wtorek, 3 października 2017

Zastrzyk Botoksu Prosto w Mózg

...czyli jak okaleczyć się psychicznie na całe życie.


Jak łatwo i (nie)przyjemnie zniszczyć sobie mózg? Cóż, można dużo chlać. Można wpaść w dragi. Można bardzo mocno przywalić głową w twardą powierzchnię. Można go przemielić mikserem przez oczodół. Opcji jest sporo. Można też, ostatecznie, wybrać się na "Botoks". Później tak czy siak mikser pójdzie w ruch w desperackiej próbie zniszczenia ośrodków pamięci.
Witajcie, jestem Rektorem Uniwersytetu Guggla. Ja obejrzałam „Botoks”, więc wy już nie musicie! Zgadza się, teraz na blogasku będę m.in recenzować filmy. Ale tylko te horrendalnie złe i durne. Kto wie, może pojawi się i słynny „Vaxxed”, antyszczepionkowa Biblia. Ale w tym celu będę musiała wytrzeźwieć i przepracować traumę, co prawdopodobnie potrwa kolejne pół roku. Poważnie, wychodząc z kina czułam się dosłownie brudna i zapewne nawet ług z papierem ściernym sobie z tym nie poradzi. Ale można próbować.

Ostrzegam, recenzja zawiera lekkie spojlery, o ile da się zaspoilować coś bez fabuły czy choćby ładu i składu. I nie zamierzam punktować i prostować KAŻDEJ bzdury, kłamstwa lub rzeczy, która mnie wku*wiła w tym wiekopomnym arcydziele kinematografii, gdyż istnieje realne ryzyko, że po drodze umarłabym ze starości. Dlatego wybiorę zaledwie kilka punktów, które najbardziej podniosły mi ciśnienie (tak, to będzie długa notka).

Film, przynajmniej w teorii, opowiada o losach czterech kobiet związanych w jakiś sposób z pewnym Szpitalem z Piekła Rodem - Danieli (Olga Bołądź), Beaty (Agnieszka Dygant), Magdy (Katarzyna Warnke) i Patrycji (Marieta Żukowska). Pierwsza zostaje ratowniczką – ot tak, z marszu – chleje w karetce, a następnie stara się zaciągnąć na smycz Big Pharmy metodą "dej, mam horom curke". Druga wciąga opioidy po wypadku na motocyklu i zostaje dawczynią komórek jajowych. Trzecia robi w tym wesołym szpitalu aborcję za aborcją, co jej się nie podoba. Czwartą zdradza mąż z powodu „brzydkiej cipy” więc postanawia ona (bohaterka, nie cipa) poświęcić swe życie labioplastyce i odkrywa patent na wielokrotne orgazmy.

(Jest to jedno z dzieł, które wystarczy streścić, ale nie po to cierpiałam psychicznie i fizycznie przez dwie i pół godziny...)

Czemu „w teorii”? Bo w praktyce panuje tu jeden wielki CHAOS. Film cierpi na ostre zaburzenia koncentracji uwagi i nie jest w stanie zatrzymać się przy jednej postaci na dłużej niż dwie sekundy. Dzięki temu zabiegowi nie tylko bardzo szybko przestaniemy ogarniać kto jest kim, ale i co się w ogóle dzieje. Wątki wyskakują nagle z dalekich czeluści rzyci żeby równie szybko w tejże zginąć. Wszystko to jest przeplatane przypalonymi sucharami na poziomie św. pamięci gimnazjum, typu „flakon perfum w odbycie”, haha-haha, jakże zabawne. Tak bardzo zabawne, że ten gag pojawia się dwukrotnie. A gdy scena powinna po tych dwóch sekundach się zakończyć, to jak na złość trwa w nieskończoność. Jakbym chciała oglądać gościa gniotącego morświna przez parę minut, odpaliłabym serwis internetowy o stosownej tematyce*. Może celem Vegi było trollowanie widzów ponad granice wytrzymałości.

Jestem dziwnie przekonana, że scenariusz powstawał drogą losowania na czymś takim:


 - Szefie, to co w tej scenie będzie?

- Nie wiem, ku*wa, pie*dolony pedale, zakręć tym je*anym kółkiem i się ku*wa        dowiesz.

- Hm, "poród"... Ale już mamy dwa!

- To będzie ku*wa jeszcze jeden i ch*j.

Tak było, przysięgam na czeki od Big Pharmy #TAKBYŁO. 

Co do gry aktorskiej, wygląda jakby obsada uczyła się w Akademii im. Tommy'ego Wisseau. Jedynie Tomasz Oświeciński daje radę – przynajmniej jest zabawny – ale za mało się pojawia. Choć ta cała słaba gra pewnie nie jest to do końca winą aktorów, w końcu i w Paryżu nie zrobią z gówna ryżu. Postacie delikatnie mówiąc, mogłyby zostać napisane lepiej. Weźmy choćby pracowników szpitala albo koncernu farmaceutycznego. To karykatury karykatur złych bohaterów Disneya, brakuje im tylko czarnych pelerynek i złowieszczego podkręcania wąsa z głośnym „muahahaha”. Ciężko ich określić nawet jako jednowymiarowych, są zaledwie punktami w geometrii Euklidesowej. Olewają pacjentów albo są dla nich wybitnie chamscy, chowają ich po szafach, czasem gwałcą, mylą nogi przy amputacji, w gabinecie piją kawkę z koleżankami, wprost żądają łapówek, wprost mówią o mordowaniu, fałszują dokumentacje medyczne i co tylko chcecie.

Ktoś mógłby rzec: „Ale Rektorze, może ty nie rozumiesz, może to ma być taka czarna komedia, wiesz, satyra w krzywym zwierciadle o szpitalu rodem z horroru”. No właśnie... Film nie tylko nie może się zdecydować czyje losy śledzić, nie może się też zdecydować czym właściwie chce być. Komedie oparte wyłącznie na niewysokich lotów świńskich dowcipach mają szansę się udać, przypomnijmy sobie choćby „Straszne Filmy”. Ale „Botoks” pomiędzy tymi wszystkimi żarcikami o ciałach obcych w rzyci serwuje nam sceny które mają być poważne. Już pomijam fakt, że ciężko jest je traktować poważnie po „prześmiesznym” sucharze #1205567, to akurat chyba w jakimś sensie zaleta. Zauważmy, nie reklamują tego jako komedii roku, za to na wstępie i w trailerach widnieje napis: „Inspirowany prawdziwymi wydarzeniami” - żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. I tu dochodzimy do głównego problemu...

Ja wiem, że są lekarze kiepscy, nawet źli. Zdarza się olewanie pacjentów i przyjmowanie łapówek. Wiem, że w szpitalach dochodzi czasem do karygodnych zaniedbań. Było kilka skandali z pijanymi ratownikami, ale nawet one nie są wystarczającym usprawiedliwieniem istnienia „Botoksu”. Bo to są wyjątki, chociaż film udaje, że norma i ogólnie przyjęty standard. Zwietrzono tu łatwy zysk. Zaufanie do medycyny przeżywa kryzys. Jak się lekarz nie spodoba pacjentowi (zasłużenie czy nie) ten zamiast skonsultować wątpliwości z innym, leci do internetów i znachorów. Jasne, system w tym kraju też odgrywa niepiękną rolę, do specjalistów są horrendalne kolejki i nie każdego stać na leczenie prywatne. To są problemy. Należałoby coś zrobić. Ale po co, najlepiej wszystkim wmówić, że doktory to tylko by zabijały (tylko po co? Wszak to nie znachor) - najważniejsze, żeby hajs się zgadzał. Nie, Vega, jakieś brednie o pojedynku światła z ciemnością mnie nie przekonują. 

Nawet nie wiecie jakie wyrzuty sumienia mam z racji dorzucenia mu kilku srebrników do kieszeni... Ale nie jarałabym się tak tymi liczbami; na "50 Twarzy Greya" w jeden weekend poszło podobno 830 tys. Polaków. Chill the fuck out, dude.
Ten foszek jest żałosny. Sztuka powinna umieć obronić się sama. Choć tak pompatyczna obrona filmu składającego się w 80% z suchara jest dość zabawna, przyznaję. 

Ups, miałam krytykować dzieło, a nie jego twórcę. Przepraszam, ale przecież nie mogłam nie zwrócić uwagi na taki brylant.

Swoją drogą, zaiste, sala prawie pełna... Do dziś zastanawiam się, ilu z tych ludzi przyszło dla jaj, ilu z ciekawości o co tyle szumu, ilu chciało obsmarować ten wytwór kultury na jakimś blogasku, a ilu, o zgrozo, przyszło na serio i potraktuje to wszystko na serio. Oby jak najmniej. Dlatego wróćmy do filmu.

"Botoks" zdążył już zasłynąć sceną aborcji, która ma tyle wspólnego z prawdą ile kambo z medycyną. Prolajfy piszą już peany na ten temat więc tak jakby nie jest dobrze. Do Magdy przychodzi stereotyp nr.30948, czyli „Down do mnie nie pasuje, usuńcie to”. Tak, potencjalni rodzice dziecka z Downem nie mają poważniejszych dylematów ani obaw niż to, czy dziecko pasuje do kiecki, ależ skąd. Dopiszemy ich do długiej** listy obrażonych w tym filmie grup społecznych... Piąty miesiąc, trochę późno, ale spoko, lekarka zmienia datę ostatniej miesiączki i jedziemy z tym koksem. Po wszystkim na tacce leży... noworodek. Zdrowy, donoszony. Serio. Ok, mam pytanie: nie udało się znaleźć żadnego grafika, który by stworzył płód cyfrowo bo wszyscy się wymówili klauzulą sumienia czy to miała być jakaś metafora? I czy ten szpital się specjalizuje w późnych aborcjach czy co, skoro na tej tacce co chwila jakieś dzieci umierają?

Inne pytanie: w jakiej rzeczywistości żyją prolajfy? Z pewnością nie w tej samej co reszta ludzkości. W ich świecie doktory nic, tylko by skrobali dzień i noc. Tymczasem Alicja Tysiąc bujała się od lekarza do lekarza aż było za późno; inna „za bardzo zajmowała się tyłkiem” w którym to radośnie rozwijało się jakieś paskudztwo i się zmarło dziewczynie, bo płód ważniejszy... Właśnie klauzula sumienia jest jednym z poważniejszych raków w służbie zdrowia. Już chwilami ciężko nawet o antykoncepcję - zarówno przed jak i po, bez różnicy. W takich okolicznościach naprawdę mam popierać Magdę? Wolne żarty. Może Zły Ordynator grywa w golfa z Hitlerem i zjada pieczone szczeniaczki na śniadanie, ale gdy jej mówi „jak się nie podoba, to wypie*dalaj” - sorry, ale ma rację. Piękne samozaoranie, filmie, moje gratulacje.

Ciąże, aborcje i porody to w ogóle jakby lejtmotyw „Botoksu” (obok sucharów). Co jest dziwne, bo nie tego się spodziewałam po filmie o takim tytule. Enyłej, 2/4 głównych bohaterek w którymś momencie rodzi w tym filmie, kolejna próbuje zajść. Tylko jedna się ostała, choć wyjęła „wczesnoporonną spiralę śmierci”... (Ok, teraz poważnie: Vega, naprawdę w wierzysz w te bzdury czy po prostu bezczelnie kłamiesz? Nawet nie wiem, co gorsze). Być może czepiam się na siłę, lecz dość powiedzieć, iż przy ostatniej scenie (nie powiem jakiej, miejcie tę homeopatyczną ilość suspensu) darłam się w duchu: „Tak, filmie, łapię, dzieci to sens życia kobiety, załapałam już, naprawdę, czy możemy przejść do kolejnej durnej... o, już koniec. Hurra!”. Ale jak mówię, jestem ciut w tym temacie przewrażliwiona, więc może akurat ten zarzut nie ma sensu. Zwłaszcza, że mam wiele innych:

O, na przykład bodaj najbardziej kuriozalna postać w filmie robi coś niesamowicie śmiesznego - zgadniecie, co? Taki eko-ziom z tych co biegają nago po lesie zbierając pokrzywy, wyobraźcie sobie, ten frajer bada się w kierunku chorób wenerycznych zanim zaczyna współżycie z nową partnerką! Hahahaha, jakie to przezabawne, łapiecie, ŁAPIECIE? Ja też nie. Dzieło najwyraźniej chce w ten sposób nam powiedzieć: Nie badajcie się, drogie dzieci, tak robią tylko lamusy i lewaki. Super przekaz, gdy coraz więcej młodzieży zaraża się kiłą i rzeżączką. Ten film zasługuje po prostu na wszystkie Oskary świata.

Powinnam chyba pochylić się jeszcze nad wątkiem Złej Big Pharmy. Standardowo, jest sobie koncern co finansuje lekarzom wycieczki na Hawaje żeby ci przepisywali leki, które nie działają. Diluje też tabletkami z cukru pudru, więc może to nieporozumienie i tak naprawdę jest to koncern homeopatyczny? Nieważne. Za to ten oto koncern wymyślił... depresję (zakamuflowaną jako AH37 czy coś równie durnego). No za*ebiście. Tyle ludzi walczy, żeby skończyć ze stygmatyzacją chorych na depresję i inne schorzenia psychiczne; próbują uświadomić społeczeństwu, że to prawdziwe choroby powodujące realne cierpienie a nie „fanaberie, bo wystarczy wziąć się w garść”... a film sobie lekką ręką stwierdza, że to wszystko jest wymysłem koncernów. Ten motyw również trwa zaledwie parę sekund i nikt potem już o nim nie wspomina. I bardzo dobrze, w przeciwnym wypadku pewnie zostałabym obciążona grubą karą finansową za dewastację kina. 

Wystarczająco złe jest przedstawianie chorych psychicznie jako nieobliczalnych, groźnych szaleńców (co popełniła kiedyś Katarzyna Michalak w "Bezdomnej" - "Botoks" stoi leży na bardzo podobnym poziomie) ale wmawianie, że wcale nie chorują, a tym samym bagatelizowanie ich stanu i dolegliwości jest równie złe, jak nie gorsze. Już zresztą coś o tym pisałam, nie ma sensu się powtarzać. Tak czy siak, mamy kolejną grupę społeczną obrażoną przez "Botoks". Może film próbuje pobić jakiś rekord czy coś...?

Jeśli dotarliście do tego momentu, pewnie macie wiele pytań w stylu: co, do cholery, cały ten cyrk właściwie ma wspólnego z tytułowym botoksem? Odpowiedź brzmi: niewiele. Wątek operacji plastycznych owszem jest, aczkolwiek film chyba sam nie wie co o nich myśli, więc skąd ja mam wiedzieć? Ogólnie wychodzi chyba, że przemysł medyczny jest zły i mroczny, ale te operacje fajne, bo można se zrobić fajowe cycki i podbić nimi świat, jak to ma miejsce w przypadku jednej z bohaterek. W sumie - kto jej broni, ale czy ze strony dzieła nie jest to pewna hipokryzja? Ale mętne jest to wszystko jak surowiczy płyn wysiękowy, może w tym momencie akurat film szydzi sam z siebie; naprawdę nie wiem i nie chcę wiedzieć, mam dość analizowania bzdur bez sensu.

Nie, naprawdę, mam dość. Pora na konkluzję. Komu polecam "Botoks"? Hmm... Fanatycznym prolajfom, którym nie przeszkadza, że coś jest totalnym syfem dopóki podziela ich punkt widzenia. Jesli chodzi o resztę rasy ludzkiej – nie, nie, do diabła, nie! Nie oglądajcie, nie zbliżajcie się, nawet o tym nie myślcie za bardzo. Poczytajcie sobie „50 kawałów o lekarzach” z grającym pornosem w tle jednocześnie waląc głową w ścianę - da to mniejwięcej podobny efekt. A jeśli naprawdę bardzo, ale to bardzo musicie naocznie się przekonać o potworności tej abominacji, zaopatrzcie się przynajmniej w odpowiednią ilość środków odurzających - przydadzą się.

TL;DR Jak ci się nie chce przedzierać przez te wypociny, możesz posłuchać Nostalgia Critica, którego bezczelnie kalkuję na początku wpisu.


Nie mam nic więcej do dodania. Dziękuję, dobranoc, czekam na przelew. 

*Nie chodzi o to, że jestem jakaś pruderyjna i seksy/masturbacje mnie rażą; razi mnie wciskanie seksów i pochodnych na siłę, gdy nie są do niczego potrzebne i tylko wydłużają i tak zbyt długi film.

** Kompletna lista(?): kobiety(poza rozegzaltowaną Magdą, są to głównie karykaturalne zimne suki), mężczyźni (poza nielicznymi wyjątkami, męska część ekipy zdradza, gwałci albo przynajmniej kopie małe kotki), lekarze, ratownicy, pielęgniarki, homoseksualiści, uchodźcy, (potencjalni) rodzice dzieci upośledzonych, chorzy na depresję, pracownicy koncernów farmaceutycznych, aptekarze, transseksualiści, wierzący...

czwartek, 21 września 2017

Rant o Białogardzie

Raz na jakiś czas odwali się coś takiego, że aż martwe blogaski zmartwychwstają. Czemu martwe? I to drugi raz? A głównie z braku contentu. Tzn: content jest i to sporo, ale po jakimś czasie te wszystkie bzdury zlewają się w jedno i mam wrażenie, że po raz n-ty czytam to samo. Trucizny, chemia, blabla, nasiona uga-buga leczą raka, blablabla, spisek żydomasonów, blabla... Na ile sposobów człowiek może napisać "szczepienia nie powodują autyzmu, nasiona nie leczą i przestań się smarować tą żabą, ty chory po*ebie"? No właśnie. Jednak tłumy mnie błagały: "Rektorze, wróć!" (no... przynajmniej jedna osoba napisała... pozdro, ziom), to se myślę – w sumie, czemu nie.

Jeśli Rektor ma kiedykolwiek wrócić raz a porządnie, to prawdopodobnie poszerzy jeszcze trochę tematykę blogaska i może nawet przestanie się przejmować tym, że w sumie na niczym się za bardzo nie zna. Dlaczego znachorzy i szarlatani nie mają podobnych dylematów? A może mają, tylko szelest banknotów skutecznie je zagłusza?

Źródło: TheLogicOfScience
No, skoro ten niezręczny moment mamy już za sobą, to wróćmy na stare śmieci – czyli do smażenia* antywacków.
*Nie wiem, jak lepiej przetłumaczyć "#roast".

Tak, chodzi o głośną aferę w Białogardzie. Jeśli mieszkałeś przez ostatni tydzień pod kamieniem czy w innej jaskini: w białogardzkim szpitalu urodziło się dziecko w 36tc, było nieco osłabione i wychłodzone. Rodzice nie zgodzili się na żadne zabiegi medyczne czy pielęgnacyjne, w tym nawet na badania przesiewowe. Lekarze mając związane ręce powiadomili sąd, ten w trybie ekspresowym ograniczył prawa rodzicielskie na czas pobytu w szpitalu. Rodzicom się to nie spodobało, więc zabrali dziewczynkę i sruuu w długą, do homeopaty. Teraz w ukryciu wrzucają filmiki do sieci, a Socha a.k.a córka Stirlitza prawdopodobnie będąca z nimi w kontakcie nie ma pojęcia czego policja od niej chce. Wczoraj jednak sąd uchylił prawa, a rodzice domagają się odszkodowania od szpitala w wysokości 500.000 zł.

Jak to zwykle bywa w przypadku takich incydentów, internauci podzielili się na dwa obozy: Team CoZaKurwaDebile i Team BrawaDlaTychPaństwa znany również jakoTeam StopNop. Pewnie nikt mi nie uwierzy, ale wbrew pozorom nie uważam ich za tak do końca złych ludzi ani nawet złych rodziców. Owszem, w pierwszym momencie na funpejdżu wykpiłam, bo taką mam manierę, ale po refleksji w sumie jednak w pewnym sensie współczuję. Nie oni pierwsi i nie ostatni dali się omamić stekowi bzdur z internetów, choć zaiste chyba jako pierwsi posunęli się tak daleko. Zapewne święcie wierzą, że robią dobrze. Team Brawa zresztą to cały czas podkreśla: "Rodzice wiedzą najlepiej!".

Niestety, są na świecie również rodzice fundujący swoim dzieciom lewatywy z wybielacza. Oni zapewne również wierzą, że robią dobrze i wiedzą najlepiej. W tym jednak problem, że nie wiedzą. Nie mają zielonego pojęcia, co robią. Bio-hasełka szarlatanów brzmią ładnie, są proste, oni sami są często przekonujący i charyzmatyczni, otaczają ich kółeczka wyznawców o cechach sekty. Ci rodzice ukrywający się teraz przed policją może i rzeczywiście nie należą do szczególnie lotnych, rozsądnych i odpowiedzialnych – ale nie są ofiarami "opresyjnego systemu szczepień", a wręcz przeciwnie – ofiarami ruchów antyszczepionkowych, szarlatanów, bzdur w internecie, których nie ma komu weryfikować i wreszcie tej cholernej mody na eko-bio-organiczne WSZYSTKO, z porodem włącznie. A ich nieszczęsne dziecko ofiarą podwójną. Na wodzie z cukrem daleko się nie zajedzie.

Rzecz jasna, nie jest to tak do końca usprawiedliwienie, bo dorosły człowiek powinien wiedzieć, że nie przyjmuje się wszystkiego bezkrytycznie od "znafcuff" z internetu. W dodatku poród zmedykalizowany akurat był, więc... coś się tu kupy nie trzyma.

Istnieje też szansa, że akcja była zaplanowana celem wyłudzenia odszkodowania czy po prostu zrobienia zadymy wokół szczepień. Spekulacje na ten temat będą jednak miały w tym momencie wartość równą mniej więcej wróżeniu z fusów, więc skupmy się na faktach...

A jakie są fakty? Ano takie, że antywacki odleciały w kosmos. Niestety, jedynie mentalnie. Fizycznie nadal tu są i robią burdy.

StopNopy nie byłyby StopNopami jakby się nie próbowały wybić. Usiłują za wszelką cenę zrobić z lekarzy tych złych, organizują jakieś nagonki i pikiety."Patrzcie" – mówią – "Te złe lekarze tak bardzo chcieli wszczykiwać trucizny, że aż musieli uciec! Prawa odebrane w 4 godziny!". Sam Kim Dzong Un nie powstydziłby się takiej propagandy. Starają się wszystkim wmówić, jakoby tymczasowe ograniczenie praw (nie odebranie) i zaangażowanie policji było spowodowane wyłącznie odmową szczepień. Jak na ironię, akurat to w tym całym cyrku ma chyba najmniejsze znaczenie. Typowe antyszczepy mają całe poradniki o wymigiwaniu się od szczepień czy grzywny za ich brak. Czasem coś wykradną, czasem podrobią... Co najwyżej wypłakują się na fejsbuczku jak to biorą ich za wariatów i nikt ich nie rozumie, buu. Jedynie Sanepid po czasie interweniuje, wtedy oni mu odpisują jakieś głupoty i tak się ciągnie. A może nawet i płacą, ale nadal nie szczepią.

W tym wypadku rodzice zabronili lekarzom robić cokolwiek przy dziecku. Wychłodzonym, nieco zbyt wcześnie urodzonym dziecku, którego stan powinien być pod kontrolą. Oczywiście, przy porodzie asystowało prawdopodobnie całe Stowarzyszenie-Wzajemnej-Adoracji, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wszystko wiedzą? Wiedzą, że dziecko było w świetnym stanie, że wystarczyłoby je ogrzać ciałem matki (bo od promiennika jeszcze się napromieniuje i zamieni w Hulka #icowtedy), że lekarze chcieli koniecznie zmyć cały cenny surowiec jakim jest maź płodowa. Nie wszyscy wiedzą za to czym jest zabieg Credego, ale brzmi podejrzanie więc na pewno też jest zły. Coś niewiele słychać, że rodzice zabronili dziecko nawet zbadać (badania przesiewowe etc. których znaczenia, mam nadzieje, tłumaczyć nie trzeba) – i jeśli miałabym się zakładać o pieniądze, to obstawiam, że gdzieś tu przekroczono granicę „pie*dolę, dzwonię do sądu, bo z tymi nawiedzonymi nie da się dogadać”.

Przy okazji – porusza się wagę komunikacji na linii „lekarz-pacjent”. Nikt nie zaprzeczy, że lekarze są ludźmi i bywają różni: od takich traktujących pacjentów jak irytujące muchy po prawdziwe anioły z powołaniem. Może się też zdarzyć lekarz znakomity w sztuce medycznej, ale nie do końca najlepszy w sztuce kontaktów międzyludzkich i miliard innych kombinacji. Oczywiście, dobry kontakt jest bardzo ważny, jak pokazuje np. ten artykuł o placebo. Ciężko powiedzieć, co zaszło w tej sytuacji. Lekarze z tamtego szpitala wciąż podkreślają, że próbowali rozmawiać i przekonywać. Cóż, jeśli ci rodzice zachowywali się chociaż po części jak przeciętny antyszczep którego znamy z internetów (mają tak znakomitą odporność na argumenty, że wygląda jakby była efektem szczepionki), to absolutnie się nie dziwię takiemu obrotowi sprawy. Tym lekarzom zależało na dziecku. Czy dało się to załatwić inaczej? Nie wiem, nienawidzę liściastej herbaty, więc nie powróżę za bardzo. 

Nie, ani lekarze ani koncerny farmaceutyczne nie trzepią tyle kasy na szczepionce, żeby opłacało im się organizować pościg w sprawie jednego dziecka. Koncerny o tym nawet nie wiedzą, chyba że jakiś Polak z któregoś z miliarda działów opowiedział kolegom przy kawie. To nie jest żaden spisek, proszę się rozejść.

Jakoś mnie nie przekonują argumenty pt. „ich dziecko, więc mogą robić co im się podoba, życiu nic nie zagrażało”. Wracamy w tym momencie do lewatyw z wybielacza - można, bo to moje dziecko? No chyba jednak nie, to jest jakby nie patrzeć człowiek i nie zasługuje na zejście z powodu wylewu krwi do mózgu, bo ludzie mający się nim opiekować zabronili podania witaminy K. Oczywiście, antywacki gorąco popierają i tę decyzję, w końcu natura wie najlepiej i nic tu nie trzeba poprawiać. Wygląda na to, że mają nowego wroga. Pewnie przywracanie zapomnianych chorób już im się znudziło, teraz będą przywracać zapomniane niedobory razem z ich skutkami. Jak szaleć, to szaleć.

"Tę witaminę". Oprócz bycia kompletnym dupkiem, hipokrytą, socjofobem oraz feministką z wąsem, jestem też znanym gramatycznym nazistą.

Coś czuję, że niedługo dojdzie do takich sytuacji:

- Dziecko ma wadę serca, wskazana operacja. 
- A po co operacja? Zbędna ingerencja!

Bo jak podawać witaminy, to tylko witaminę C. Lewoskrętną. Przynajmniej szkorbut nie powróci, hurra. Nieważne, że witamina K ledwo co przenika przez łożysko i jej niedobór jest właściwie pewien. Nieważne, że jej niedobór może powodować krwotoki, tzw. VKBD (Vitamin K Defficiency Bleeding). W 2013 r. sześcioro dzieci trafiło do szpitala w stanie ciężkim z tego powodu [źródło]. Jedno doznało ciężkiego uszkodzenia mózgu, dwa średniego. Nieważne, totalnie zbędna ingerencja. Jak będzie jakiś krwotok to wsadzi się cieciorkę i będzie git.

Próbowali argumentować, że preparat był niedopuszczony do obrotu i nawet nie nadawał się dla dzieci poniżej drugiego roku życia (Vitacon). A łajno prawda, według najnowszych informacji w szpitalach używają tego.

Jak komuś mało, znalazłam pełny dokument z zaleceniami Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego dotyczący witaminy K. Po polsku.

Nada się? Bo mam jeszcze wzór chemiczny. Jak widać, nie kryją się tam nawet żadne podstępne atomy rtęci.

źródło: Gugiel


Nikt nie zasługuje też na utratę wzroku w wyniku rzeżączkowego zapalenia spojówek, bo jakiś geniusz w internecie poradził oczy zakropić mlekiem. Laktoterroryzm wśród antyszczepów pięknie kwitnie o każdej porze roku, więc nawet mnie to nie dziwi. Mleko matki zaradzi na wszystko. Fakt, że dzięki zabiegowi Credego znacznie spadła ilość zachorowań (1874r – 13,6% spadło do 0,6% w 1880 [źródło]) zapewne tłumaczą sobie tak jak zwykle – poprawa warunków sanitarnych, higiena, blablabla. Nie przetłumaczysz.

Zero? Ja bym powiedziała, że aż nadto, co wpędza w depresję matki, które nie mogą karmić naturalnie. I rozumiem, że jeśli uznam lewatywy z wybielacza za dobre dla sposobu wychowania mojego dziecka, to nikt nie ma prawa się wtrącać?


Na deser zostawimy sobie maź płodową. Można by dojść do wniosku, że nie należy jej zmywać co najmniej do osiemnastki, taka jest super.

Przed polio też? Tak tylko pytam.
Łaa, nie bijcie, ZROBIŁAM RISERCZ. Wiem, nawet WHO zaleca pierwszą kąpiel opóźnić o jakieś 24h. Tylko, nie za bardzo się znam, przecież z krwi opłukać jednak trzeba? Podobno toto w ogóle się dość dobrze trzyma, to po delikatnym spłukaniu przecież by całkiem nie zeszło? I od kiedy to antywacki słuchają rządzonego przez Ksenomorfy WHO? Tyle pytań... Yyy, to może zostawię ten temat w spokoju. Zastanawiam się tylko, czy większe konsekwencje dla zdrowia dziecka będzie miało zmycie mazi czy zabranie go ze szpitala bez badań i niczego. W dodatku równie dobrze mogło pójść o zwykłe osuszenie, które WHO akurat zaleca. Wiadomo, co artykuł, to inna informacja. Gdzieniegdzie piszą też o inkubatorze.

No dobra, maź mazią, wszystko wszystkim, ale czy naprawdę trzeba szczepić noworodka w pierwszej dobie...? Krótka odpowiedź brzmi: tak.

Nasza Jenny McCarthy, legenda we własnej osobie grzmi od piątku: "TYLKO U NAS I W BUŁGARII SIĘ SZCZEPI W PIERWSZEJ DOBIE ŻYCIA PRZECIWKO GRUŹLICY, TO SKANDAL!!1!" a nie zada sobie prostego pytania: dlaczego? A jakby ktoś ją zapytał, zapewne dowiedziałby się czegoś o spisku, bo Polska jest takim kozłem ofiarnym Europy, że nawet Big Pharma akurat nas sobie upatrzyła na poligon doświadczalny #takbyło. I jeszcze Bułgarię. I parę innych krajów. Macki Big Pharmy nie znają żadnych granic!

Ej, ale ja tylko tak żartowałam...

To uczucie, gdy piszesz jakąś chamską satyrę przejaskrawiając do granic możliwości 4 the lolz, bo przecież nikt tak nie myśli... po czym wracasz do internetów i widzisz to samo napisane prawie słowo w słowo, tylko na serio. Poza tym, częściowo zgadzam się z antywackiem, pora umierać...
Nie, nie, powód jest bardzo prosty – szczepi się, bo jest taka konieczność. I tyle. Oddaję głos panu Grzesiowskiemu:

"Gdyby nasza sytuacja epidemiologiczna była inna np. jak w Niemczech, to moglibyśmy szczepić później a nawet wcale."

Czy antyszczepy to widzą? Czemu same sobie strzelają w kolano?

"Gruźlica to realne zagrożenie - mamy 20 zachorowań na 100 tysięcy, podobnie żółtaczka typu B - niby spada, ale właśnie wszedł w okres prokreacji wyż z lat 70., w którym wiele kobiet jest nosicielkami wirusa. Noworodek matki nosicielki, jeśli nie podamy mu szczepionki, zapewne ulegnie zakażeniu, co grozi nie tylko zapaleniem wątroby, ale jej zniszczeniem (marskość) lub później rozwojem nowotworu wątroby.
Inne szczepionki nie są podawane tak wcześnie, bo dziecko jest chronione przez pierwsze tygodnie życia przez przeciwciała odmatczyne. Ale nie przed gruźlicą.
Co do żółtaczki typu B to jest szansa, że niebawem do okresu prokreacji dojrzeje pokolenie lat 90., które w całości jest zaszczepione przeciw żółtaczce, co wpłynie na pewno na zmianę w kalendarzu szczepień."
Źródło(nie najwyższych lotów wprawdzie, jednak wypowiedź temat wyczerpuje)

Według tych statystyk jeszcze w 2015 mieliśmy 19 zachorowań na 100,000. Dla porównania w Niemczech - 9.

To samo WHO zalecające nie zmywać mazi przez 24h, zaleca w ciągu tych samych 24h podać szczepionkę przeciwko WZW B. Where is Your God now? 

Ja rozumiem, ludziom się nudzi, więc sobie wymyślają teorie spiskowe na najróżniejsze tematy żeby ten szary świat nabrał barw; żeby był jakiś wróg, którego można by epicko pokonać, ale może bez przesady...?

Podsumowując, antywacki dość podle wykorzystują sprawę z Białogardu na swoją korzyść (choć ostatecznie wygląda na to, że przyjaźń kwitnie), a ich bohaterka i mentorka ma szansę niemalże zrównać się z Wakefieldem. Bo w świecie pseudonauki łamanie prawa nazywa się walką z systemem i daje +50 do lansu. Rodzice już trafili do poczetu męczenników antyszczepionkowych bez względu, czy tego chcą czy nie. W dodatku jeszcze politycy zaczynają się interesować, a więc niech Bór ma nas w swojej opiece, jeśli ma się pojawić więcej farmazonów w stylu Jakiego.

Może i się wycofał, ale dość mętnie, a internet i tak zapamięta. Źródło: Wprost

Jeśli odtąd czyjaś „intuicja” ma decydować o sposobach leczenia, to proszę zatrzymać tę planetę, ja wysiadam poszukać sobie innej. Mam nadzieję, że sprawa zakończy się w miarę pozytywnie, a dziewczynka jak dorośnie i usłyszy tę historię wybuchnie śmiechem i powie: "No co ty, mamo, chyba żartujesz! Szczepionki są bezpieczne, wszyscy to wiedzą!". Na taką przyszłość liczę. Więc pewnie się nie wydarzy. 

niedziela, 19 lutego 2017

Anecdata o pigułce śmierci

Która uratowała mi życie.


Od jakiegoś czasu media huczą o genialnej decyzji rządu w temacie przywrócenia "pigułek po" na receptę. Podobno kobiety wsuwają je jak cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Podobno są plany, aby dosłownie je zdelegalizować (pigułki, nie kobiety, chociaż kto wie). Tak, peron najwyraźniej odjechał komuś już tak bardzo, że nawet plemnikowi w kobiecie nie wolno przeszkadzać w dotarciu do przeznaczenia i zrujnowaniu kobiecie życia. I oczywiście, nie ma żadnych ważniejszych spraw w tym kraju. 

Opowiem Wam anegdotę. Ludzie kochają anegdoty. Oto, przez co musi przejść człowiek w czasach „pigułki po” na receptę...

Miejsce akcji: duże miasto nad morzem. 
 
Czas akcji: sobota wieczór (około 20), przeddzień jakiegoś święta. Czyli najlepszy moment z możliwych.

Stało się, zabezpieczenie się popsuło, że tak to ujmę. 

Ożeżkurwajapierdolęobożecoterazniechmniektośzabijebłagam. W moim życiu ogólnie nie ma miejsca na żadne dzieci, ale wtedy było go jakby jeszcze mniej. I nie mówię o metrach kwadratowych, choć i z tym ciężko. Trzeba działać. Pierwszy obrany kierunek: internista w nocnym punkcie opieki medycznej. Pani bardzo mi współczuła, ale nie mogła nic zrobić, nie miała uprawnień. Wypisała jakiś kwitek (zabijcie mnie, ale nie wiem dokładnie jaki, w panice nie rejestrowałam takich szczegółów) i poradziła udać się do szpitala. No to jadę, a zegar tyka.

W szpitalu mówię szeptem pani rejestratorce z czym przychodzę, dostaję krzywe spojrzenie. I słusznie, bo wstyd jak ch...olera zawracać w szpitalu głowę czymś takim, ale prawo jest prawem, co miałam robić?! Iść prywatnie w poniedziałek? Za późno... Mam iść do pokoju takiego a takiego, w dół i na prawo. Przed owym pokojem spotykam pielęgniarkę, jak mi się wydaje. Pyta, czego tu szukam. To mówię, po raz trzeci. O nie, pani doktor czegoś takiego nie wypisze. Dlaczego?!

 „Bo to szpital przyjazny dziecku!” 


Mam ochotę wrzeszczeć, jakie dziecko, co ty pie*dolisz kobieto?! Dawajcie tę cholerną receptę na tę cholerną pigułkę albo za parę tygodni będziecie mi wyciągać rurę od odkurzacza z c*py! (jeśli kogoś oburzył ten niesmaczny żart, bardzo mi przykro, to nie jest żart). Zamiast tego podaję kwitek od pani internistki. Pielęgniarka robi wielkie oczy, też nie wie co to, ale idzie z tym do lekarki. W tym momencie jestem przekonana, że za chwilę dosłownie padnę na zawał i nawet się z tego cieszę, bo to oznacza koniec kłopotów. Nagle staje się cud, lekarka zgadza się mnie przyjąć. Zbadała, trochę marudziła, ale chyba udało mi się wzbudzić na tyle dużo litości, że wypisała receptę. Hurra! Normalnie mam Złoty Bilet!



Teraz wystarczy tylko znaleźć dyżurną aptekę (w tym momencie jest grubo po północy), odstać w kolejce licząc, że farmaceuta nie ma sumienia – na szczęście nie miał, los postanowił się wreszcie zlitować – i można połknąć tę nieszczęsną pigułkę i odetchnąć ze względną ulgą. Gdy jakiś czas potem pojawił się okres, otworzyłam szampana.

Pół strony. Ta emocjonująca, pełna przygód historia zajęła pół strony. W czasie rzeczywistym kilka ładnych godzin. A mieszkam w dużym mieście! Nawet trzech! Wolę nie myśleć w jak czarnej rzyci mogłabym się znaleźć mieszkając na jakimś, za przeproszeniem, zadupiu.

I nawet nie wiem do końca jak skomentować fakt, że zostałam potraktowana jakbym przyszła z żądaniem aborcji w co najmniej siódmym miesiącu ciąży. Chodziło przecież głównie o niedopuszczenie do zapłodnienia komórki jajowej. Albo niezagnieżdżenia zapłodnionej (ciąża zgodnie z definicją zaczyna się właśnie od zagnieżdżenia). Jak widać, nie trzeba nawet faktycznego płodu, żeby zdegradować kobietę do roli inkubatora. Wystarczy płód czysto potencjalny i już masz przej*bane. Czy ja mieszkam w jakimś kraju trzeciego świata? O przepraszam, myślałam, że to środek Europy w XXI wieku.

A gdyby podobna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy później, wszystko zamknęłoby się w jednym zdaniu i zeżarło o wiele mniej czasu, nerwów i wypalonych fajek. Przez te niecałe dwa lata akurat już więcej nie było takiej konieczności, ale o ile człowiek czuł się bezpieczniej.

A teraz mądrale jeden z drugim udają wielce zatroskanych o los głupiutkich kobiet, co EllaŁony łykają codziennie jak tik-taki i usiłują wmówić, że te recepty są dla naszego dobra. Skąd mają takie dane? Nikt nie wie (znaczy, ja wiem. Z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę). 

Interakcje z innymi lekami? Działania niepożądane? Nadużycia? W takim razie należałoby wprowadzić recepty dosłownie na wszystko, łącznie z paracetamolem. Wróć, przede wszystkim na paracetamol. Tylu ludziom musiałam tłumaczyć dlaczego leczenie kaca Apapem to nie najlepszy pomysł... W tym przypadku szanowne Ministerstwo (haha) Zdrowia wątpliwości nie ma? A co z lekami typu viagra? I czemu jakoś w innych krajach nikt nie ma z tymi pigułkami po takich problemów?

Btw: Działania niepożądane w przypadku tej konkretnej tabletki nie są wcale nie wiadomo jakie straszne... 


 Przywołajmy jeszcze perełkę – co ja mówię, istny brylant! - jaką była wypowiedź o „pigułce śmierci, która niczego nie leczy”. Najwyraźniej termin „leczenie profilaktyczne” jest panu posłowi Suskiemu obcy. Chociaż teraz pewnie się dowiem, że ciąża to nie choroba. Okej, a „niekorzystne zjawisko” może być?

profilaktyka «działania mające na celu zapobieganie niekorzystnym zjawiskom, zwłaszcza chorobom»
• profilaktyczny • profilaktycznie 
 
W innych postach stricte o aborcjach podawałam dość sporo argumentów na to, dlaczego ciąża czasami może być wybitnie niekorzystnym zjawiskiem. Na przykład gdy ktoś nie chce dzieci. I to powinno wystarczyć.

Tyle pytań. A najważniejsze brzmi: kogo oni chcą nabrać? Subtelność ich działań dorównuje pociągowi towarowemu. Spadającemu z urwiska. 

Nie, PiSie, wbrew temu co prawdopodobnie myślicie(?), nie pogodziłabym się z ewentualną ciążą i nie urodziła wam podatnika jakby nikt nie dał mi tej przeklętej recepty albo pigułka nie zadziałała, bo ktoś dał ją za późno. Prędzej zrobiłabym sobie poważną krzywdę usiłując się czymś zatruć, coby jak najbardziej uprzykrzyć zarodkowi życie. Prawie na pewno usiłowałabym zdobyć normalne leki wczesnoporonne (pigułka „po” nim nie jest, niech to wreszcie do kogokolwiek tam dotrze. Mogę dopomóc cegłą). W najgorszym razie strzeliłabym sobie w łeb. Także gratulacje, właśnie zwiększacie liczbę aborcji, z którą tak walczycie. Brawo.





A tak w ramach postscriptum - zobaczcie, fajki robio aborcje!

 

I tak, internecie, wiem, palenie w ciąży jest złe z wielu powodów. Jednak czy naprawdę trzeba walić klienta po pysku niemedycznym terminem jakim jest "dziecko nienarodzone"? Co jest złego w "płodzie"? Albo po prostu coś w stylu "nawet jeden papieros szkodzi w ciąży" analogicznie jak w przypadku alkoholu? "W ciąży nie palę"? Cokolwiek? Już się nawet nie wypowiem na temat użytego zdjęcia. Powinnam się cieszyć, że przynajmniej darowali sobie zupę z płodów. 

Aha, jeśli jesteś ortodoksyjnym wyznawcą prolajfu i chcesz mi pod tą notką napisać coś odkrywczego w stylu "trzeba było się nie ruchać" - znajdę cię i wsadzę ci w d*pę największego arbuza jakiego znajdę. Możemy to nazwać lewatywą arbuzową oczyszczającą z toksyn. Że co, nie mam prawa? Przecież ostrzegałam. Trzeba ponosić konsekwencje. 





poniedziałek, 13 lutego 2017

O chorobach, których nie ma

Tyle, że są. I są niebezpieczne.


Powiedzieć, że internety są pełne bzdur to tak jakby stwierdzić "Wszechświat jest całkiem spory". I tak jak we Wszechświecie można się natknąć na supermasywną czarną dziurę, tak i w internetach są swoiste czarne dziury, które pochłaniają i kumulują w sobie okoliczne bzdety tworząc coś, czemu trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć żeby mieć pewność, że to nie ironia. Na przykład portal aleksjones.pl. Czegóż tam nie ma! Smugi chemiczne, GMO, NWO i RPG...  I oczywiście cała masa bzdur o szczepieniach. Bardzo ujął mnie tekst o wymownym tytule: "Nawet psy zdychają po szczepieniach". Sądząc po przypisach, autor jest wielkim fanem doktora Jaśkowskiego. Więc z okazji Walentynek (okazja równie dobra jak kazda inna), przypomnijmy sobie, dlaczego nie należy słuchać tego typu bredni, a za to należy szczepić nasze cholerne dzieci (to parafraza, proszę na mnie nie krzyczeć).  
"Jak donosi ostatnio prasa angielska z 08 lipca 2016 roku, Stowarzyszenie Weterynarzy Wielkiej Brytanii ostrzega właścicieli psów, że po szczepieniach występuje alergia i zgony."

Po wypiciu kawy wyrżnęłam głową w drzwi od szafki. Lobby kofeinowe chce mnie wykończyć! Jaka znowu prasa? Taka? Jeśli coś ma w tytule jakąkolwiek odmianę słowa „natura”, to prawdopodobnie jest bardzo złym miejscem.

"Okazało się, że po nowo wprowadzonej szczepionce przeciwko rzadkiej i łagodnej chorobie, jaką jest u psów leptospiroza, zanotowano liczne powikłania, drgawki, niewydolność immunologiczną i zgony. Szczepionka Nobivac znanej firmy Merck ma ograniczenie wiekowe, nie powinna być stosowana u psów poniżej 10 tygodnia życia. Natomiast Stowarzyszenie Weterynarzy WSAVA ostrzega, że nie powinna być podawana przed 12 tygodniem życia."


Za Vetopedią, dosłownie pierwszy akapit: Znana również jako choroba Stuttgardzka lub choroba Weila - choroba zakaźna wywoływana przez kilka typów bakterii z rodziny Leptospira. Może mieć przebieg bezobjawowy, ostry bądź czasami nawet nadostry. U psów bardzo młodych, osłabionych i nieszczepionych w ok. 30% przypadków może mieć skutek śmiertelny."

Łagodna jak diabli, rzeczywiście. W dodatku może się przenieść na ludzi i jest dla nich groźna. Co dalej? Dowiemy się, że wściekliznę można wyleczyć wlewem z witaminy C?


W okresie trzech lat po wprowadzeniu zanotowano ponad 2000 powikłań i 120 padnięć psów. Już w 2014 roku Europejska Agencja Leków EMA ostrzegała o możliwości powikłań, ale zezwoliła na wprowadzenie na rynek.”
Wygląda drastycznie, jednakże VMD precyzuje, iż tego typu przypadki stanowią zaledwie 0,064% wszystkich szczepień. I są to najpewniej reakcje alergiczne, które jak najbardziej mogą wystąpić i naprawdę nikt tego nie ukrywa.

I mamy kolejny problem szczepionkarski.”

Oraz interesujące słowotwórstwo.



"Po pierwsze, Merck jest to ta sama firma, która produkuje i wmusza jako obowiązkowe szczepionki MMR, stosowane przeciwko odrze, śwince i różyczce. Wszystkie te choroby mają bardzo łagodny przebieg i wg wiedzy podręcznikowej z 4. roku medycyny, nie wymagają żadnego leczenia."
Merck coś wmusza? Myślałam, że przepisy tworzą rządy. Wróć, przecież rządami manipuluje Merck i reszta ekipy z Big Pharmy/Illuminati/Reptilian/Ksenomorfów. I dlatego właśnie prezydentem USA został antyszczepionkowiec (oraz mizogin, rasista, denialista globalnego ocieplenia...). Tak dla zmyły. 
 
Natomiast za każdym razem gdy czytam, jakie te choroby są łagodne a czasem nawet dobroczynne, budzą się we mnie iście mordercze instynkty. Ale o tym dalej.


"Jak wiemy. już w 2014 roku biegli sądowi udowodnili, że szczepionka MMR powoduje autyzm.”
Wiemy, doprawdy? Jak mniemam, chodzi o rozprawę sądową we Włoszech. To odszkodowanie przyznane rodzicom dziecka, które „trzy dni po szczepieniu zapadło na autyzm” najwidoczniej nadal doprowadza antywacków do orgazmu. 

Jak to dobrze, że nigdy się nie zdarza wykorzystywanie jakichś mniejszych lub większych luk prawnych żeby dostać odszkodowanie za dosłownie jakąkolwiek bzdurę typu poparzenie kawą w McDonaldzie... oh wait. Tego samego roku pojawiła się metaanaliza danych nie wykazująca żadnego związku szczepień z autyzmem, ale to oczywiście mają gdzieś. Witajcie w XXI wieku, panie i panowie: kiedy o nauce decydują anegdoty i wyroki sądowe, a nie badania.


Epidemia autyzmu rozpoczęła się w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to FDA dopuściła do sprzedaży pierwszą wersję tej szczepionki. Potem było tylko gorzej. O ile przed szczepieniami nie znano pojęcia AUTYZM, to obecnie stwierdza się u chłopców jeden przypadek autyzmu na 35 porodów.”
Jest w tym jakaś gorzka ironia: odra, świnka i różyczka są łagodne i niegroźne, ale autyzm to czyste zło. Nieważne, iż wielu spośród najwybitniejszych umysłów wszech czasów prawdopodobnie w tych czasach mieściłoby się w spektrum ASD. To, że kiedyś nie znano jakiegoś pojęcia, nie znaczy, że dana rzecz nie istniała. Zgodnie z tą logiką można by stwierdzić, że wirusy nie istniały przed 1892r. kiedy to zostały odkryte.

I skąd te dane: 1/35? Prędzej 1/50.

Źródło: Insufferably Intolerant Science Nerd



O nie. TEN moment. Złapcie się czegoś. Mocno.


Odra.
Przyczyną jest zarażenie kwasem rybonukleinowym - RNA - wirusa. Zakażenie odbywa się drogą kropelkową, czyli poprzez ślinę z człowieka na człowieka. Nosicielstwo jest nieznane [że co?]. Objawy są typowe dla chorób wirusowych: łzawienie, katar zaczerwienienie oczu, temperatura. Charakterystyczne dla odry są tzw. plamki Fiłatowa- Koplika. (…) Leczenia choroba nie wymaga. Wystarczają ewentualnie leki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe. Najważniejsze jest zapewnienie spokoju, świeżego powietrza. W naszych polskich warunkach choroba kończy się całkowitym wyzdrowieniem. Bardzo rzadko dochodzi do powikłań.”
Od czego by tu zacząć...
  1. Gorączka potrafi wynieść nawet powyżej 40 stopni.
  2. A może wymienisz te powikłania, autorze? W przypadku szczepionek przychodzi ci to bardzo łatwo. Ale spoko, ja to zrobię: biegunka (8%); zapalenie ucha (7%); zapalenie płuc (6%); zapalenie mózgu (0,1%)... Im młodsze dziecko tym większe ryzyko powikłań. Że nie wspomnę o obniżonej odporności.
    [Źródło
Różyczka
Też jest chorobą zakaźną, polegającą na wniknięciu RNA wirusa do organizmu. Na ogół przebieg jest łagodny, z plamistą wysypką i powiększeniem węzłów chłonnych na karku. Powiększenie węzłów chłonnych może się długo utrzymywać.
Podobnie, leczenie nie jest potrzebne. Chyba, że łagodne środki uspokajające, najlepiej ziołowe, dla młodych matek, obawiających się o zdrowie dziecka.”
Niech będzie, komplikacje po różyczce akurat są rzadsze niż przypadku odry, ale jest tu pewien haczyk. Jeśli „młoda matka” (?) akurat jest w kolejnej ciąży, to najlepsze środki ziołowe jej nie pomogą... a raczej rodzeństwu, które ma się urodzić. Grozi mu bowiem zespół różyczki wrodzonej, zwany też zespołem Gregga. O ile nie dojdzie do poronienia. W naszym cudownym JP Pro-Lajf na 100% kraju ta szczepionka powinna być sprawą najwyższej wagi czyż nie?

Cóż, Różyczka akurat jest całkiem zadowolona z takiego obrotu spraw...

 
"Świnka
Przyczyną jest także zakażenie RNA paramyksowirusa. Podobnie zakażenie rozprzestrzenia się drogą kropelkową, czyli poprze ślinę. Objawy to wzrost temperatury ciała, obrzęk ślinianek, początkowo jednostronny, w 70 % przypadków może być dwustronny.
Leczenia specjalnego świnki nie ma. Można podawać środki przeciwzapalne w rodzaju ibubrofenu. Anglosasi podają rutynowo paracetamol, moim zdaniem zupełnie bez sensu. Samo obniżenie temperatury jest utrudnianiem walki organizmu z wirusem. Tak więc przestraszona matka, podająca leki obniżające temperaturę, działa na szkodę dziecka i utrudnia wyzdrowienie. Jeżeli w jakimkolwiek przypadku temperatura zbliża się do 40 stopni, wystarczają zimne okłady na pachwiny. Należy pamiętać, że przeciwciała, jako wynik walki organizmu z wirusem, powstają dopiero po 10 -15 dniach. Nie można tego procesu przyspieszyć. Więc nie należy się niecierpliwić. Tatusiowi, aby nie przeszkadzał można podać piwo.
I najważniejsze, dziecku nie tylko można, ale powinno się podać zabranianą normalnie gumę do żucia, lub inne twarde ciasteczka, ulubione cukierki. Żucie zwiększa wydzielanie śliny, a tym samym wpływa na wydalanie wirusa."
To jedna z nielicznych chwil, gdy autentycznie nie wiem, jak coś skomentować. Ee, może nie wiem za dużo o wirusach, ale zdaje się, że mnożą się raczej całkiem szybko i raczej przez ślinę się ich nie pozbędziemy tak łatwo ... Zimne okłady jak gorączka dochodzi do 40 stopni?! Większość ludzi w takim momencie leci raczej z dzieckiem na pogotowie. Oczywiście, świnka również się wiąże z powikłaniami.

I zauważmy, że dla mamusi to ziołowe środki uspokajające, a dla tatusia piwerko. Ofkors.  


 
"Tak więc widzimy wyraźnie, że firma Merck specjalizuje się w produkcji szczepionek praktycznie na nieistniejące choroby. Niestety ciągle jej coś nie wchodzi. Ale od czego mamy użytecznych trolli"
Ano, ktoś musi prostować te bzdury zanim zrobią komuś krzywdę... Na przykład zdarzy się epidemia odry w Disnejlendzie czy gdzieś. Autorze, te choroby praktycznie nie istnieją (choć w tym momencie można polemizować) z jednego prostego powodu. Nie, nie jest to higiena ani inne tego typu bzdury.


"(...)To daje podstawy negowania związku przyczynowego. Jak pies padnie w tydzień czy dwa po szczepieniu, to taki weterynarz traci klientelę, Jak dziecko umrze w rok czy dwa po szczepieniu, to nikt nie będzie łączył tego ze szczepieniem."


Zaczęło się od autyzmu a teraz o umieraniu? Nieźle.


"(...)A jak się broni lobby szczepionkowe? W bardzo prosty sposób: określiło w odpowiednich ustawach, że związek czasowy pomiędzy szczepieniem, a powikłaniem nie może wynosić więcej, jak 7 -30 dni. Po prostu dealerzy szczepionkowi widząc małe dziecko, traktują je jak królika doświadczalnego i w podobny sposób obliczają wiek. W ten sposób ratuje się portfele koncernów."


Dealerzy szczepionkowi” <3 Nie no, jasne, powinni rozszerzyć tak gdzieś do 100 lat, a co tam. Za ile zgonów wtedy odpowiadałyby szczepionki!
 
"A zdrowie dziecka?
A kogo to obchodzi?"
 
 Cóż, mogę z pewnością wskazać, kogo nie obchodzi zdrowie dziecka z obniżoną odpornością, zbyt młodego na jakąś szczepionkę...

"(...)Przykładowo: Dr William Thompson epidemiolog z CDC ujawnił, że CDC wiedziało już od 2004 roku o możliwości wystąpienia autyzmu po podaniu szczepionki MMR. Dr W. Thomson ujawnił fakt fałszowania wyników przez producenta. Proszę zastanowić się, dlaczego ta informacja w Polsce jest tajna, łamana przez poufną, przed przeczytaniem spalić."
Może po prostu nie wszystkich w Polsce interesują dramy i zdrady trzech oszołomów zza oceanu, o których osobiście pisałam ponad rok temu.Tak, też dokopałam się do tej niesamowicie tajnej informacji. Dosłownie wykradłam ją Barackowi Obamie spod poduszki.

O, teraz autor każde zdanie zaczyna od dramatycznego "dlaczego?!". 

"Dlaczego jeszcze nie sprowadzono filmu VAXXED, jako filmu szkoleniowego nie tylko dla PT Pediatrów, wykonawców ustawy Sejmowej o przymusie szczepień, ale i dla Posłów i Senatorów?"

I dzieci w szkole. Niech oglądają zaraz po „Niemym Krzyku”. A potem narzekajmy jaka ta młodzież niedouczona.

"Dlaczego biuletyny Izb lekarskich nie informują, że w szczepionkach znajdują się nanocząsteczki?"

 Bo się nie znajdują...? Mają potencjał i w ogóle, ale...



"Dlaczego PT Pediatrzy o tym nie wiedzą?
W podobny sposób zachowują się nanocząsteczki w organizmie człowieka, swobodnie przekraczając barierę krew - mózg.
A przecież Pan Bóg stworzył ją w celu zabezpieczenia rozwijającego się mózgu dziecka przed toksynami środowiskowymi [Czy ja dobrze widzę? Naprawdę to napisał? Niech ktoś potwierdzi, że też to widzi, bo nie zasnę w nocy...]. I w Kraju, w którym podobno ponad 90% osób deklaruje się katolikami, czyli uznającymi pojęcie Grzechu Systemowego, ci sami ludzie udają, że nic złego nie robią. To się dzieje dla tej przysłowiowej stówy więcej."


Z tym się zgodzę, w katolickim kraju należałoby pozamykać szpitale i w razie choroby zdać na Boga. W końcu nie wolno się wtrącać do boskiego planu.


"Dlaczego oszukuje się społeczeństwo i lekarzy, że szczepionki są najlepiej przebadanymi preparatami medycznymi, kiedy nie ma ani jednej pracy naukowej pokazującej, co się dzieje z dzieckiem, któremu poda się 16 szczepionek w okresie roku, czy dwu lat?"


Mam takie, które pokazuje co się dzieje nawet 20 lat po, może być? No dobra, to akurat tylko MMR. Ale człowieku, poważnie - 16 szczepionek z ledwo albo i w ogóle nieżywymi, rozczłonkowanymi wirusami w okresie roku? Każdego dnia od narodzin układ immunologiczny zwalcza z 100x tyle. O, patrz, mam papiery.


"Szczepionka MMR zawiera neurotoksyny: aluminium oraz 0.3mg ludzkiej albuminy, 25mikrg neomycyny, 14,5 mg sorbitolu, 14,5 mg hydrolizowanej żelatyny."
Zieeew...

"Atenuowane szczepy wirusa różyczki są hodowane na komórkach z płodów aborcyjnych."
Lepsze poronione naturalnie czy co?
"Po szczepieniu dziecko sieje dookoła wirusami przez okres ok. 4-8 tygodni."
 Przynajmniej takimi ledwo żywymi. A chorujące nie sieje ani trochę, c'nie? 

"I pomimo tej powszechnej wśród zainteresowanych wiedzy, w Polsce jest przymus szczepień. Sam musisz sobie odpowiedzieć dlaczego i co się za tym kryje."

 Może fakt, że choroby i epidemie nie są fajne, ale hej, jestem Ksenomorfem, co mogę wiedzieć..

Post powstał w ramach akcji "Walentynki dla proepidemików" (opłaconej przez Sorosa, Illuminatów i inne Yeti, a co myśleliście). Pozostałe laurki znajdziecie na blogach i fanpage'ach:







http://www.doktor-mama.pl/