 

Aha, jeśli jesteś ortodoksyjnym wyznawcą prolajfu i chcesz mi pod tą notką napisać coś odkrywczego w stylu "trzeba było się nie ruchać" - znajdę cię i wsadzę ci w d*pę największego arbuza jakiego znajdę. Możemy to nazwać lewatywą arbuzową oczyszczającą z toksyn. Że co, nie mam prawa? Przecież ostrzegałam. Trzeba ponosić konsekwencje. 





poniedziałek, 13 lutego 2017

O chorobach, których nie ma

Tyle, że są. I są niebezpieczne.


Powiedzieć, że internety są pełne bzdur to tak jakby stwierdzić "Wszechświat jest całkiem spory". I tak jak we Wszechświecie można się natknąć na supermasywną czarną dziurę, tak i w internetach są swoiste czarne dziury, które pochłaniają i kumulują w sobie okoliczne bzdety tworząc coś, czemu trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć żeby mieć pewność, że to nie ironia. Na przykład portal aleksjones.pl. Czegóż tam nie ma! Smugi chemiczne, GMO, NWO i RPG...  I oczywiście cała masa bzdur o szczepieniach. Bardzo ujął mnie tekst o wymownym tytule: "Nawet psy zdychają po szczepieniach". Sądząc po przypisach, autor jest wielkim fanem doktora Jaśkowskiego. Więc z okazji Walentynek (okazja równie dobra jak kazda inna), przypomnijmy sobie, dlaczego nie należy słuchać tego typu bredni, a za to należy szczepić nasze cholerne dzieci (to parafraza, proszę na mnie nie krzyczeć).  
"Jak donosi ostatnio prasa angielska z 08 lipca 2016 roku, Stowarzyszenie Weterynarzy Wielkiej Brytanii ostrzega właścicieli psów, że po szczepieniach występuje alergia i zgony."

Po wypiciu kawy wyrżnęłam głową w drzwi od szafki. Lobby kofeinowe chce mnie wykończyć! Jaka znowu prasa? Taka? Jeśli coś ma w tytule jakąkolwiek odmianę słowa „natura”, to prawdopodobnie jest bardzo złym miejscem.

"Okazało się, że po nowo wprowadzonej szczepionce przeciwko rzadkiej i łagodnej chorobie, jaką jest u psów leptospiroza, zanotowano liczne powikłania, drgawki, niewydolność immunologiczną i zgony. Szczepionka Nobivac znanej firmy Merck ma ograniczenie wiekowe, nie powinna być stosowana u psów poniżej 10 tygodnia życia. Natomiast Stowarzyszenie Weterynarzy WSAVA ostrzega, że nie powinna być podawana przed 12 tygodniem życia."


Za Vetopedią, dosłownie pierwszy akapit: Znana również jako choroba Stuttgardzka lub choroba Weila - choroba zakaźna wywoływana przez kilka typów bakterii z rodziny Leptospira. Może mieć przebieg bezobjawowy, ostry bądź czasami nawet nadostry. U psów bardzo młodych, osłabionych i nieszczepionych w ok. 30% przypadków może mieć skutek śmiertelny."

Łagodna jak diabli, rzeczywiście. W dodatku może się przenieść na ludzi i jest dla nich groźna. Co dalej? Dowiemy się, że wściekliznę można wyleczyć wlewem z witaminy C?


W okresie trzech lat po wprowadzeniu zanotowano ponad 2000 powikłań i 120 padnięć psów. Już w 2014 roku Europejska Agencja Leków EMA ostrzegała o możliwości powikłań, ale zezwoliła na wprowadzenie na rynek.”
Wygląda drastycznie, jednakże VMD precyzuje, iż tego typu przypadki stanowią zaledwie 0,064% wszystkich szczepień. I są to najpewniej reakcje alergiczne, które jak najbardziej mogą wystąpić i naprawdę nikt tego nie ukrywa.

I mamy kolejny problem szczepionkarski.”

Oraz interesujące słowotwórstwo.



"Po pierwsze, Merck jest to ta sama firma, która produkuje i wmusza jako obowiązkowe szczepionki MMR, stosowane przeciwko odrze, śwince i różyczce. Wszystkie te choroby mają bardzo łagodny przebieg i wg wiedzy podręcznikowej z 4. roku medycyny, nie wymagają żadnego leczenia."
Merck coś wmusza? Myślałam, że przepisy tworzą rządy. Wróć, przecież rządami manipuluje Merck i reszta ekipy z Big Pharmy/Illuminati/Reptilian/Ksenomorfów. I dlatego właśnie prezydentem USA został antyszczepionkowiec (oraz mizogin, rasista, denialista globalnego ocieplenia...). Tak dla zmyły. 
 
Natomiast za każdym razem gdy czytam, jakie te choroby są łagodne a czasem nawet dobroczynne, budzą się we mnie iście mordercze instynkty. Ale o tym dalej.


"Jak wiemy. już w 2014 roku biegli sądowi udowodnili, że szczepionka MMR powoduje autyzm.”
Wiemy, doprawdy? Jak mniemam, chodzi o rozprawę sądową we Włoszech. To odszkodowanie przyznane rodzicom dziecka, które „trzy dni po szczepieniu zapadło na autyzm” najwidoczniej nadal doprowadza antywacków do orgazmu. 

Jak to dobrze, że nigdy się nie zdarza wykorzystywanie jakichś mniejszych lub większych luk prawnych żeby dostać odszkodowanie za dosłownie jakąkolwiek bzdurę typu poparzenie kawą w McDonaldzie... oh wait. Tego samego roku pojawiła się metaanaliza danych nie wykazująca żadnego związku szczepień z autyzmem, ale to oczywiście mają gdzieś. Witajcie w XXI wieku, panie i panowie: kiedy o nauce decydują anegdoty i wyroki sądowe, a nie badania.


Epidemia autyzmu rozpoczęła się w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to FDA dopuściła do sprzedaży pierwszą wersję tej szczepionki. Potem było tylko gorzej. O ile przed szczepieniami nie znano pojęcia AUTYZM, to obecnie stwierdza się u chłopców jeden przypadek autyzmu na 35 porodów.”
Jest w tym jakaś gorzka ironia: odra, świnka i różyczka są łagodne i niegroźne, ale autyzm to czyste zło. Nieważne, iż wielu spośród najwybitniejszych umysłów wszech czasów prawdopodobnie w tych czasach mieściłoby się w spektrum ASD. To, że kiedyś nie znano jakiegoś pojęcia, nie znaczy, że dana rzecz nie istniała. Zgodnie z tą logiką można by stwierdzić, że wirusy nie istniały przed 1892r. kiedy to zostały odkryte.

I skąd te dane: 1/35? Prędzej 1/50.

Źródło: Insufferably Intolerant Science Nerd



O nie. TEN moment. Złapcie się czegoś. Mocno.


Odra.
Przyczyną jest zarażenie kwasem rybonukleinowym - RNA - wirusa. Zakażenie odbywa się drogą kropelkową, czyli poprzez ślinę z człowieka na człowieka. Nosicielstwo jest nieznane [że co?]. Objawy są typowe dla chorób wirusowych: łzawienie, katar zaczerwienienie oczu, temperatura. Charakterystyczne dla odry są tzw. plamki Fiłatowa- Koplika. (…) Leczenia choroba nie wymaga. Wystarczają ewentualnie leki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe. Najważniejsze jest zapewnienie spokoju, świeżego powietrza. W naszych polskich warunkach choroba kończy się całkowitym wyzdrowieniem. Bardzo rzadko dochodzi do powikłań.”
Od czego by tu zacząć...
  1. Gorączka potrafi wynieść nawet powyżej 40 stopni.
  2. A może wymienisz te powikłania, autorze? W przypadku szczepionek przychodzi ci to bardzo łatwo. Ale spoko, ja to zrobię: biegunka (8%); zapalenie ucha (7%); zapalenie płuc (6%); zapalenie mózgu (0,1%)... Im młodsze dziecko tym większe ryzyko powikłań. Że nie wspomnę o obniżonej odporności.
    [Źródło
Różyczka
Też jest chorobą zakaźną, polegającą na wniknięciu RNA wirusa do organizmu. Na ogół przebieg jest łagodny, z plamistą wysypką i powiększeniem węzłów chłonnych na karku. Powiększenie węzłów chłonnych może się długo utrzymywać.
Podobnie, leczenie nie jest potrzebne. Chyba, że łagodne środki uspokajające, najlepiej ziołowe, dla młodych matek, obawiających się o zdrowie dziecka.”
Niech będzie, komplikacje po różyczce akurat są rzadsze niż przypadku odry, ale jest tu pewien haczyk. Jeśli „młoda matka” (?) akurat jest w kolejnej ciąży, to najlepsze środki ziołowe jej nie pomogą... a raczej rodzeństwu, które ma się urodzić. Grozi mu bowiem zespół różyczki wrodzonej, zwany też zespołem Gregga. O ile nie dojdzie do poronienia. W naszym cudownym JP Pro-Lajf na 100% kraju ta szczepionka powinna być sprawą najwyższej wagi czyż nie?

Cóż, Różyczka akurat jest całkiem zadowolona z takiego obrotu spraw...

 
"Świnka
Przyczyną jest także zakażenie RNA paramyksowirusa. Podobnie zakażenie rozprzestrzenia się drogą kropelkową, czyli poprze ślinę. Objawy to wzrost temperatury ciała, obrzęk ślinianek, początkowo jednostronny, w 70 % przypadków może być dwustronny.
Leczenia specjalnego świnki nie ma. Można podawać środki przeciwzapalne w rodzaju ibubrofenu. Anglosasi podają rutynowo paracetamol, moim zdaniem zupełnie bez sensu. Samo obniżenie temperatury jest utrudnianiem walki organizmu z wirusem. Tak więc przestraszona matka, podająca leki obniżające temperaturę, działa na szkodę dziecka i utrudnia wyzdrowienie. Jeżeli w jakimkolwiek przypadku temperatura zbliża się do 40 stopni, wystarczają zimne okłady na pachwiny. Należy pamiętać, że przeciwciała, jako wynik walki organizmu z wirusem, powstają dopiero po 10 -15 dniach. Nie można tego procesu przyspieszyć. Więc nie należy się niecierpliwić. Tatusiowi, aby nie przeszkadzał można podać piwo.
I najważniejsze, dziecku nie tylko można, ale powinno się podać zabranianą normalnie gumę do żucia, lub inne twarde ciasteczka, ulubione cukierki. Żucie zwiększa wydzielanie śliny, a tym samym wpływa na wydalanie wirusa."
To jedna z nielicznych chwil, gdy autentycznie nie wiem, jak coś skomentować. Ee, może nie wiem za dużo o wirusach, ale zdaje się, że mnożą się raczej całkiem szybko i raczej przez ślinę się ich nie pozbędziemy tak łatwo ... Zimne okłady jak gorączka dochodzi do 40 stopni?! Większość ludzi w takim momencie leci raczej z dzieckiem na pogotowie. Oczywiście, świnka również się wiąże z powikłaniami.

I zauważmy, że dla mamusi to ziołowe środki uspokajające, a dla tatusia piwerko. Ofkors.  


 
"Tak więc widzimy wyraźnie, że firma Merck specjalizuje się w produkcji szczepionek praktycznie na nieistniejące choroby. Niestety ciągle jej coś nie wchodzi. Ale od czego mamy użytecznych trolli"
Ano, ktoś musi prostować te bzdury zanim zrobią komuś krzywdę... Na przykład zdarzy się epidemia odry w Disnejlendzie czy gdzieś. Autorze, te choroby praktycznie nie istnieją (choć w tym momencie można polemizować) z jednego prostego powodu. Nie, nie jest to higiena ani inne tego typu bzdury.


"(...)To daje podstawy negowania związku przyczynowego. Jak pies padnie w tydzień czy dwa po szczepieniu, to taki weterynarz traci klientelę, Jak dziecko umrze w rok czy dwa po szczepieniu, to nikt nie będzie łączył tego ze szczepieniem."


Zaczęło się od autyzmu a teraz o umieraniu? Nieźle.


"(...)A jak się broni lobby szczepionkowe? W bardzo prosty sposób: określiło w odpowiednich ustawach, że związek czasowy pomiędzy szczepieniem, a powikłaniem nie może wynosić więcej, jak 7 -30 dni. Po prostu dealerzy szczepionkowi widząc małe dziecko, traktują je jak królika doświadczalnego i w podobny sposób obliczają wiek. W ten sposób ratuje się portfele koncernów."


Dealerzy szczepionkowi” <3 Nie no, jasne, powinni rozszerzyć tak gdzieś do 100 lat, a co tam. Za ile zgonów wtedy odpowiadałyby szczepionki!
 
"A zdrowie dziecka?
A kogo to obchodzi?"
 
 Cóż, mogę z pewnością wskazać, kogo nie obchodzi zdrowie dziecka z obniżoną odpornością, zbyt młodego na jakąś szczepionkę...

"(...)Przykładowo: Dr William Thompson epidemiolog z CDC ujawnił, że CDC wiedziało już od 2004 roku o możliwości wystąpienia autyzmu po podaniu szczepionki MMR. Dr W. Thomson ujawnił fakt fałszowania wyników przez producenta. Proszę zastanowić się, dlaczego ta informacja w Polsce jest tajna, łamana przez poufną, przed przeczytaniem spalić."
Może po prostu nie wszystkich w Polsce interesują dramy i zdrady trzech oszołomów zza oceanu, o których osobiście pisałam ponad rok temu.Tak, też dokopałam się do tej niesamowicie tajnej informacji. Dosłownie wykradłam ją Barackowi Obamie spod poduszki.

O, teraz autor każde zdanie zaczyna od dramatycznego "dlaczego?!". 

"Dlaczego jeszcze nie sprowadzono filmu VAXXED, jako filmu szkoleniowego nie tylko dla PT Pediatrów, wykonawców ustawy Sejmowej o przymusie szczepień, ale i dla Posłów i Senatorów?"

I dzieci w szkole. Niech oglądają zaraz po „Niemym Krzyku”. A potem narzekajmy jaka ta młodzież niedouczona.

"Dlaczego biuletyny Izb lekarskich nie informują, że w szczepionkach znajdują się nanocząsteczki?"

 Bo się nie znajdują...? Mają potencjał i w ogóle, ale...



"Dlaczego PT Pediatrzy o tym nie wiedzą?
W podobny sposób zachowują się nanocząsteczki w organizmie człowieka, swobodnie przekraczając barierę krew - mózg.
A przecież Pan Bóg stworzył ją w celu zabezpieczenia rozwijającego się mózgu dziecka przed toksynami środowiskowymi [Czy ja dobrze widzę? Naprawdę to napisał? Niech ktoś potwierdzi, że też to widzi, bo nie zasnę w nocy...]. I w Kraju, w którym podobno ponad 90% osób deklaruje się katolikami, czyli uznającymi pojęcie Grzechu Systemowego, ci sami ludzie udają, że nic złego nie robią. To się dzieje dla tej przysłowiowej stówy więcej."


Z tym się zgodzę, w katolickim kraju należałoby pozamykać szpitale i w razie choroby zdać na Boga. W końcu nie wolno się wtrącać do boskiego planu.


"Dlaczego oszukuje się społeczeństwo i lekarzy, że szczepionki są najlepiej przebadanymi preparatami medycznymi, kiedy nie ma ani jednej pracy naukowej pokazującej, co się dzieje z dzieckiem, któremu poda się 16 szczepionek w okresie roku, czy dwu lat?"


Mam takie, które pokazuje co się dzieje nawet 20 lat po, może być? No dobra, to akurat tylko MMR. Ale człowieku, poważnie - 16 szczepionek z ledwo albo i w ogóle nieżywymi, rozczłonkowanymi wirusami w okresie roku? Każdego dnia od narodzin układ immunologiczny zwalcza z 100x tyle. O, patrz, mam papiery.


"Szczepionka MMR zawiera neurotoksyny: aluminium oraz 0.3mg ludzkiej albuminy, 25mikrg neomycyny, 14,5 mg sorbitolu, 14,5 mg hydrolizowanej żelatyny."
Zieeew...

"Atenuowane szczepy wirusa różyczki są hodowane na komórkach z płodów aborcyjnych."
Lepsze poronione naturalnie czy co?
"Po szczepieniu dziecko sieje dookoła wirusami przez okres ok. 4-8 tygodni."
 Przynajmniej takimi ledwo żywymi. A chorujące nie sieje ani trochę, c'nie? 

"I pomimo tej powszechnej wśród zainteresowanych wiedzy, w Polsce jest przymus szczepień. Sam musisz sobie odpowiedzieć dlaczego i co się za tym kryje."

 Może fakt, że choroby i epidemie nie są fajne, ale hej, jestem Ksenomorfem, co mogę wiedzieć..

Post powstał w ramach akcji "Walentynki dla proepidemików" (opłaconej przez Sorosa, Illuminatów i inne Yeti, a co myśleliście). Pozostałe laurki znajdziecie na blogach i fanpage'ach:







http://www.doktor-mama.pl/








środa, 11 stycznia 2017

Kambo-Dżambo

Czyli niebezpieczna terapia pseudomedyczna zyskuje na popularności.


Nie chce mi się silić na pseudointeligentne wstępy, więc walnę z grubej rury: pamiętacie panią, co niestety zmarła w wyniku tak zwanego "rytuału kambo"? Pewnie pamiętacie, przez chwilę było to dosyć głośne.

Szczerze, nie widziałam zbyt wielu obrońców tego cholerstwa w internetach i nawet odzyskałabym drobny ułamek wiary w ludzkość, gdyby nie tona komentarzy budzących niesmak w stylu: „selekcja naturalna działa”. Już pomijając takie banały jak, yyy, no nie wiem, na przykład szacunek do bliskich osoby zmarłej, to winni są przede wszystkim usługodawcy i propagatorzy takich metod. Przynajmniej dla mnie wyrażanie satysfakcji z czyjejś śmierci i to jeszcze jak sprawa jest świeża wydaje się cokolwiek bardzo, bardzo nie na miejscu...

No cóż. Zdarzyła się rzecz straszna, było o tym głośno przez jakieś dwa dni, temat ucichł i nie spodziewałam się jego powrotu.... aż w Gazecie Wyborczej pojawił się dwa dni temu artykuł. Bardzo zły artykuł. Rzekłabym nawet „sponsorowany”, ale nie chcę wyjść na hipokrytę. Składa się on głównie ze złych, szkodliwych wypowiedzi i w sumie to je zamierzam atakować. Inne kawałki jak historia i zarys popularyzacji „rytuału” przynajmniej mnie wydają się całkiem zgrabne. Brakuje jednak wyraźnego zaznaczenia „hej, to jest niebezpieczna BZDURA”. Jako główny bohater tego anime z misją ratowania świata, muszę to naprawić.

Zaczyna się dość niewinnie:

Ceremonia kambo. Kuracja jadem żaby z Amazonii pomoże albo zabije. Chętnych nie brakuje”
Co? Dlaczego jeszcze nikt tego nie zdelegalizował? Może trzeba by udowodnić działanie poronne, to pójdzie z górki...

Nie wyobrażałam sobie, że to będzie tak trudne. Tak musi czuć się człowiek, kiedy umiera". O ceremonii kambo zrobiło się głośno, kiedy w listopadzie podczas takiego zabiegu zmarła kobieta”
...I dlatego daliście w tym miejscu taki cytat. Mistrzowie taktu, zaiste.

(...)Nawet najgorszy kac nie może się z tym równać. (…)Kambo skanuje ci całe ciało. Komórkę po komórce. Z każdej usuwa toksyny. To najlepsze oczyszczenie organizmu, jakie można sobie zaserwować. – Czułam ból w miejscach, z którymi miałam kłopoty. W gardle, w zatokach. Tak jakby ta substancja wiedziała, gdzie jest problem. – Wraz z wymiotami przychodzi ulga. To było nawet przyjemne. To taki całkowity reset. Fizyczny i duchowy.”

A niech to szlag... Inteligentny skaner komórek resetujący fizycznie i duchowo. Okej, już mam dość. Przerwa na reklamy:

Źródło: Cat
Cóż, wymioty faktycznie są reakcją na zatrucie. W tym przypadku na konkretną neurotoksynę, czyli - uwaga - wydzielinę żab kambo właśnie. Ukąszenie przez jadowitego pajęczaka czy węża dałoby podobny efekt (w zależności od gatunku), o rozmaitych innych truciznach nie wspomnę... alkohol w nadmiarze też. Ironicznie, porównanie do kaca jest całkiem trafne. A zatem rytuał kambo wygląda tak: człowiek daje się zatruć w dość wymyślny sposób, organizm stara się z tym sobie poradzić, jeśli się uda → profit. Genialne w swojej prostocie, zaiste. To już jest całkowicie nowy poziom. A to wszystko pod przykrywką oczyszczania organizmu... 

"Dziękujemy, Kapitanie Oczywisty!" Ależ nie ma za co. 

Tak zwane „oczyszczanie organizmu” to kolejne oszustwo na skalę światową, porównywalne z „organicznym żarciem”. Ma ono wiele postaci: czasem znachor w swojej książce każe pić wodę z cytryną, czasem sprzedaje jakieś dziwne suplementy albo zabiegi typu oczyszczanie jelita (brrr), czasem lewatywa, a czasem głodówka. Wszystkie te metody łączy jedno: nie działają. Obrazek powyżej właściwie tłumaczy już wszystko. Organizm codziennie sam się odtruwa przy pomocy (ogólnie mówiąc, rzecz jasna) wątroby i nerek. Jasne, jeśli w miarę zdrowo się odżywiasz i nie obciążasz nadmiernie wątróbska alkoholem itp. ten proces zapewne przebiega nieco sprawniej. Jeśli jednak doprowadziłeś w jakiś sposób do uszkodzenia tych zacnych organów to obawiam się, że żadne ziółka ani żaby ci już nie pomogą. Jedynie opieka szpitalna, maszyny i przeszczep.

Jeśli mi nie wierzycie, mam tu kilka linków (i nie zawaham się ich użyć):




[Tu się wypowiada jakiś gość o spotkaniu ze światowej sławy specjalistką od kambo-dżambo. Brał w nim udział m.in również ktoś chory na raka, któremu medycyna już nie mogła pomóc. Artykuł milczy na temat jego dalszych losów, czyli nagłego spektakularnego ozdrowienia raczej nie było (co jest smutne, lecz do przewidzenia). Następuje opis kładzenia wydzielin żaby na ranach po oparzeniach (zwanych "bramami'...okej). Gość opisuje jak malowniczo haftował dalej niż widział i jak dwie osoby straciły przytomność. Widocznie nigdy nie mieszkał w akademiku, skoro uważa takie przeżycia za coś niezwykłego.]

Na tym niestety nadal nie koniec i mamy tonę kolejnych dowodów anegdotycznych, z których moim faworytem jest ten:

(...)jego życie zmieniła podróż na Hawaje, a potem zabieg kambo, któremu poddał się w Warszawie. – Po ceremonii zacząłem sprzątać mieszkanie, wyrzucać nieużywane przedmioty. Potem zacząłem sprzątać swoje życie. Nauczyłem się wybaczać. Zerwałem związek, w którym byłem. Niedługo potem poznałem miłość swojego życia, która miesiąc temu dała mi najpiękniejsze, co dostałem od życia – mojego syna.”
Poddał się „zabiegowi”(?!) w Warszawie, ale trzeba poszpanić pobytem na Hawajach, bo czemu nie (czepiam się z zawiści i w ogóle, ale naprawdę nie wiem, po cholerę ta wzmianka, bo nic nie wnosi). I oczywiście, na pewno nie podróż go skłoniła do refleksji nad swoim życiem czy dosłownie cokolwiek innego. Nope, to była mistyczna moc wydzielin żaby. A jeśli o te wydzieliny chodzi... Osoby wrażliwe na krzywdę zwierząt uprasza się o pominięcie kolejnego akapitu:

Wydzielinę uzyskamy tylko, kiedy żaba jest w stresie. Trzeba więc maksymalnie ją zdenerwować. Łapki żaby przywiązuje się sznurkami do czterech patyków. Tak rozciągniętej żabie dokucza się na różne sposoby. Skrobie się ją, uciska, dmucha się w nią dymem, wkłada do nosa źdźbła trawy. Wydzielinę zbiera się patyczkiem na kawałki drewna i zostawia do przesuszenia. Żaba zaś zostaje wypuszczona z powrotem do lasu.”
Łaskawcy, wypuszczają ją do lasu. Gdzie wskutek tego wszystkiego nieszczęsny płaz jest osłabiony i zapewne umiera. Czy PETA to widzi? Swojego czasu na fejsie wrzucałam artykuł opisujący jak „tradycyjna medycyna chińska” przyczynia się do wymierania zagrożonych gatunków. Czas przypomnieć. I pomyśleć, że to właśnie altmedy tyle krzyczą o #CywilizacjiŚmierci niszczącej naturę.

[poznajemy dwóch kambo-szamanów: nie-Marcina (facet nie chce zdradzać prawdziwego imienia, więc nazwę go Mietkiem, taka podwójna ksywa) i Stefana. A także mamy opinie środowiska entuzjastów żabich wydzielin na temat tragedii z Grodziska i tu się zaczyna interesujący pokaz hipokryzji:]

Na Facebooku praktycy kambo wzięli w obronę prowadzącego, potwierdzając, że zabieg odbył się zgodnie ze sztuką: „Wydzielina obronna amazońskiej żaby jest z powodzeniem wykorzystywana od tysięcy lat w celu poprawy wydolności organizmu. W Polsce już tysiącom ludzi poprawiło to jakość życia. Zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Jeden na tysiące pozytywnych zastosowań. Wypadek, który mógł przydarzyć się (i przydarza) również w innych dziedzinach ludzkiego życia” (Kambo Wawa).”
To chyba mamy dobrze udokumentowane te tysiące przypadków? Konkretne dane, statystyki? Nie? Tak myślałam. Spoko, wyręczę was:


Oczywiście, zgon wskutek wtarcia trucizny w ranę po oparzeniu to nieszczęśliwy wypadek jeden na tysiące. Ale już efekty uboczne jakiegoś leku lub płacz dziecka po szczepieniu może oznaczać tylko jedno: Big Pharma truje!!1! Co udowadnia ktoś poniżej:

Wygląda na to, że to po prostu bardzo nieszczęśliwy wypadek. Współczuję bardzo rodzinie tej kobiety i organizatorom. A kambo nie jest zabawką, to potężna siła, ale śmiem wierzyć, że mimo wszystko bezpieczniejsza niż to, co oferują nam korporacje farmaceutyczne”.
Aha. Czyli wydzielina żaby, w której może być dosłownie wszystko jest cacy, ale lekarstwa z wyszczególnionymi składnikami, dokładnie przebadane są złe. Nie śmiem polemizować z tego typu rozumowaniem. Nawet nie ma sensu.

W mediach wypowiadali się polscy lekarze. Jeden z nich powiedział, że nie istnieje coś takiego jak oczyszczenie organizmu. Inni również kwestionowali medyczną skuteczność wydzieliny żaby kambo.”
Eee... I tyle? Miecio i Stefcio dostają co najmniej ze dwie strony na wychwalanie kambo, a tutaj dwa zdania? Ja naprawdę nie popieram prawdopośrodkizmu i stwarzania wrażenia jakoby ta dwójka znała się tak samo dobrze jak lekarz na różnych sprawach, aaale... Ten artykuł sprawia wrażenie, że wiedzą więcej. I to jest straszne. Przypominam, nie mamy do czynienia z jakąś nawiedzoną stronką typu niewiarygodne.pl gdzie są artykuły o UFO pisane przez i dla entuzjastów UFO, tylko z GW. Niech mnie ktoś przytuli.

[tutaj Stefek i Mietek są oburzeni niewiedzą lekarzy (jak wielkie jest to kuriozum, zobaczymy za chwilę); jest coś o aktywnych peptydach leczących komórki nowotworowe pod mikroskopem. Nie zamierzam w to wnikać, bo mi się nie chce nawet nie o to chodzi. Jeśli jest to faktycznie legit, super, należy sprawdzić, czy można te peptydy wykorzystać do czegoś pożytecznego. Zbadać dokładnie ich wpływ na organizm i milion innych rzeczy. To m.in. robi Big Pharma właśnie. Wydzieliny żab kambo mogą sobie zawierać cuda, ale w postaci naturalnej są po prostu zbyt niebezpieczne i nieprzewidywalne. Bez powodu tej mieszanki nie nazywa się silną neurotoksyną, tak tylko przypomnijmy.]

Hej, słyszeliście o wałęsakach brazylijskich? Czy ktoś dałby się celowo podziabać tym pająkom w celu wyleczenia pewnej, hm, przypadłości? Jeśli dostrzegasz absurd tego pytania, to świetnie. Takim samym absurdem są twierdzenia o leczniczych właściwosciach kambo.



[Mietek zaczyna wymieniać, na co toto rzekomo pomaga oraz przeciwwskazania, a mi się zaczyna kilka rzeczy nie zgadzać:]

[Wskazania]: "Syndrom chronicznego zmęczenia, przewlekły ból, rak, HIV, choroba Parkinsona, choroba Alzheimera, depresja, problemy naczyniowe, zapalenie wątroby, cukrzyca, reumatyzm, artretyzm, uzależnienia."

[Przeciwwskazania]: "Ciąża. Miesiączka. Matki karmiące piersią dzieci w wieku poniżej roku. Osoby z rozrusznikiem serca, chorobami zastawek serca, powiększonym sercem i innymi poważnymi chorobami serca. Osoby z niskim ciśnieniem krwi, które przyjmują leki na to schorzenie. Osoby po udarze, krwotoku mózgowym lub z tętniakiem. Poważne choroby psychiczne. Osoby po przeszczepach narządów. Osoby w trakcie chemioterapii."
Mietek, zdecyduj się. Albo coś jest wskazaniem albo przeciwwskazaniem. I w ogóle coś szeroki ten wachlarz wskazań. Znasz takie powiedzenie: „jak coś się nadaje do wszystkiego, nie nadaje się do niczego”? Chyba, że masz duuużo udokumentowanych przypadków. Ależ nie spiesz się z wysyłaniem, poczekam. Powiedziałabym, że przynajmniej jesteś uczciwy i wymieniasz przeciwwskazania, ale niestety, wiem co powiesz za chwilę.

Ludzie kupują kambo przez internet i aplikują je sobie sami, bez żadnego przygotowania. Robią to też w samotności. A przecież można stracić przytomność, uderzyć głową o podłogę, udusić się wymiocinami.”

Z jednej strony, ludzie robią różne durne rzeczy np. kupują metę na czarnym rynku. Z drugiej strony - nikt im raczej nie wmawia leczniczych właściwości mety z czarnego rynku.

Mam wrażenie, że niektórzy uczestnicy zatajali swe choroby, bo chcieli być zakwalifikowani do zabiegu.”

Aha, czyli to ich wina. Miecio jest czysty jak łza. Nie, żeby komuś wcierał gdzieś truciznę... oh wait.

A ja mam wrażenie, że mogli o nich nawet nie wiedzieć. Czy Mietek zleca jakieś badania, które należałoby wykonać przed rytuałem? Czy umiałby zinterpretować wyniki? Sorry, panie Mietku, jak się oferuje tego typu usługi, to się bierze odpowiedzialność. Nie ma zwalania na innych.

Może teraz będą mieć większą świadomość, jaką ma moc kambo i jakie niebezpieczeństwo może powodować, gdy jest nieodpowiednio użyte. Może odkryją to także osoby, które prowadzą zabiegi bez odpowiedniego przygotowania. Bo są tacy, którzy obejrzą wideo na YouTubie i dochodzą do wniosku, że kambo będzie świetnym sposobem na zarabianie pieniędzy (niemożliwe, naprawdę? – przyp. Rektora). Mam nadzieję, że ta tragedia będzie dla nich kubłem zimnej wody.”

Mietek skończył kurs, który trwał – uwaga – dwa tygodnie. Dwa. Tygodnie. Czujecie ten ogrom wiedzy i doświadczenia, jaki na niego spłynął w zaledwie czternaście dni? Ja też nie. Dwa tygodnie to za mało, żeby choćby opanować język obcy!* Nie obchodzi mnie istnienie organizacji IAKP (co najwyżej niezmiernie dziwi) ani ich egzamin, dla mnie pan Mietek nie rożni się w jakimś istotnym stopniu od przeciętnego absolwenta Uniwersytetu Google'a.

Pytam go, czy po wypadku w Grodzisku Mazowieckim liczba uczestników ceremonii spadła. – Nie. Wręcz przeciwnie. Zainteresowanie się znacznie zwiększyło – odpowiada.”

Co...? Okej, nadal pamiętam, co naskrobałam w pierwszym akapicie, ale... serio? Naprawdę jacyś ludzie stwierdzili coś w stylu „o, ktoś w wyniku tego umarł, must be good shit”? Szczerze, nawet nie wiem, co o tym myśleć. Proszę mi napisać w komciach, co mam o tym myśleć, bo nie mam siły.

Podczas pisania tego tekstu GW nieco uzupełniła swój artykuł. Wspomnieli, że dobroczynne działania nie są w żaden sposób udowodnione i w ostatnim akapicie dali nawet coś o skutkach niepożądanych. Niby lepiej, ale Stefcio i Miecio wciąż mają więcej czasu antenowego. A jeśli faktycznie popularność kambo rośnie w siłę, należy toto obalić, zmiażdżyć i spalić zanim złoży jaja dojdzie do kolejnych tragedii. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale już wolałam homeopatię...

*Zaraz mi ktoś napisze, zależy jaki język i jakie zdolności językowe... Nie wiem, może ktoś zdolny opanowałby podstawy czegoś prostego w dwa tygodnie. Śmiem jednak zauważyć, że zabawa z neurotoksynami do prostych nie może należeć.  

sobota, 31 grudnia 2016

(Niezbyt) Inteligentny Projekt

I niezbyt kreatywny tytuł.  

 

To uczucie, gdy zakładasz blogaska, żeby pośmiać się z ludzi leczących się własnym moczem, a kończysz na krytykowaniu rządu bez zmiany tematyki i to w co drugiej notce. Życie bywa nieprzewidywalne.

Pajace i Spółka ostatnio przewyższają samych siebie, wiem. Jednak w moim Top 3 figuruje ich wspaniała i głęboko przemyślana prawdopodobnie pod wpływem środków halucynogennych reforma edukacji. W skali głupoty ten pomysł znajduje się gdzieś pomiędzy amebą a tosterem. Jest zły pod każdym możliwym względem, a jego podłoże z gruntu idiotyczne. Chyba, że gimnazja faktycznie budowane są z jakiejś szatańskiej czarnomagicznej substancji, która w mgnieniu oka zamienia grzeczne dzieci w bandytów, narkomanów i morderców. Nowa podstawa programowa z kolei ma więcej dziur niż hybryda sera szwajcarskiego z gąbką morską, ale skupimy się właśnie na braku ewolucji.

Osobiście podejrzewałabym raczej, że zostało toto skonstruowane poprzez rzucanie lotkami do starej podstawy i ewolucja nawinęła się przypadkiem. Z drugiej strony, mamy w Sejmie przynajmniej dwóch takich do których „bardziej przemawia kreacjonizm”.

Zobaczmy, nie ma ewolucji, za to zostaje religia... Bardzo ciekawe, co dzieciaki wyniosą z takiej szkoły w temacie pochodzenia człowieka chociażby. Jest to świetny pretekst, żeby przynajmniej trochę się pośmiać z kreacjonizmu, bo cóż nam zostało...

Jak wiadomo, Kościół przyjął pracę Darwina raczej mało entuzjastycznie. Do połowy XIX wieku właśnie kreacjonizm dominował w naukach wszelakich. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło. Naprawdę sporo. Obecnie Kościół nie za bardzo popiera dosłowną interpretację Biblii, a nawet papież Franciszek przekonywał, że teoria ewolucji w żaden sposób nie kłóci się z wiarą.

Co więc w tych czasach w ogóle robi jeszcze kreacjonizm? Dlaczego teoria ewolucji wciąż „kogoś nie przekonuje”? Dlaczego w ogóle niektórzy sądzą, że to jest kwestia wiary (nawet nie religijnej tylko wiary jako takiej)?!

No tak, spisek, oczywiście. To się robi nudne. Komć z Frondy.

Okej, nie wszyscy kreacjoniści interpretują dosłownie Biblię. To robi tylko kreacjonizm Młodej Ziemi. To ci, co uważają, że Ziemia ma 6000 lat i to z nich się toczy największą bekę w internetach. Niektórzy nawet wierzą, że człowiek żył z dinozaurami. Mają nawet własne muzeum! Ale ja nie zamierzam poświęcać im większej uwagi w tej notce, bo każdy widzi jaka to bzdura, a jeśli nie widzi, to mam pytanie: Co jest z tobą nie tak? Jak ci się udaje pogodzić ten pogląd w zestawieniu z całą wiedzą z historii, astronomii itp.? Wierzysz po prostu w światowy spisek czy to coś bardziej skomplikowanego, jak np. próba wiary? Pamiętasz o aluminiowej czapeczce? To nie są żadne złośliwości, autentycznie jestem ciekawa.

 
Kreacjonizm Starej Ziemi na pierwszy rzut oka wydaje się przy tym niemal racjonalny. Biblię traktuje bardziej metaforycznie. Przyjmują np. że pomiędzy pierwszym a drugim dniem minęło te kilka miliardów lat. Czy coś w tym stylu. Najogólniej mówiąc, zdają się nawet przyjmować istnienie ewolucji jako rozwoju gatunków, ale uważają, że za stworzeniem Wszechświata i życia stoi Inteligentny Projektant. Najczęściej Bóg.

W tym momencie zapewne myślicie coś stylu: „No i co z tego? Niech sobie wierzą, lansowanie się ateizmem i jechanie po religii jest tak bardzo 2008, idź się zabić”. Zgadzam się! Mnie naprawdę nie interesuje, czy czyimś zdaniem Wszechświat stworzył Bóg, Makaronowy Potwór, Ksenomorfy czy żyjemy w Matriksie. Ale niech to zdanie trzyma się z daleka od szkół, w których mają być fakty i tylko fakty. Albo możemy uczyć o rakotwórczych właściwościach prezerwatyw, czemu ku*wa nie... 

"Inteligentny Projekt jest alternatywą wobec Teorii Ewolucji. Lepiej i pełniej tłumaczy otaczającą nas rzeczywistość. Jest też zgodny z logiką, obserwacjami i ludzkim doświadczeniem, jak też nowoczesnymi odkryciami z różnych dziedzin wiedzy."

O cholera, pierwsze trzy zdania z brzegu i już jest w nich więcej kłamstw niż w obietnicach polityków. A to o czymś świadczy. Nie, kreacjonizm nie jest żadną alternatywą i żadne myślenie życzeniowe tego nie zmieni. Nie spełnia kryteriów teorii naukowej, nic z niego nie wynika, nie można nic z jego pomocą przewidzieć.

"Teoria Inteligentnego Projektu mówi, że aby wyjaśnić całość bogactwa informacji w strukturach biologicznych, potrzebne są inteligentne przyczyny, i te przyczyny są doświadczalnie wykrywalne. Pewne biologiczne cechy sprawiają, że nie możemy się zgodzić ze standardową teorią Darwina, która mówi o stworzeniu świata w wyniku przypadku. Uważamy, że człowiek został zaprojektowany. Skoro logiczny projekt wymaga inteligentnego projektanta, fakt, że ktoś coś zaprojektował oznacza, że Projektant istnieje naprawdę."

Yyy, to Darwin coś pisał o stworzeniu świata? Co i czemu nic o tym nie wiem? Złośliwości na bok, albowiem wreszcie dochodzimy do sedna problemu: samo założenie, że ktoś musiał zaprojektować takiego np. człowieka już kompletnie wypacza rozumienie mechanizmów ewolucji. Wypacza sens działania doboru naturalnego. A nie, przepraszam, kreacjoniści uważają dobór naturalny za przereklamowany. Bo inaczej ich argumentacja najwyraźniej upada.

Może to nawet i subtelna różnica, ale ma ogromne znaczenie. Moi drodzy, świadomość czy inteligencja tu naprawdę nie jest do niczego potrzebna (chyba, że do uświadomienia sobie z jak wielką bzdurą mamy do czynienia). I nie, to nie jest też w 100% dzieło przypadku, jak kreacjoniści usiłują nam wmówić (co sprawia, że de facto zaczynają się kłócić sami ze sobą...):

"O dziwo, w odniesieniu do teorii ewolucji ludzka wiara w nadzwyczajne przypadki osiąga iście nadprzyrodzone rozmiary. (...)Równie dobrze można mówić o przypadkowym wynalezieniu komputera przez małpy. (...)Wiara w ponadnaturalne stworzenie jest z pewnością pewnym wyzwaniem dla ludzkiego umysłu, jednakże wiara w przypadkowe pochodzenie wszelkiego znanego nam życia przechodzi ludzkie pojęcie i jest całkowicie nie do ogarnięcia przez nasz rozum. Tym bardziej zaskakujący jest fakt, iż ateistyczni ewolucjoniści określają się mianem niewierzących racjonalistów.."

Zacznijmy od początku. Mamy coś takiego, jak DNA. DNA się replikuje. Przy replikacji dochodzi do różnych błędów. Samoistnie albo pod wpływem czynników zewnętrznych jak na przykład promieniowanie ultrafioletowe. Takie słoneczne znaczy się. Jądrowe też się nada, u Marvela nawet daje supermoce. 

Błędy czy raczej konsekwencje tych błędów, mogą być nieznaczne lub kolosalne. A czy do czegoś się przydadzą, to już jest kwestia – niezwykle istotna – filtru środowiska.

Więc mamy na przykład populację miśków. Żyją sobie w klimacie umiarkowanym. Populacja ma zarówno osobniki o nieco gęstszym i rzadszym futrze i wszystko spoko. Robi się zimniej. Nie trzeba być geniuszem, żeby wywnioskować, które miśki w zimniejszym klimacie mają większe szanse przetrwania i przekazania genów. Cecha gęstego futra zatem się umacnia wypierając osobniki o rzadszym futrze. Ja tu żadnego przypadku nie widzę; widzę przepiękny ciąg przyczynowo-skutkowy. Znaczy, to jest spore uproszczenie, zaiste, ale z grubsza pokazuje o co chodzi. 


 

Co, myślicie, że to koniec? Hahaha. Oto, czego NIE wyjaśnia teoria ewolucji, szach mat, darwiniści!

  • skąd wzięły się i dlaczego działają niematerialne prawa przyrody (fizyczne, chemiczne, matematyczne, biologiczne, logiczne); - Co to ma do teorii ewolucji?
  • skąd wzięły się materia i energia – to nadal zła dziedzina...
  • skąd wzięła się informacja, wymagająca: kodu, nadawcy, odbiorcy, treści, urządzeń ją przetwarzających (a tym właśnie jest DNA i struktury biologiczne organizmu) – to 
    nadal nie ma nic wspólnego z ewolucją.

  • jak coś, co jest niematerialne, może zaistnieć, czy ewoluować (informacja jest wielkością niematerialną) – ale organizm jest raczej materialny. A informacje obecnie najczęściej ewoluują w internecie. I to w jakieś dziwne rzeczy.
  • skąd wzięły się biologiczne systemy nieredukowalnie złożone- czyli takie, gdzie brak jakiekolwiek podzespołu skutkuje niemożnością działania całości, a takich systemów nasz organizm ma tysiące. To jednoznacznie wskazuje na projekt – o, za chwilę nie zostawię na tym suchej nitki...
  • skąd wzięła się samoświadomość. - Co znaczy „skąd się wzięła”? Chyba raczej jak powstała? Powstała, bo najwyraźniej mogła, jak sądzę. 

Jak każda pseudonauka, kreacjoniści stosują ten sam chwyt. To chyba obowiązkowe: „Nauka nie wie [czegośtam] → nauka ssie → ale MY jesteśmy fajniejsi i wiemy! → cho do nas! → a teraz kup ten proszek po 500 zł za kilogram/ wypij truciznę, żeby się skontaktować z kosmitami”. Czy może tak robią sekty? Nie wiem, gubię się. I naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego oni wiecznie mieszają do ewolucji Big Bang albo powstanie życia samo w sobie. A co to do diabła jest biologiczny system nieredukowalnie złożony?! Dlaczego ta nazwa jest taka napuszona i Word ją podkreśla? Ratuj nas, wujaszku Google!

Nieredukowalna złożoność - oznacza, że system (mechanizm) nie jest w stanie działać, gdy zabraknie choćby jednej części. Każdy system lub organellum wewnątrz komórki biologicznej posiada wieloskładnikowe części, z których wszystkie są niezbędne do jego funkcjonowania. Jeśli usunie się choćby jedną część, dany system jest bezużyteczny.”

Cóż, korzenie koncepcji „jak coś jest skomplikowane, to musiało zostać zaprojektowane” sięgają... 45r. p.n.e. Cyceron o tym pisał w De Natura Deorum. W naszych czasach głównym popularyzatorem tej idei jest niejaki Michael Behe, biochemik. Smutne.


"Czy komórka mogłaby funkcjonować, gdyby którakolwiek z tych struktur nie powstała jednocześnie z innymi? Aby np. wyprodukować DNA, komórka potrzebuje ponad 75 różnego rodzaju protein. Jednak proteiny są produkowane tylko pod kierunkiem DNA ... jedynym rozwiązaniem tego dylematu jest STWORZENIE: gotowy projekt uwzględniający wszystkie powiązania między składnikami. Uwzględniający również wymogi środowiskowe i budulcowe by móc funkcjonować."

Czy autorowi tego cytatu wydaje się, że komórka tak nagle powstała w kształcie, w jakim znamy ją obecnie? Jeśli tak, to owszem, jest to niesamowicie durne założenie. Nieuwzględnienie takich rzeczy jak skala czasowa, promieniowanie, skład chemiczny praoceanu i atmosfery również. Ale po co wnikać, stwierdzenie „ktoś to stworzył” jest o tyle prostsze. Z takim podejściem do świata żylibyśmy jeszcze w jaskiniach (co pewnym ludziom najwyraźniej i tak by nie przeszkadzało... wszak natura i tak dalej). 

Zobaczmy... dowiedziono eksperymentalnie, że jak najbardziej możliwe jest wytworzenie się cząstek organicznych w warunkach zbliżonych do tych panujących około 4 miliardów lat temu na Ziemi (Eksperyment Stanleya Millera w 1953 r.). Potem nie powstało od razu DNA, tylko raczej RNA. RNA otoczyło się membraną fosfolipidową i tak prawdopodobnie wyglądała pierwsza komórka. A zresztą, co będę przepisywać...

Źródło: Pochodzenie i ewolucja komórek  

Mam nadzieje, że jest to choć w miarę legit.


Zaraz... coś mi się właśnie rzuciło w oczy.

W systemach nieredukowalnie złożonych, wszystkie elementy muszą być na swoim miejscu, aby całość mogła pracować. Dobrym przykładem są takie mechanizmy jak np. łuk albo pułapka na myszy.”

Przyglądając się hieroglifom wyrytym na ruinach egipskich pomników, nikt nie przypisałby kształtów i układow tych symboli przyczynom naturalnym , takim jak erozje, burze piaskowe, trafienia piorunem. Rozpoznajemy w nich dzieło starożytnych skrybów - inteligentnych ludzkich sprawców.
Podobnie - posągi postaci na Wyspach Wielkanocnych - widać po nich, że nie powstały w efekcie działania wody i wiatru w długim czasie."
Jeśli dołożyć do tego argument o zegarku, wychodzi na to, że kreacjoniści zdumiewająco często argumentują za Inteligentnym Projektem przyrody podając rzeczy stworzone przez człowieka i tworząc przez to analogie do komórek albo gałek ocznych. Bez sensu. Jeśli tak bardzo chcą czegoś dowieść, to powinni sięgnąć np. po takie zdjęcie:



Serio, widząc coś takiego, jestem o wiele bardziej skłonna uwierzyć w działanie jakiegoś Stwórcy. Inteligentnego, aczkolwiek obdarzonego specyficznym poczuciem humoru. Na moje (nie) szczęście, wiem, iż jest to jedynie iluzja mózgu, który od razu widzi to, co chce. Mózgi to naprawdę leniwe skurczybyki. Ale niektóre bardziej.

Gdy staramy się przedstawić wszechświat, wyprowadzić matematyczny wzór, to szybko odkrywamy, że są tysiące parametrów i danych, które w razie zmiany czynią życie niemożliwym. (…) Gdybyśmy byli 5 % bliżej słońca woda w oceanach wygotowałaby się, gdybyśmy byli 1 % dalej oceany zamarzłyby. Siła grawitacji jest precyzyjnie wyważona - większa - zbyt duże ciśnienie atmosferyczne, mniejsza - nie ma atmosfery. Grubość skorupy ziemskiej jest niesłychanie ważna, okres obrotu Ziemi i oddziaływanie grawitacyjne z księżycem muszą być odpowiednie. Wszystko to określono jako zasadę antropiczną, co przemawia za Projektantem.”

Tak, to wspaniałe, że Projektant nas umieścił akurat na Ziemi, a nie gdzieś na Wenus czy Plutonie - jak to ujął Weinberg [źródło].

Technicznie nie jest to do końca kłamstwo, ale też nie cała prawda. Można było się spodziewać, że kreacjoniści zakochają się w zasadzie antropicznej. Zaczęło się w 1961 r. od fizyka Roberta Dicke'a. Próbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pewne wartości wynoszą akurat tyle i dlaczego zmiana kompletnej pierdoły jak np. zwiększenie wagi protonu o zaledwie 1% (ulegałby rozpadowi tworząc neutron, co z kolei uniemożliwiłoby powstanie stabilnego atomu) zmieniłoby kompletnie oblicze Wszechświata. Dicke zasugerował, iż wartości te są jakie są, bo... istnieją ludzie i zadają to pytanie. Tak w skrócie. Pierwszy raz nazwy „zasada antropiczna” użył australijski fizyk teoretyczny Brandon Carter w 1973 r. Żaden z nich nie postulował istnienia Projektanta, tak na marginesie. 

Aktualnie wyróżniamy, ogólnie rzecz biorąc, słabą oraz silną zasadę antropiczną (i kilka pośrednich, subtelnie się różniących). Słaba jest opisana powyżej; istniejemy, bo Wszechświat ma akurat takie właściwości, że możemy. Albo na odwrót. Rozwiązaniem tego dylematu mogłaby być koncepcja multiwszechświata: jeśli istnieje nieskończona liczba Wszechświatów, to istnienie takich a nie innych wartości w naszym przestaje być dziwne.

(Smolin przedstawił nawet interesujący model będący analogią ewolucji darwinowskiej: zakłada on, iż każda czarna dziura tworzy „swój” wszechświat, który dziedziczy niejako właściwości „świata-matki” z pewnymi modyfikacjami. Co oznacza, że Wszechświat który np. zapadnie się zbyt szybko w pewien sposób „ginie” - taka ciekawostka, skoro jesteśmy przy ewolucji)

Kreacjonistów interesuje, jak mniemam, ta silna wersja. Ta jest już bliżej związana z kwestiami teologicznymi – stwierdza, że Wszechświat musi mieć takie właściwości, aby mogło powstać w nim życie. Niektórzy uczeni wprost skłaniają się ku twierdzeniu, iż musiał powstać według jakiegoś planu, jednak sama w sobie o żadnych projektach nie mówi.
   
Zasada antropiczna, słaba czy silna, budzi kontrowersje i z pewnością ma wiele problemów. Pierwszy i najważniejszy to chyba ten, że nie ma ona żadnej mocy przewidywania i potencjału do wyciągnięcia nowych informacji. Dlatego jest to bardziej koncepcja filozoficzna. Jasne, skłania do przemyśleń, zadawania pytań i tworzenia interesujących modeli alternatywnych Wszechświatów i to jest jeden z jej pożytecznych efektów ubocznych. Drugi problem – mamy raczej małą próbkę statystyczną: jeden Wszechświat i jedną planetę na której występuje życie. Śmiem twierdzić, że to jednak niewiele. Osobiście uważam, że po prostu zbyt mało jeszcze wiadomo, żeby móc jednoznacznie stwierdzić „przypadek” czy znane nam właściwości Wszechświata jednak z czegoś wynikają.Powinniśmy się starać dowiedzieć, z czego i zwalczyć to poczucie własnej zajebistości, "ach, to dla nas".

Nieźle, kreacjoniści, ale to za mało, żeby obalić teorię ewolucji... Ale proszę się starać, Nobel czeka. Tym optymistycznym akcentem kończymy i nocię i cały cholerny rok 2016. Powodzenia wszystkim.