czwartek, 21 września 2017

Rant o Białogardzie

Raz na jakiś czas odwali się coś takiego, że aż martwe blogaski zmartwychwstają. Czemu martwe? I to drugi raz? A głównie z braku contentu. Tzn: content jest i to sporo, ale po jakimś czasie te wszystkie bzdury zlewają się w jedno i mam wrażenie, że po raz n-ty czytam to samo. Trucizny, chemia, blabla, nasiona uga-buga leczą raka, blablabla, spisek żydomasonów, blabla... Na ile sposobów człowiek może napisać "szczepienia nie powodują autyzmu, nasiona nie leczą i przestań się smarować tą żabą, ty chory po*ebie"? No właśnie. Jednak tłumy mnie błagały: "Rektorze, wróć!" (no... przynajmniej jedna osoba napisała... pozdro, ziom), to se myślę – w sumie, czemu nie.

Jeśli Rektor ma kiedykolwiek wrócić raz a porządnie, to prawdopodobnie poszerzy jeszcze trochę tematykę blogaska i może nawet przestanie się przejmować tym, że w sumie na niczym się za bardzo nie zna. Dlaczego znachorzy i szarlatani nie mają podobnych dylematów? A może mają, tylko szelest banknotów skutecznie je zagłusza?

Źródło: TheLogicOfScience
No, skoro ten niezręczny moment mamy już za sobą, to wróćmy na stare śmieci – czyli do smażenia* antywacków.
*Nie wiem, jak lepiej przetłumaczyć "#roast".

Tak, chodzi o głośną aferę w Białogardzie. Jeśli mieszkałeś przez ostatni tydzień pod kamieniem czy w innej jaskini: w białogardzkim szpitalu urodziło się dziecko w 36tc, było nieco osłabione i wychłodzone. Rodzice nie zgodzili się na żadne zabiegi medyczne czy pielęgnacyjne, w tym nawet na badania przesiewowe. Lekarze mając związane ręce powiadomili sąd, ten w trybie ekspresowym ograniczył prawa rodzicielskie na czas pobytu w szpitalu. Rodzicom się to nie spodobało, więc zabrali dziewczynkę i sruuu w długą, do homeopaty. Teraz w ukryciu wrzucają filmiki do sieci, a Socha a.k.a córka Stirlitza prawdopodobnie będąca z nimi w kontakcie nie ma pojęcia czego policja od niej chce. Wczoraj jednak sąd uchylił prawa, a rodzice domagają się odszkodowania od szpitala w wysokości 500.000 zł.

Jak to zwykle bywa w przypadku takich incydentów, internauci podzielili się na dwa obozy: Team CoZaKurwaDebile i Team BrawaDlaTychPaństwa znany również jakoTeam StopNop. Pewnie nikt mi nie uwierzy, ale wbrew pozorom nie uważam ich za tak do końca złych ludzi ani nawet złych rodziców. Owszem, w pierwszym momencie na funpejdżu wykpiłam, bo taką mam manierę, ale po refleksji w sumie jednak w pewnym sensie współczuję. Nie oni pierwsi i nie ostatni dali się omamić stekowi bzdur z internetów, choć zaiste chyba jako pierwsi posunęli się tak daleko. Zapewne święcie wierzą, że robią dobrze. Team Brawa zresztą to cały czas podkreśla: "Rodzice wiedzą najlepiej!".

Niestety, są na świecie również rodzice fundujący swoim dzieciom lewatywy z wybielacza. Oni zapewne również wierzą, że robią dobrze i wiedzą najlepiej. W tym jednak problem, że nie wiedzą. Nie mają zielonego pojęcia, co robią. Bio-hasełka szarlatanów brzmią ładnie, są proste, oni sami są często przekonujący i charyzmatyczni, otaczają ich kółeczka wyznawców o cechach sekty. Ci rodzice ukrywający się teraz przed policją może i rzeczywiście nie należą do szczególnie lotnych, rozsądnych i odpowiedzialnych – ale nie są ofiarami "opresyjnego systemu szczepień", a wręcz przeciwnie – ofiarami ruchów antyszczepionkowych, szarlatanów, bzdur w internecie, których nie ma komu weryfikować i wreszcie tej cholernej mody na eko-bio-organiczne WSZYSTKO, z porodem włącznie. A ich nieszczęsne dziecko ofiarą podwójną. Na wodzie z cukrem daleko się nie zajedzie.

Rzecz jasna, nie jest to tak do końca usprawiedliwienie, bo dorosły człowiek powinien wiedzieć, że nie przyjmuje się wszystkiego bezkrytycznie od "znafcuff" z internetu. W dodatku poród zmedykalizowany akurat był, więc... coś się tu kupy nie trzyma.

Istnieje też szansa, że akcja była zaplanowana celem wyłudzenia odszkodowania czy po prostu zrobienia zadymy wokół szczepień. Spekulacje na ten temat będą jednak miały w tym momencie wartość równą mniej więcej wróżeniu z fusów, więc skupmy się na faktach...

A jakie są fakty? Ano takie, że antywacki odleciały w kosmos. Niestety, jedynie mentalnie. Fizycznie nadal tu są i robią burdy.

StopNopy nie byłyby StopNopami jakby się nie próbowały wybić. Usiłują za wszelką cenę zrobić z lekarzy tych złych, organizują jakieś nagonki i pikiety."Patrzcie" – mówią – "Te złe lekarze tak bardzo chcieli wszczykiwać trucizny, że aż musieli uciec! Prawa odebrane w 4 godziny!". Sam Kim Dzong Un nie powstydziłby się takiej propagandy. Starają się wszystkim wmówić, jakoby tymczasowe ograniczenie praw (nie odebranie) i zaangażowanie policji było spowodowane wyłącznie odmową szczepień. Jak na ironię, akurat to w tym całym cyrku ma chyba najmniejsze znaczenie. Typowe antyszczepy mają całe poradniki o wymigiwaniu się od szczepień czy grzywny za ich brak. Czasem coś wykradną, czasem podrobią... Co najwyżej wypłakują się na fejsbuczku jak to biorą ich za wariatów i nikt ich nie rozumie, buu. Jedynie Sanepid po czasie interweniuje, wtedy oni mu odpisują jakieś głupoty i tak się ciągnie. A może nawet i płacą, ale nadal nie szczepią.

W tym wypadku rodzice zabronili lekarzom robić cokolwiek przy dziecku. Wychłodzonym, nieco zbyt wcześnie urodzonym dziecku, którego stan powinien być pod kontrolą. Oczywiście, przy porodzie asystowało prawdopodobnie całe Stowarzyszenie-Wzajemnej-Adoracji, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wszystko wiedzą? Wiedzą, że dziecko było w świetnym stanie, że wystarczyłoby je ogrzać ciałem matki (bo od promiennika jeszcze się napromieniuje i zamieni w Hulka #icowtedy), że lekarze chcieli koniecznie zmyć cały cenny surowiec jakim jest maź płodowa. Nie wszyscy wiedzą za to czym jest zabieg Credego, ale brzmi podejrzanie więc na pewno też jest zły. Coś niewiele słychać, że rodzice zabronili dziecko nawet zbadać (badania przesiewowe etc. których znaczenia, mam nadzieje, tłumaczyć nie trzeba) – i jeśli miałabym się zakładać o pieniądze, to obstawiam, że gdzieś tu przekroczono granicę „pie*dolę, dzwonię do sądu, bo z tymi nawiedzonymi nie da się dogadać”.

Przy okazji – porusza się wagę komunikacji na linii „lekarz-pacjent”. Nikt nie zaprzeczy, że lekarze są ludźmi i bywają różni: od takich traktujących pacjentów jak irytujące muchy po prawdziwe anioły z powołaniem. Może się też zdarzyć lekarz znakomity w sztuce medycznej, ale nie do końca najlepszy w sztuce kontaktów międzyludzkich i miliard innych kombinacji. Oczywiście, dobry kontakt jest bardzo ważny, jak pokazuje np. ten artykuł o placebo. Ciężko powiedzieć, co zaszło w tej sytuacji. Lekarze z tamtego szpitala wciąż podkreślają, że próbowali rozmawiać i przekonywać. Cóż, jeśli ci rodzice zachowywali się chociaż po części jak przeciętny antyszczep którego znamy z internetów (mają tak znakomitą odporność na argumenty, że wygląda jakby była efektem szczepionki), to absolutnie się nie dziwię takiemu obrotowi sprawy. Tym lekarzom zależało na dziecku. Czy dało się to załatwić inaczej? Nie wiem, nienawidzę liściastej herbaty, więc nie powróżę za bardzo. 

Nie, ani lekarze ani koncerny farmaceutyczne nie trzepią tyle kasy na szczepionce, żeby opłacało im się organizować pościg w sprawie jednego dziecka. Koncerny o tym nawet nie wiedzą, chyba że jakiś Polak z któregoś z miliarda działów opowiedział kolegom przy kawie. To nie jest żaden spisek, proszę się rozejść.

Jakoś mnie nie przekonują argumenty pt. „ich dziecko, więc mogą robić co im się podoba, życiu nic nie zagrażało”. Wracamy w tym momencie do lewatyw z wybielacza - można, bo to moje dziecko? No chyba jednak nie, to jest jakby nie patrzeć człowiek i nie zasługuje na zejście z powodu wylewu krwi do mózgu, bo ludzie mający się nim opiekować zabronili podania witaminy K. Oczywiście, antywacki gorąco popierają i tę decyzję, w końcu natura wie najlepiej i nic tu nie trzeba poprawiać. Wygląda na to, że mają nowego wroga. Pewnie przywracanie zapomnianych chorób już im się znudziło, teraz będą przywracać zapomniane niedobory razem z ich skutkami. Jak szaleć, to szaleć.

"Tę witaminę". Oprócz bycia kompletnym dupkiem, hipokrytą, socjofobem oraz feministką z wąsem, jestem też znanym gramatycznym nazistą.

Coś czuję, że niedługo dojdzie do takich sytuacji:

- Dziecko ma wadę serca, wskazana operacja. 
- A po co operacja? Zbędna ingerencja!

Bo jak podawać witaminy, to tylko witaminę C. Lewoskrętną. Przynajmniej szkorbut nie powróci, hurra. Nieważne, że witamina K ledwo co przenika przez łożysko i jej niedobór jest właściwie pewien. Nieważne, że jej niedobór może powodować krwotoki, tzw. VKBD (Vitamin K Defficiency Bleeding). W 2013 r. sześcioro dzieci trafiło do szpitala w stanie ciężkim z tego powodu [źródło]. Jedno doznało ciężkiego uszkodzenia mózgu, dwa średniego. Nieważne, totalnie zbędna ingerencja. Jak będzie jakiś krwotok to wsadzi się cieciorkę i będzie git.

Próbowali argumentować, że preparat był niedopuszczony do obrotu i nawet nie nadawał się dla dzieci poniżej drugiego roku życia (Vitacon). A łajno prawda, według najnowszych informacji w szpitalach używają tego.

Jak komuś mało, znalazłam pełny dokument z zaleceniami Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego dotyczący witaminy K. Po polsku.

Nada się? Bo mam jeszcze wzór chemiczny. Jak widać, nie kryją się tam nawet żadne podstępne atomy rtęci.

źródło: Gugiel


Nikt nie zasługuje też na utratę wzroku w wyniku rzeżączkowego zapalenia spojówek, bo jakiś geniusz w internecie poradził oczy zakropić mlekiem. Laktoterroryzm wśród antyszczepów pięknie kwitnie o każdej porze roku, więc nawet mnie to nie dziwi. Mleko matki zaradzi na wszystko. Fakt, że dzięki zabiegowi Credego znacznie spadła ilość zachorowań (1874r – 13,6% spadło do 0,6% w 1880 [źródło]) zapewne tłumaczą sobie tak jak zwykle – poprawa warunków sanitarnych, higiena, blablabla. Nie przetłumaczysz.

Zero? Ja bym powiedziała, że aż nadto, co wpędza w depresję matki, które nie mogą karmić naturalnie. I rozumiem, że jeśli uznam lewatywy z wybielacza za dobre dla sposobu wychowania mojego dziecka, to nikt nie ma prawa się wtrącać?


Na deser zostawimy sobie maź płodową. Można by dojść do wniosku, że nie należy jej zmywać co najmniej do osiemnastki, taka jest super.

Przed polio też? Tak tylko pytam.
Łaa, nie bijcie, ZROBIŁAM RISERCZ. Wiem, nawet WHO zaleca pierwszą kąpiel opóźnić o jakieś 24h. Tylko, nie za bardzo się znam, przecież z krwi opłukać jednak trzeba? Podobno toto w ogóle się dość dobrze trzyma, to po delikatnym spłukaniu przecież by całkiem nie zeszło? I od kiedy to antywacki słuchają rządzonego przez Ksenomorfy WHO? Tyle pytań... Yyy, to może zostawię ten temat w spokoju. Zastanawiam się tylko, czy większe konsekwencje dla zdrowia dziecka będzie miało zmycie mazi czy zabranie go ze szpitala bez badań i niczego. W dodatku równie dobrze mogło pójść o zwykłe osuszenie, które WHO akurat zaleca. Wiadomo, co artykuł, to inna informacja. Gdzieniegdzie piszą też o inkubatorze.

No dobra, maź mazią, wszystko wszystkim, ale czy naprawdę trzeba szczepić noworodka w pierwszej dobie...? Krótka odpowiedź brzmi: tak.

Nasza Jenny McCarthy, legenda we własnej osobie grzmi od piątku: "TYLKO U NAS I W BUŁGARII SIĘ SZCZEPI W PIERWSZEJ DOBIE ŻYCIA PRZECIWKO GRUŹLICY, TO SKANDAL!!1!" a nie zada sobie prostego pytania: dlaczego? A jakby ktoś ją zapytał, zapewne dowiedziałby się czegoś o spisku, bo Polska jest takim kozłem ofiarnym Europy, że nawet Big Pharma akurat nas sobie upatrzyła na poligon doświadczalny #takbyło. I jeszcze Bułgarię. I parę innych krajów. Macki Big Pharmy nie znają żadnych granic!

Ej, ale ja tylko tak żartowałam...

To uczucie, gdy piszesz jakąś chamską satyrę przejaskrawiając do granic możliwości 4 the lolz, bo przecież nikt tak nie myśli... po czym wracasz do internetów i widzisz to samo napisane prawie słowo w słowo, tylko na serio. Poza tym, częściowo zgadzam się z antywackiem, pora umierać...
Nie, nie, powód jest bardzo prosty – szczepi się, bo jest taka konieczność. I tyle. Oddaję głos panu Grzesiowskiemu:

"Gdyby nasza sytuacja epidemiologiczna była inna np. jak w Niemczech, to moglibyśmy szczepić później a nawet wcale."

Czy antyszczepy to widzą? Czemu same sobie strzelają w kolano?

"Gruźlica to realne zagrożenie - mamy 20 zachorowań na 100 tysięcy, podobnie żółtaczka typu B - niby spada, ale właśnie wszedł w okres prokreacji wyż z lat 70., w którym wiele kobiet jest nosicielkami wirusa. Noworodek matki nosicielki, jeśli nie podamy mu szczepionki, zapewne ulegnie zakażeniu, co grozi nie tylko zapaleniem wątroby, ale jej zniszczeniem (marskość) lub później rozwojem nowotworu wątroby.
Inne szczepionki nie są podawane tak wcześnie, bo dziecko jest chronione przez pierwsze tygodnie życia przez przeciwciała odmatczyne. Ale nie przed gruźlicą.
Co do żółtaczki typu B to jest szansa, że niebawem do okresu prokreacji dojrzeje pokolenie lat 90., które w całości jest zaszczepione przeciw żółtaczce, co wpłynie na pewno na zmianę w kalendarzu szczepień."
Źródło(nie najwyższych lotów wprawdzie, jednak wypowiedź temat wyczerpuje)

Według tych statystyk jeszcze w 2015 mieliśmy 19 zachorowań na 100,000. Dla porównania w Niemczech - 9.

To samo WHO zalecające nie zmywać mazi przez 24h, zaleca w ciągu tych samych 24h podać szczepionkę przeciwko WZW B. Where is Your God now? 

Ja rozumiem, ludziom się nudzi, więc sobie wymyślają teorie spiskowe na najróżniejsze tematy żeby ten szary świat nabrał barw; żeby był jakiś wróg, którego można by epicko pokonać, ale może bez przesady...?

Podsumowując, antywacki dość podle wykorzystują sprawę z Białogardu na swoją korzyść (choć ostatecznie wygląda na to, że przyjaźń kwitnie), a ich bohaterka i mentorka ma szansę niemalże zrównać się z Wakefieldem. Bo w świecie pseudonauki łamanie prawa nazywa się walką z systemem i daje +50 do lansu. Rodzice już trafili do poczetu męczenników antyszczepionkowych bez względu, czy tego chcą czy nie. W dodatku jeszcze politycy zaczynają się interesować, a więc niech Bór ma nas w swojej opiece, jeśli ma się pojawić więcej farmazonów w stylu Jakiego.

Może i się wycofał, ale dość mętnie, a internet i tak zapamięta. Źródło: Wprost

Jeśli odtąd czyjaś „intuicja” ma decydować o sposobach leczenia, to proszę zatrzymać tę planetę, ja wysiadam poszukać sobie innej. Mam nadzieję, że sprawa zakończy się w miarę pozytywnie, a dziewczynka jak dorośnie i usłyszy tę historię wybuchnie śmiechem i powie: "No co ty, mamo, chyba żartujesz! Szczepionki są bezpieczne, wszyscy to wiedzą!". Na taką przyszłość liczę. Więc pewnie się nie wydarzy. 

niedziela, 19 lutego 2017

Anecdata o pigułce śmierci

Która uratowała mi życie.


Od jakiegoś czasu media huczą o genialnej decyzji rządu w temacie przywrócenia "pigułek po" na receptę. Podobno kobiety wsuwają je jak cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Podobno są plany, aby dosłownie je zdelegalizować (pigułki, nie kobiety, chociaż kto wie). Tak, peron najwyraźniej odjechał komuś już tak bardzo, że nawet plemnikowi w kobiecie nie wolno przeszkadzać w dotarciu do przeznaczenia i zrujnowaniu kobiecie życia. I oczywiście, nie ma żadnych ważniejszych spraw w tym kraju. 

Opowiem Wam anegdotę. Ludzie kochają anegdoty. Oto, przez co musi przejść człowiek w czasach „pigułki po” na receptę...

Miejsce akcji: duże miasto nad morzem. 
 
Czas akcji: sobota wieczór (około 20), przeddzień jakiegoś święta. Czyli najlepszy moment z możliwych.

Stało się, zabezpieczenie się popsuło, że tak to ujmę. 

Ożeżkurwajapierdolęobożecoterazniechmniektośzabijebłagam. W moim życiu ogólnie nie ma miejsca na żadne dzieci, ale wtedy było go jakby jeszcze mniej. I nie mówię o metrach kwadratowych, choć i z tym ciężko. Trzeba działać. Pierwszy obrany kierunek: internista w nocnym punkcie opieki medycznej. Pani bardzo mi współczuła, ale nie mogła nic zrobić, nie miała uprawnień. Wypisała jakiś kwitek (zabijcie mnie, ale nie wiem dokładnie jaki, w panice nie rejestrowałam takich szczegółów) i poradziła udać się do szpitala. No to jadę, a zegar tyka.

W szpitalu mówię szeptem pani rejestratorce z czym przychodzę, dostaję krzywe spojrzenie. I słusznie, bo wstyd jak ch...olera zawracać w szpitalu głowę czymś takim, ale prawo jest prawem, co miałam robić?! Iść prywatnie w poniedziałek? Za późno... Mam iść do pokoju takiego a takiego, w dół i na prawo. Przed owym pokojem spotykam pielęgniarkę, jak mi się wydaje. Pyta, czego tu szukam. To mówię, po raz trzeci. O nie, pani doktor czegoś takiego nie wypisze. Dlaczego?!

 „Bo to szpital przyjazny dziecku!” 


Mam ochotę wrzeszczeć, jakie dziecko, co ty pie*dolisz kobieto?! Dawajcie tę cholerną receptę na tę cholerną pigułkę albo za parę tygodni będziecie mi wyciągać rurę od odkurzacza z c*py! (jeśli kogoś oburzył ten niesmaczny żart, bardzo mi przykro, to nie jest żart). Zamiast tego podaję kwitek od pani internistki. Pielęgniarka robi wielkie oczy, też nie wie co to, ale idzie z tym do lekarki. W tym momencie jestem przekonana, że za chwilę dosłownie padnę na zawał i nawet się z tego cieszę, bo to oznacza koniec kłopotów. Nagle staje się cud, lekarka zgadza się mnie przyjąć. Zbadała, trochę marudziła, ale chyba udało mi się wzbudzić na tyle dużo litości, że wypisała receptę. Hurra! Normalnie mam Złoty Bilet!



Teraz wystarczy tylko znaleźć dyżurną aptekę (w tym momencie jest grubo po północy), odstać w kolejce licząc, że farmaceuta nie ma sumienia – na szczęście nie miał, los postanowił się wreszcie zlitować – i można połknąć tę nieszczęsną pigułkę i odetchnąć ze względną ulgą. Gdy jakiś czas potem pojawił się okres, otworzyłam szampana.

Pół strony. Ta emocjonująca, pełna przygód historia zajęła pół strony. W czasie rzeczywistym kilka ładnych godzin. A mieszkam w dużym mieście! Nawet trzech! Wolę nie myśleć w jak czarnej rzyci mogłabym się znaleźć mieszkając na jakimś, za przeproszeniem, zadupiu.

I nawet nie wiem do końca jak skomentować fakt, że zostałam potraktowana jakbym przyszła z żądaniem aborcji w co najmniej siódmym miesiącu ciąży. Chodziło przecież głównie o niedopuszczenie do zapłodnienia komórki jajowej. Albo niezagnieżdżenia zapłodnionej (ciąża zgodnie z definicją zaczyna się właśnie od zagnieżdżenia). Jak widać, nie trzeba nawet faktycznego płodu, żeby zdegradować kobietę do roli inkubatora. Wystarczy płód czysto potencjalny i już masz przej*bane. Czy ja mieszkam w jakimś kraju trzeciego świata? O przepraszam, myślałam, że to środek Europy w XXI wieku.

A gdyby podobna sytuacja miała miejsce kilka miesięcy później, wszystko zamknęłoby się w jednym zdaniu i zeżarło o wiele mniej czasu, nerwów i wypalonych fajek. Przez te niecałe dwa lata akurat już więcej nie było takiej konieczności, ale o ile człowiek czuł się bezpieczniej.

A teraz mądrale jeden z drugim udają wielce zatroskanych o los głupiutkich kobiet, co EllaŁony łykają codziennie jak tik-taki i usiłują wmówić, że te recepty są dla naszego dobra. Skąd mają takie dane? Nikt nie wie (znaczy, ja wiem. Z miejsca, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę). 

Interakcje z innymi lekami? Działania niepożądane? Nadużycia? W takim razie należałoby wprowadzić recepty dosłownie na wszystko, łącznie z paracetamolem. Wróć, przede wszystkim na paracetamol. Tylu ludziom musiałam tłumaczyć dlaczego leczenie kaca Apapem to nie najlepszy pomysł... W tym przypadku szanowne Ministerstwo (haha) Zdrowia wątpliwości nie ma? A co z lekami typu viagra? I czemu jakoś w innych krajach nikt nie ma z tymi pigułkami po takich problemów?

Btw: Działania niepożądane w przypadku tej konkretnej tabletki nie są wcale nie wiadomo jakie straszne... 


 Przywołajmy jeszcze perełkę – co ja mówię, istny brylant! - jaką była wypowiedź o „pigułce śmierci, która niczego nie leczy”. Najwyraźniej termin „leczenie profilaktyczne” jest panu posłowi Suskiemu obcy. Chociaż teraz pewnie się dowiem, że ciąża to nie choroba. Okej, a „niekorzystne zjawisko” może być?

profilaktyka «działania mające na celu zapobieganie niekorzystnym zjawiskom, zwłaszcza chorobom»
• profilaktyczny • profilaktycznie 
 
W innych postach stricte o aborcjach podawałam dość sporo argumentów na to, dlaczego ciąża czasami może być wybitnie niekorzystnym zjawiskiem. Na przykład gdy ktoś nie chce dzieci. I to powinno wystarczyć.

Tyle pytań. A najważniejsze brzmi: kogo oni chcą nabrać? Subtelność ich działań dorównuje pociągowi towarowemu. Spadającemu z urwiska. 

Nie, PiSie, wbrew temu co prawdopodobnie myślicie(?), nie pogodziłabym się z ewentualną ciążą i nie urodziła wam podatnika jakby nikt nie dał mi tej przeklętej recepty albo pigułka nie zadziałała, bo ktoś dał ją za późno. Prędzej zrobiłabym sobie poważną krzywdę usiłując się czymś zatruć, coby jak najbardziej uprzykrzyć zarodkowi życie. Prawie na pewno usiłowałabym zdobyć normalne leki wczesnoporonne (pigułka „po” nim nie jest, niech to wreszcie do kogokolwiek tam dotrze. Mogę dopomóc cegłą). W najgorszym razie strzeliłabym sobie w łeb. Także gratulacje, właśnie zwiększacie liczbę aborcji, z którą tak walczycie. Brawo.





A tak w ramach postscriptum - zobaczcie, fajki robio aborcje!

 

I tak, internecie, wiem, palenie w ciąży jest złe z wielu powodów. Jednak czy naprawdę trzeba walić klienta po pysku niemedycznym terminem jakim jest "dziecko nienarodzone"? Co jest złego w "płodzie"? Albo po prostu coś w stylu "nawet jeden papieros szkodzi w ciąży" analogicznie jak w przypadku alkoholu? "W ciąży nie palę"? Cokolwiek? Już się nawet nie wypowiem na temat użytego zdjęcia. Powinnam się cieszyć, że przynajmniej darowali sobie zupę z płodów. 

Aha, jeśli jesteś ortodoksyjnym wyznawcą prolajfu i chcesz mi pod tą notką napisać coś odkrywczego w stylu "trzeba było się nie ruchać" - znajdę cię i wsadzę ci w d*pę największego arbuza jakiego znajdę. Możemy to nazwać lewatywą arbuzową oczyszczającą z toksyn. Że co, nie mam prawa? Przecież ostrzegałam. Trzeba ponosić konsekwencje. 





poniedziałek, 13 lutego 2017

O chorobach, których nie ma

Tyle, że są. I są niebezpieczne.


Powiedzieć, że internety są pełne bzdur to tak jakby stwierdzić "Wszechświat jest całkiem spory". I tak jak we Wszechświecie można się natknąć na supermasywną czarną dziurę, tak i w internetach są swoiste czarne dziury, które pochłaniają i kumulują w sobie okoliczne bzdety tworząc coś, czemu trzeba się bardzo dobrze przyjrzeć żeby mieć pewność, że to nie ironia. Na przykład portal aleksjones.pl. Czegóż tam nie ma! Smugi chemiczne, GMO, NWO i RPG...  I oczywiście cała masa bzdur o szczepieniach. Bardzo ujął mnie tekst o wymownym tytule: "Nawet psy zdychają po szczepieniach". Sądząc po przypisach, autor jest wielkim fanem doktora Jaśkowskiego. Więc z okazji Walentynek (okazja równie dobra jak kazda inna), przypomnijmy sobie, dlaczego nie należy słuchać tego typu bredni, a za to należy szczepić nasze cholerne dzieci (to parafraza, proszę na mnie nie krzyczeć).  
"Jak donosi ostatnio prasa angielska z 08 lipca 2016 roku, Stowarzyszenie Weterynarzy Wielkiej Brytanii ostrzega właścicieli psów, że po szczepieniach występuje alergia i zgony."

Po wypiciu kawy wyrżnęłam głową w drzwi od szafki. Lobby kofeinowe chce mnie wykończyć! Jaka znowu prasa? Taka? Jeśli coś ma w tytule jakąkolwiek odmianę słowa „natura”, to prawdopodobnie jest bardzo złym miejscem.

"Okazało się, że po nowo wprowadzonej szczepionce przeciwko rzadkiej i łagodnej chorobie, jaką jest u psów leptospiroza, zanotowano liczne powikłania, drgawki, niewydolność immunologiczną i zgony. Szczepionka Nobivac znanej firmy Merck ma ograniczenie wiekowe, nie powinna być stosowana u psów poniżej 10 tygodnia życia. Natomiast Stowarzyszenie Weterynarzy WSAVA ostrzega, że nie powinna być podawana przed 12 tygodniem życia."


Za Vetopedią, dosłownie pierwszy akapit: Znana również jako choroba Stuttgardzka lub choroba Weila - choroba zakaźna wywoływana przez kilka typów bakterii z rodziny Leptospira. Może mieć przebieg bezobjawowy, ostry bądź czasami nawet nadostry. U psów bardzo młodych, osłabionych i nieszczepionych w ok. 30% przypadków może mieć skutek śmiertelny."

Łagodna jak diabli, rzeczywiście. W dodatku może się przenieść na ludzi i jest dla nich groźna. Co dalej? Dowiemy się, że wściekliznę można wyleczyć wlewem z witaminy C?


W okresie trzech lat po wprowadzeniu zanotowano ponad 2000 powikłań i 120 padnięć psów. Już w 2014 roku Europejska Agencja Leków EMA ostrzegała o możliwości powikłań, ale zezwoliła na wprowadzenie na rynek.”
Wygląda drastycznie, jednakże VMD precyzuje, iż tego typu przypadki stanowią zaledwie 0,064% wszystkich szczepień. I są to najpewniej reakcje alergiczne, które jak najbardziej mogą wystąpić i naprawdę nikt tego nie ukrywa.

I mamy kolejny problem szczepionkarski.”

Oraz interesujące słowotwórstwo.



"Po pierwsze, Merck jest to ta sama firma, która produkuje i wmusza jako obowiązkowe szczepionki MMR, stosowane przeciwko odrze, śwince i różyczce. Wszystkie te choroby mają bardzo łagodny przebieg i wg wiedzy podręcznikowej z 4. roku medycyny, nie wymagają żadnego leczenia."
Merck coś wmusza? Myślałam, że przepisy tworzą rządy. Wróć, przecież rządami manipuluje Merck i reszta ekipy z Big Pharmy/Illuminati/Reptilian/Ksenomorfów. I dlatego właśnie prezydentem USA został antyszczepionkowiec (oraz mizogin, rasista, denialista globalnego ocieplenia...). Tak dla zmyły. 
 
Natomiast za każdym razem gdy czytam, jakie te choroby są łagodne a czasem nawet dobroczynne, budzą się we mnie iście mordercze instynkty. Ale o tym dalej.


"Jak wiemy. już w 2014 roku biegli sądowi udowodnili, że szczepionka MMR powoduje autyzm.”
Wiemy, doprawdy? Jak mniemam, chodzi o rozprawę sądową we Włoszech. To odszkodowanie przyznane rodzicom dziecka, które „trzy dni po szczepieniu zapadło na autyzm” najwidoczniej nadal doprowadza antywacków do orgazmu. 

Jak to dobrze, że nigdy się nie zdarza wykorzystywanie jakichś mniejszych lub większych luk prawnych żeby dostać odszkodowanie za dosłownie jakąkolwiek bzdurę typu poparzenie kawą w McDonaldzie... oh wait. Tego samego roku pojawiła się metaanaliza danych nie wykazująca żadnego związku szczepień z autyzmem, ale to oczywiście mają gdzieś. Witajcie w XXI wieku, panie i panowie: kiedy o nauce decydują anegdoty i wyroki sądowe, a nie badania.


Epidemia autyzmu rozpoczęła się w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to FDA dopuściła do sprzedaży pierwszą wersję tej szczepionki. Potem było tylko gorzej. O ile przed szczepieniami nie znano pojęcia AUTYZM, to obecnie stwierdza się u chłopców jeden przypadek autyzmu na 35 porodów.”
Jest w tym jakaś gorzka ironia: odra, świnka i różyczka są łagodne i niegroźne, ale autyzm to czyste zło. Nieważne, iż wielu spośród najwybitniejszych umysłów wszech czasów prawdopodobnie w tych czasach mieściłoby się w spektrum ASD. To, że kiedyś nie znano jakiegoś pojęcia, nie znaczy, że dana rzecz nie istniała. Zgodnie z tą logiką można by stwierdzić, że wirusy nie istniały przed 1892r. kiedy to zostały odkryte.

I skąd te dane: 1/35? Prędzej 1/50.

Źródło: Insufferably Intolerant Science Nerd



O nie. TEN moment. Złapcie się czegoś. Mocno.


Odra.
Przyczyną jest zarażenie kwasem rybonukleinowym - RNA - wirusa. Zakażenie odbywa się drogą kropelkową, czyli poprzez ślinę z człowieka na człowieka. Nosicielstwo jest nieznane [że co?]. Objawy są typowe dla chorób wirusowych: łzawienie, katar zaczerwienienie oczu, temperatura. Charakterystyczne dla odry są tzw. plamki Fiłatowa- Koplika. (…) Leczenia choroba nie wymaga. Wystarczają ewentualnie leki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe. Najważniejsze jest zapewnienie spokoju, świeżego powietrza. W naszych polskich warunkach choroba kończy się całkowitym wyzdrowieniem. Bardzo rzadko dochodzi do powikłań.”
Od czego by tu zacząć...
  1. Gorączka potrafi wynieść nawet powyżej 40 stopni.
  2. A może wymienisz te powikłania, autorze? W przypadku szczepionek przychodzi ci to bardzo łatwo. Ale spoko, ja to zrobię: biegunka (8%); zapalenie ucha (7%); zapalenie płuc (6%); zapalenie mózgu (0,1%)... Im młodsze dziecko tym większe ryzyko powikłań. Że nie wspomnę o obniżonej odporności.
    [Źródło
Różyczka
Też jest chorobą zakaźną, polegającą na wniknięciu RNA wirusa do organizmu. Na ogół przebieg jest łagodny, z plamistą wysypką i powiększeniem węzłów chłonnych na karku. Powiększenie węzłów chłonnych może się długo utrzymywać.
Podobnie, leczenie nie jest potrzebne. Chyba, że łagodne środki uspokajające, najlepiej ziołowe, dla młodych matek, obawiających się o zdrowie dziecka.”
Niech będzie, komplikacje po różyczce akurat są rzadsze niż przypadku odry, ale jest tu pewien haczyk. Jeśli „młoda matka” (?) akurat jest w kolejnej ciąży, to najlepsze środki ziołowe jej nie pomogą... a raczej rodzeństwu, które ma się urodzić. Grozi mu bowiem zespół różyczki wrodzonej, zwany też zespołem Gregga. O ile nie dojdzie do poronienia. W naszym cudownym JP Pro-Lajf na 100% kraju ta szczepionka powinna być sprawą najwyższej wagi czyż nie?

Cóż, Różyczka akurat jest całkiem zadowolona z takiego obrotu spraw...

 
"Świnka
Przyczyną jest także zakażenie RNA paramyksowirusa. Podobnie zakażenie rozprzestrzenia się drogą kropelkową, czyli poprze ślinę. Objawy to wzrost temperatury ciała, obrzęk ślinianek, początkowo jednostronny, w 70 % przypadków może być dwustronny.
Leczenia specjalnego świnki nie ma. Można podawać środki przeciwzapalne w rodzaju ibubrofenu. Anglosasi podają rutynowo paracetamol, moim zdaniem zupełnie bez sensu. Samo obniżenie temperatury jest utrudnianiem walki organizmu z wirusem. Tak więc przestraszona matka, podająca leki obniżające temperaturę, działa na szkodę dziecka i utrudnia wyzdrowienie. Jeżeli w jakimkolwiek przypadku temperatura zbliża się do 40 stopni, wystarczają zimne okłady na pachwiny. Należy pamiętać, że przeciwciała, jako wynik walki organizmu z wirusem, powstają dopiero po 10 -15 dniach. Nie można tego procesu przyspieszyć. Więc nie należy się niecierpliwić. Tatusiowi, aby nie przeszkadzał można podać piwo.
I najważniejsze, dziecku nie tylko można, ale powinno się podać zabranianą normalnie gumę do żucia, lub inne twarde ciasteczka, ulubione cukierki. Żucie zwiększa wydzielanie śliny, a tym samym wpływa na wydalanie wirusa."
To jedna z nielicznych chwil, gdy autentycznie nie wiem, jak coś skomentować. Ee, może nie wiem za dużo o wirusach, ale zdaje się, że mnożą się raczej całkiem szybko i raczej przez ślinę się ich nie pozbędziemy tak łatwo ... Zimne okłady jak gorączka dochodzi do 40 stopni?! Większość ludzi w takim momencie leci raczej z dzieckiem na pogotowie. Oczywiście, świnka również się wiąże z powikłaniami.

I zauważmy, że dla mamusi to ziołowe środki uspokajające, a dla tatusia piwerko. Ofkors.  


 
"Tak więc widzimy wyraźnie, że firma Merck specjalizuje się w produkcji szczepionek praktycznie na nieistniejące choroby. Niestety ciągle jej coś nie wchodzi. Ale od czego mamy użytecznych trolli"
Ano, ktoś musi prostować te bzdury zanim zrobią komuś krzywdę... Na przykład zdarzy się epidemia odry w Disnejlendzie czy gdzieś. Autorze, te choroby praktycznie nie istnieją (choć w tym momencie można polemizować) z jednego prostego powodu. Nie, nie jest to higiena ani inne tego typu bzdury.


"(...)To daje podstawy negowania związku przyczynowego. Jak pies padnie w tydzień czy dwa po szczepieniu, to taki weterynarz traci klientelę, Jak dziecko umrze w rok czy dwa po szczepieniu, to nikt nie będzie łączył tego ze szczepieniem."


Zaczęło się od autyzmu a teraz o umieraniu? Nieźle.


"(...)A jak się broni lobby szczepionkowe? W bardzo prosty sposób: określiło w odpowiednich ustawach, że związek czasowy pomiędzy szczepieniem, a powikłaniem nie może wynosić więcej, jak 7 -30 dni. Po prostu dealerzy szczepionkowi widząc małe dziecko, traktują je jak królika doświadczalnego i w podobny sposób obliczają wiek. W ten sposób ratuje się portfele koncernów."


Dealerzy szczepionkowi” <3 Nie no, jasne, powinni rozszerzyć tak gdzieś do 100 lat, a co tam. Za ile zgonów wtedy odpowiadałyby szczepionki!
 
"A zdrowie dziecka?
A kogo to obchodzi?"
 
 Cóż, mogę z pewnością wskazać, kogo nie obchodzi zdrowie dziecka z obniżoną odpornością, zbyt młodego na jakąś szczepionkę...

"(...)Przykładowo: Dr William Thompson epidemiolog z CDC ujawnił, że CDC wiedziało już od 2004 roku o możliwości wystąpienia autyzmu po podaniu szczepionki MMR. Dr W. Thomson ujawnił fakt fałszowania wyników przez producenta. Proszę zastanowić się, dlaczego ta informacja w Polsce jest tajna, łamana przez poufną, przed przeczytaniem spalić."
Może po prostu nie wszystkich w Polsce interesują dramy i zdrady trzech oszołomów zza oceanu, o których osobiście pisałam ponad rok temu.Tak, też dokopałam się do tej niesamowicie tajnej informacji. Dosłownie wykradłam ją Barackowi Obamie spod poduszki.

O, teraz autor każde zdanie zaczyna od dramatycznego "dlaczego?!". 

"Dlaczego jeszcze nie sprowadzono filmu VAXXED, jako filmu szkoleniowego nie tylko dla PT Pediatrów, wykonawców ustawy Sejmowej o przymusie szczepień, ale i dla Posłów i Senatorów?"

I dzieci w szkole. Niech oglądają zaraz po „Niemym Krzyku”. A potem narzekajmy jaka ta młodzież niedouczona.

"Dlaczego biuletyny Izb lekarskich nie informują, że w szczepionkach znajdują się nanocząsteczki?"

 Bo się nie znajdują...? Mają potencjał i w ogóle, ale...



"Dlaczego PT Pediatrzy o tym nie wiedzą?
W podobny sposób zachowują się nanocząsteczki w organizmie człowieka, swobodnie przekraczając barierę krew - mózg.
A przecież Pan Bóg stworzył ją w celu zabezpieczenia rozwijającego się mózgu dziecka przed toksynami środowiskowymi [Czy ja dobrze widzę? Naprawdę to napisał? Niech ktoś potwierdzi, że też to widzi, bo nie zasnę w nocy...]. I w Kraju, w którym podobno ponad 90% osób deklaruje się katolikami, czyli uznającymi pojęcie Grzechu Systemowego, ci sami ludzie udają, że nic złego nie robią. To się dzieje dla tej przysłowiowej stówy więcej."


Z tym się zgodzę, w katolickim kraju należałoby pozamykać szpitale i w razie choroby zdać na Boga. W końcu nie wolno się wtrącać do boskiego planu.


"Dlaczego oszukuje się społeczeństwo i lekarzy, że szczepionki są najlepiej przebadanymi preparatami medycznymi, kiedy nie ma ani jednej pracy naukowej pokazującej, co się dzieje z dzieckiem, któremu poda się 16 szczepionek w okresie roku, czy dwu lat?"


Mam takie, które pokazuje co się dzieje nawet 20 lat po, może być? No dobra, to akurat tylko MMR. Ale człowieku, poważnie - 16 szczepionek z ledwo albo i w ogóle nieżywymi, rozczłonkowanymi wirusami w okresie roku? Każdego dnia od narodzin układ immunologiczny zwalcza z 100x tyle. O, patrz, mam papiery.


"Szczepionka MMR zawiera neurotoksyny: aluminium oraz 0.3mg ludzkiej albuminy, 25mikrg neomycyny, 14,5 mg sorbitolu, 14,5 mg hydrolizowanej żelatyny."
Zieeew...

"Atenuowane szczepy wirusa różyczki są hodowane na komórkach z płodów aborcyjnych."
Lepsze poronione naturalnie czy co?
"Po szczepieniu dziecko sieje dookoła wirusami przez okres ok. 4-8 tygodni."
 Przynajmniej takimi ledwo żywymi. A chorujące nie sieje ani trochę, c'nie? 

"I pomimo tej powszechnej wśród zainteresowanych wiedzy, w Polsce jest przymus szczepień. Sam musisz sobie odpowiedzieć dlaczego i co się za tym kryje."

 Może fakt, że choroby i epidemie nie są fajne, ale hej, jestem Ksenomorfem, co mogę wiedzieć..

Post powstał w ramach akcji "Walentynki dla proepidemików" (opłaconej przez Sorosa, Illuminatów i inne Yeti, a co myśleliście). Pozostałe laurki znajdziecie na blogach i fanpage'ach:







http://www.doktor-mama.pl/








środa, 11 stycznia 2017

Kambo-Dżambo

Czyli niebezpieczna terapia pseudomedyczna zyskuje na popularności.


Nie chce mi się silić na pseudointeligentne wstępy, więc walnę z grubej rury: pamiętacie panią, co niestety zmarła w wyniku tak zwanego "rytuału kambo"? Pewnie pamiętacie, przez chwilę było to dosyć głośne.

Szczerze, nie widziałam zbyt wielu obrońców tego cholerstwa w internetach i nawet odzyskałabym drobny ułamek wiary w ludzkość, gdyby nie tona komentarzy budzących niesmak w stylu: „selekcja naturalna działa”. Już pomijając takie banały jak, yyy, no nie wiem, na przykład szacunek do bliskich osoby zmarłej, to winni są przede wszystkim usługodawcy i propagatorzy takich metod. Przynajmniej dla mnie wyrażanie satysfakcji z czyjejś śmierci i to jeszcze jak sprawa jest świeża wydaje się cokolwiek bardzo, bardzo nie na miejscu...

No cóż. Zdarzyła się rzecz straszna, było o tym głośno przez jakieś dwa dni, temat ucichł i nie spodziewałam się jego powrotu.... aż w Gazecie Wyborczej pojawił się dwa dni temu artykuł. Bardzo zły artykuł. Rzekłabym nawet „sponsorowany”, ale nie chcę wyjść na hipokrytę. Składa się on głównie ze złych, szkodliwych wypowiedzi i w sumie to je zamierzam atakować. Inne kawałki jak historia i zarys popularyzacji „rytuału” przynajmniej mnie wydają się całkiem zgrabne. Brakuje jednak wyraźnego zaznaczenia „hej, to jest niebezpieczna BZDURA”. Jako główny bohater tego anime z misją ratowania świata, muszę to naprawić.

Zaczyna się dość niewinnie:

Ceremonia kambo. Kuracja jadem żaby z Amazonii pomoże albo zabije. Chętnych nie brakuje”
Co? Dlaczego jeszcze nikt tego nie zdelegalizował? Może trzeba by udowodnić działanie poronne, to pójdzie z górki...

Nie wyobrażałam sobie, że to będzie tak trudne. Tak musi czuć się człowiek, kiedy umiera". O ceremonii kambo zrobiło się głośno, kiedy w listopadzie podczas takiego zabiegu zmarła kobieta”
...I dlatego daliście w tym miejscu taki cytat. Mistrzowie taktu, zaiste.

(...)Nawet najgorszy kac nie może się z tym równać. (…)Kambo skanuje ci całe ciało. Komórkę po komórce. Z każdej usuwa toksyny. To najlepsze oczyszczenie organizmu, jakie można sobie zaserwować. – Czułam ból w miejscach, z którymi miałam kłopoty. W gardle, w zatokach. Tak jakby ta substancja wiedziała, gdzie jest problem. – Wraz z wymiotami przychodzi ulga. To było nawet przyjemne. To taki całkowity reset. Fizyczny i duchowy.”

A niech to szlag... Inteligentny skaner komórek resetujący fizycznie i duchowo. Okej, już mam dość. Przerwa na reklamy:

Źródło: Cat
Cóż, wymioty faktycznie są reakcją na zatrucie. W tym przypadku na konkretną neurotoksynę, czyli - uwaga - wydzielinę żab kambo właśnie. Ukąszenie przez jadowitego pajęczaka czy węża dałoby podobny efekt (w zależności od gatunku), o rozmaitych innych truciznach nie wspomnę... alkohol w nadmiarze też. Ironicznie, porównanie do kaca jest całkiem trafne. A zatem rytuał kambo wygląda tak: człowiek daje się zatruć w dość wymyślny sposób, organizm stara się z tym sobie poradzić, jeśli się uda → profit. Genialne w swojej prostocie, zaiste. To już jest całkowicie nowy poziom. A to wszystko pod przykrywką oczyszczania organizmu... 

"Dziękujemy, Kapitanie Oczywisty!" Ależ nie ma za co. 

Tak zwane „oczyszczanie organizmu” to kolejne oszustwo na skalę światową, porównywalne z „organicznym żarciem”. Ma ono wiele postaci: czasem znachor w swojej książce każe pić wodę z cytryną, czasem sprzedaje jakieś dziwne suplementy albo zabiegi typu oczyszczanie jelita (brrr), czasem lewatywa, a czasem głodówka. Wszystkie te metody łączy jedno: nie działają. Obrazek powyżej właściwie tłumaczy już wszystko. Organizm codziennie sam się odtruwa przy pomocy (ogólnie mówiąc, rzecz jasna) wątroby i nerek. Jasne, jeśli w miarę zdrowo się odżywiasz i nie obciążasz nadmiernie wątróbska alkoholem itp. ten proces zapewne przebiega nieco sprawniej. Jeśli jednak doprowadziłeś w jakiś sposób do uszkodzenia tych zacnych organów to obawiam się, że żadne ziółka ani żaby ci już nie pomogą. Jedynie opieka szpitalna, maszyny i przeszczep.

Jeśli mi nie wierzycie, mam tu kilka linków (i nie zawaham się ich użyć):




[Tu się wypowiada jakiś gość o spotkaniu ze światowej sławy specjalistką od kambo-dżambo. Brał w nim udział m.in również ktoś chory na raka, któremu medycyna już nie mogła pomóc. Artykuł milczy na temat jego dalszych losów, czyli nagłego spektakularnego ozdrowienia raczej nie było (co jest smutne, lecz do przewidzenia). Następuje opis kładzenia wydzielin żaby na ranach po oparzeniach (zwanych "bramami'...okej). Gość opisuje jak malowniczo haftował dalej niż widział i jak dwie osoby straciły przytomność. Widocznie nigdy nie mieszkał w akademiku, skoro uważa takie przeżycia za coś niezwykłego.]

Na tym niestety nadal nie koniec i mamy tonę kolejnych dowodów anegdotycznych, z których moim faworytem jest ten:

(...)jego życie zmieniła podróż na Hawaje, a potem zabieg kambo, któremu poddał się w Warszawie. – Po ceremonii zacząłem sprzątać mieszkanie, wyrzucać nieużywane przedmioty. Potem zacząłem sprzątać swoje życie. Nauczyłem się wybaczać. Zerwałem związek, w którym byłem. Niedługo potem poznałem miłość swojego życia, która miesiąc temu dała mi najpiękniejsze, co dostałem od życia – mojego syna.”
Poddał się „zabiegowi”(?!) w Warszawie, ale trzeba poszpanić pobytem na Hawajach, bo czemu nie (czepiam się z zawiści i w ogóle, ale naprawdę nie wiem, po cholerę ta wzmianka, bo nic nie wnosi). I oczywiście, na pewno nie podróż go skłoniła do refleksji nad swoim życiem czy dosłownie cokolwiek innego. Nope, to była mistyczna moc wydzielin żaby. A jeśli o te wydzieliny chodzi... Osoby wrażliwe na krzywdę zwierząt uprasza się o pominięcie kolejnego akapitu:

Wydzielinę uzyskamy tylko, kiedy żaba jest w stresie. Trzeba więc maksymalnie ją zdenerwować. Łapki żaby przywiązuje się sznurkami do czterech patyków. Tak rozciągniętej żabie dokucza się na różne sposoby. Skrobie się ją, uciska, dmucha się w nią dymem, wkłada do nosa źdźbła trawy. Wydzielinę zbiera się patyczkiem na kawałki drewna i zostawia do przesuszenia. Żaba zaś zostaje wypuszczona z powrotem do lasu.”
Łaskawcy, wypuszczają ją do lasu. Gdzie wskutek tego wszystkiego nieszczęsny płaz jest osłabiony i zapewne umiera. Czy PETA to widzi? Swojego czasu na fejsie wrzucałam artykuł opisujący jak „tradycyjna medycyna chińska” przyczynia się do wymierania zagrożonych gatunków. Czas przypomnieć. I pomyśleć, że to właśnie altmedy tyle krzyczą o #CywilizacjiŚmierci niszczącej naturę.

[poznajemy dwóch kambo-szamanów: nie-Marcina (facet nie chce zdradzać prawdziwego imienia, więc nazwę go Mietkiem, taka podwójna ksywa) i Stefana. A także mamy opinie środowiska entuzjastów żabich wydzielin na temat tragedii z Grodziska i tu się zaczyna interesujący pokaz hipokryzji:]

Na Facebooku praktycy kambo wzięli w obronę prowadzącego, potwierdzając, że zabieg odbył się zgodnie ze sztuką: „Wydzielina obronna amazońskiej żaby jest z powodzeniem wykorzystywana od tysięcy lat w celu poprawy wydolności organizmu. W Polsce już tysiącom ludzi poprawiło to jakość życia. Zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Jeden na tysiące pozytywnych zastosowań. Wypadek, który mógł przydarzyć się (i przydarza) również w innych dziedzinach ludzkiego życia” (Kambo Wawa).”
To chyba mamy dobrze udokumentowane te tysiące przypadków? Konkretne dane, statystyki? Nie? Tak myślałam. Spoko, wyręczę was:


Oczywiście, zgon wskutek wtarcia trucizny w ranę po oparzeniu to nieszczęśliwy wypadek jeden na tysiące. Ale już efekty uboczne jakiegoś leku lub płacz dziecka po szczepieniu może oznaczać tylko jedno: Big Pharma truje!!1! Co udowadnia ktoś poniżej:

Wygląda na to, że to po prostu bardzo nieszczęśliwy wypadek. Współczuję bardzo rodzinie tej kobiety i organizatorom. A kambo nie jest zabawką, to potężna siła, ale śmiem wierzyć, że mimo wszystko bezpieczniejsza niż to, co oferują nam korporacje farmaceutyczne”.
Aha. Czyli wydzielina żaby, w której może być dosłownie wszystko jest cacy, ale lekarstwa z wyszczególnionymi składnikami, dokładnie przebadane są złe. Nie śmiem polemizować z tego typu rozumowaniem. Nawet nie ma sensu.

W mediach wypowiadali się polscy lekarze. Jeden z nich powiedział, że nie istnieje coś takiego jak oczyszczenie organizmu. Inni również kwestionowali medyczną skuteczność wydzieliny żaby kambo.”
Eee... I tyle? Miecio i Stefcio dostają co najmniej ze dwie strony na wychwalanie kambo, a tutaj dwa zdania? Ja naprawdę nie popieram prawdopośrodkizmu i stwarzania wrażenia jakoby ta dwójka znała się tak samo dobrze jak lekarz na różnych sprawach, aaale... Ten artykuł sprawia wrażenie, że wiedzą więcej. I to jest straszne. Przypominam, nie mamy do czynienia z jakąś nawiedzoną stronką typu niewiarygodne.pl gdzie są artykuły o UFO pisane przez i dla entuzjastów UFO, tylko z GW. Niech mnie ktoś przytuli.

[tutaj Stefek i Mietek są oburzeni niewiedzą lekarzy (jak wielkie jest to kuriozum, zobaczymy za chwilę); jest coś o aktywnych peptydach leczących komórki nowotworowe pod mikroskopem. Nie zamierzam w to wnikać, bo mi się nie chce nawet nie o to chodzi. Jeśli jest to faktycznie legit, super, należy sprawdzić, czy można te peptydy wykorzystać do czegoś pożytecznego. Zbadać dokładnie ich wpływ na organizm i milion innych rzeczy. To m.in. robi Big Pharma właśnie. Wydzieliny żab kambo mogą sobie zawierać cuda, ale w postaci naturalnej są po prostu zbyt niebezpieczne i nieprzewidywalne. Bez powodu tej mieszanki nie nazywa się silną neurotoksyną, tak tylko przypomnijmy.]

Hej, słyszeliście o wałęsakach brazylijskich? Czy ktoś dałby się celowo podziabać tym pająkom w celu wyleczenia pewnej, hm, przypadłości? Jeśli dostrzegasz absurd tego pytania, to świetnie. Takim samym absurdem są twierdzenia o leczniczych właściwosciach kambo.



[Mietek zaczyna wymieniać, na co toto rzekomo pomaga oraz przeciwwskazania, a mi się zaczyna kilka rzeczy nie zgadzać:]

[Wskazania]: "Syndrom chronicznego zmęczenia, przewlekły ból, rak, HIV, choroba Parkinsona, choroba Alzheimera, depresja, problemy naczyniowe, zapalenie wątroby, cukrzyca, reumatyzm, artretyzm, uzależnienia."

[Przeciwwskazania]: "Ciąża. Miesiączka. Matki karmiące piersią dzieci w wieku poniżej roku. Osoby z rozrusznikiem serca, chorobami zastawek serca, powiększonym sercem i innymi poważnymi chorobami serca. Osoby z niskim ciśnieniem krwi, które przyjmują leki na to schorzenie. Osoby po udarze, krwotoku mózgowym lub z tętniakiem. Poważne choroby psychiczne. Osoby po przeszczepach narządów. Osoby w trakcie chemioterapii."
Mietek, zdecyduj się. Albo coś jest wskazaniem albo przeciwwskazaniem. I w ogóle coś szeroki ten wachlarz wskazań. Znasz takie powiedzenie: „jak coś się nadaje do wszystkiego, nie nadaje się do niczego”? Chyba, że masz duuużo udokumentowanych przypadków. Ależ nie spiesz się z wysyłaniem, poczekam. Powiedziałabym, że przynajmniej jesteś uczciwy i wymieniasz przeciwwskazania, ale niestety, wiem co powiesz za chwilę.

Ludzie kupują kambo przez internet i aplikują je sobie sami, bez żadnego przygotowania. Robią to też w samotności. A przecież można stracić przytomność, uderzyć głową o podłogę, udusić się wymiocinami.”

Z jednej strony, ludzie robią różne durne rzeczy np. kupują metę na czarnym rynku. Z drugiej strony - nikt im raczej nie wmawia leczniczych właściwości mety z czarnego rynku.

Mam wrażenie, że niektórzy uczestnicy zatajali swe choroby, bo chcieli być zakwalifikowani do zabiegu.”

Aha, czyli to ich wina. Miecio jest czysty jak łza. Nie, żeby komuś wcierał gdzieś truciznę... oh wait.

A ja mam wrażenie, że mogli o nich nawet nie wiedzieć. Czy Mietek zleca jakieś badania, które należałoby wykonać przed rytuałem? Czy umiałby zinterpretować wyniki? Sorry, panie Mietku, jak się oferuje tego typu usługi, to się bierze odpowiedzialność. Nie ma zwalania na innych.

Może teraz będą mieć większą świadomość, jaką ma moc kambo i jakie niebezpieczeństwo może powodować, gdy jest nieodpowiednio użyte. Może odkryją to także osoby, które prowadzą zabiegi bez odpowiedniego przygotowania. Bo są tacy, którzy obejrzą wideo na YouTubie i dochodzą do wniosku, że kambo będzie świetnym sposobem na zarabianie pieniędzy (niemożliwe, naprawdę? – przyp. Rektora). Mam nadzieję, że ta tragedia będzie dla nich kubłem zimnej wody.”

Mietek skończył kurs, który trwał – uwaga – dwa tygodnie. Dwa. Tygodnie. Czujecie ten ogrom wiedzy i doświadczenia, jaki na niego spłynął w zaledwie czternaście dni? Ja też nie. Dwa tygodnie to za mało, żeby choćby opanować język obcy!* Nie obchodzi mnie istnienie organizacji IAKP (co najwyżej niezmiernie dziwi) ani ich egzamin, dla mnie pan Mietek nie rożni się w jakimś istotnym stopniu od przeciętnego absolwenta Uniwersytetu Google'a.

Pytam go, czy po wypadku w Grodzisku Mazowieckim liczba uczestników ceremonii spadła. – Nie. Wręcz przeciwnie. Zainteresowanie się znacznie zwiększyło – odpowiada.”

Co...? Okej, nadal pamiętam, co naskrobałam w pierwszym akapicie, ale... serio? Naprawdę jacyś ludzie stwierdzili coś w stylu „o, ktoś w wyniku tego umarł, must be good shit”? Szczerze, nawet nie wiem, co o tym myśleć. Proszę mi napisać w komciach, co mam o tym myśleć, bo nie mam siły.

Podczas pisania tego tekstu GW nieco uzupełniła swój artykuł. Wspomnieli, że dobroczynne działania nie są w żaden sposób udowodnione i w ostatnim akapicie dali nawet coś o skutkach niepożądanych. Niby lepiej, ale Stefcio i Miecio wciąż mają więcej czasu antenowego. A jeśli faktycznie popularność kambo rośnie w siłę, należy toto obalić, zmiażdżyć i spalić zanim złoży jaja dojdzie do kolejnych tragedii. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale już wolałam homeopatię...

*Zaraz mi ktoś napisze, zależy jaki język i jakie zdolności językowe... Nie wiem, może ktoś zdolny opanowałby podstawy czegoś prostego w dwa tygodnie. Śmiem jednak zauważyć, że zabawa z neurotoksynami do prostych nie może należeć.